Archive

Hiszpańska mucha, czyli butterfly’em przez Madryd

Jak każda wizyta w innym mieście, tak i ta madrycka przewidywała wizytę duszpasterską w lokalnym boxie; a najlepiej kilku. W planach były codzienne odwiedki w innym, ale szybko okazało się to niemożliwe ze względów… głównie takich, że Hiszpanie w niedzielę odpoczywają a prowadzone przez nich boxy są pozamykane. Brzmi to sensownie, ale dla kogoś, kto przywykł do długich weekendowych sesji treningowych oraz tego, że w niedziele wszystko jest pootwierane, było to spore zaskoczenie.

przyrost masy

Druga przeszkodą były nietypowe godziny otwarcia.
Boxy w Polsce otwarte są cięgiem – od rana do wieczora – tymczasem w Madrycie normą jest kilka klas z rana, następnie kilkugodzinna przerwa, w trakcie której box jest zamknięty i ponowne otwarcie na kilka klas wieczornych. Żeby było weselej, w trakcie trwania klas nie ma mowy o zrobieniu gdzieś na boczku własnego treningu – albo trenujesz z grupą albo wcale.

Trzecią „przeszkodą” była moja wybredność, która z kilkunastu boxów wybrała cztery najlepsze (czyt.: największe), z których to czterech dwóm coś wypadło i koniec końców zostały tylko dwa.
Na pierwszy ogień poszedł KOM CrossFit.

szyld szykowny, jak w modnym butiku 😉

Jak to zwykle z boxami bywa –  już samo trafienie do nich jest swego rodzaju rozgrzewką – i nie inaczej jest z KOM CF. Jak już się go znajdzie, skręciwszy z ulicy wchodzi się w (na oko) piętnastometrowy korytarz, wzdłuż którego wiszą na ścianach stylowe „zasady domu”. Z jednej strony stwarza to wrażenie wchodzenia do nory (choć technicznie rzecz biorąc idzie się do góry), z drugiej zaś, gdy już się z korytarza wyjdzie, znajdujące się w suficie duże połacie szkła wpuszczają sporo światła, co w efekcie daje bardzo fajny klimat jakiejś takiej industrialnej szklarni.

Box jest „jednosalowy”, przy czym jest to sala całkiem pokaźnych rozmiarów. Bogato jest nie tylko w kwestii przestrzennej, ale też i sprzętowej. Dwie pary sanek, cztery kurwibajki, solidnych rozmiarów RIG, podesty ciężarowe na 8-10 osób, sztangi, hantle, piłki, worki – jest czym i gdzie poćwiczyć.

W takiej szklarni bice same rosną

Do KOM udało mi się umówić na Open Box, który był oficjalnie zaznaczony w grafiku jako godzina open. Od 9 do 10 była klasa, następnie godzina open boxa i ponownie klasa od jedenastej. Gdy przyszedłem o godzinie 9.30 i zobaczyłem jakieś sześć osób na sali pomyślałem, że zaczęcie treningu pół godziny wcześniej nie będzie problemem –  w końcu miejsca jest spokojnie na dwudziestu chłopa – i jakież było moje zdziwienie, gdy usłyszałem od trenera, że muszę poczekać, ponieważ aktualnie trwa trening. Co prawda więcej było w tym treningu gadania, niż roboty, ale słowo trenera to słowo trenera – poszedłem więc się przebrać i zrobić jakieś mobilki w kącie.

Nie wiem, co tam napisano, ale wygląda to stylowo

Jak już towarzystwo skończyło ploty i rozeszło się do szatni, wziąłem się za sztangę i planowane Power cleany. I tu nastąpił zonk, ponieważ po kilku zrzutach sztangi podszedł do mnie trener ze słowami, że… tu się nie rzuca na ziemię. Troszku zgłupiałem –  bo podłoga betonowa, na tym  gruba guma, na sztandze sześć dych – więc bumperów ani podłogi raczej nie  połamię –  a ten mi podkłada pod ciężary jakieś puzzle zrobione z watoliny, czy innego pieruństwa. Podrywać z tego ciężar jeszcze jakoś idzie –  ale weź bądź mądry i celuj w to przy zrzucaniu ciężaru!
Kilka razy próbowałem, ale dziko się z tym czułem toteż rozebrałem sztangę i tyle było z mojej wyprawy po nowy PR.
Szczęśliwie do kurwibajka nikt nie wymagał karty rowerowej a z sankami nie trzeba było czekać do pierwszych opadów śniegu 😉

Pomijając dziwne obyczaje z podkładkami pod sztangę, sam box zrobił na mnie bardzo fajne wrażenie. Jest stylowo, przestronnie a sprzętu w bród i dobrej jakości.
Spokojnie mogę polecić tego allegrowicza.

Jedynym, co zrobiło na mnie takie sobie wrażenie było zerowe poczucie CF Community.
Nie oczekiwałem półnagich tancerek i szampana na powitanie, ale tak sobie myślę, że skoro dwóch krosfiterów umawia się z tygodniowym wyprzedzeniem i wiadomo, że człowiek który właśnie wszedł jest z boxa z drugiego końca Europy to fajnie byłoby mu coś o swoim boxie opowiedzieć, pokazać co gdzie leży,  zapytać o jego boxa, choćby nawet plotami i regionalsach się wymienić – no cokolwiek poza zainkasowaniem wejściówki i przyniesieniem podkładek pod sztangę.
A tu dupa.

Na otarcie łez poszedłem na browarka i kanapkę z kalmarami.
Pomogło 🙂

Klasyka kuchni Hiszpańskiej – kanapka z czym się da

Ostatni dzień w Madrycie zacząłem dość wcześnie –  bo o 5.30 rano –  wszystko po to, by na siódmą dotrzeć do drugiego z umówionych boxów –  CrossFit Singular. Już po zdjęciach spodziewałem się dużego, przestronnego boxa, ale to co zastałem na miejscu przerosło moje oczekiwania.
CF Singular jest duży. Naprawdę duży. Na tyle duży, że o tej samej godzinie prowadzone były w nim dwie klasy i jedna drugiej nie przeszkadzała.

Podobnie jak w KOM CF, sprzętu było na bogato. Dość powiedzieć, że kamiennych kul (atlas stones) było kilkadziesiąt sztuk. Bogato było też w szatni, w której bez problemu mieści się kilkanaście osób na raz i jeszcze są luzy.
Śmiało mogę powiedzieć, że pod względem przestrzeni i wyposażenia był to najlepszy box, jaki do tej pory odwiedziłem

śmiało można grać w bilard

Zajęcia zaczęły się tak, jak należy – kwadransem na dogrzanie głównych stawów. Już na samym początku zdziwiłem się wielce, albowiem zajęcia prowadziło dwoje trenerów. Choć poranna grupa liczyła raptem kilkanaście osób, opiekowały się nią dwie osoby, z których jedna pokazywała co należy robić a druga pilnowała, czy klasa robi to, co powinna. Pamiętając rodzime standardy, wedle których jeden trener potrafi oblatywać trzydziesto (i więcej) osobowe grupy, było to  bardzo pozytywne zaskoczenie.

sprzętu jest srylion…

Po rozgrzewce była część techniczna – progresja do HSPU. Tu znowu byłem mile zaskoczony, bo trenerka chodziła, oglądała, pomagała – no widać było ewidentnie, że angażuje się w to, co robi.
Co prawda, podobnie jak w KOM CrossFit mało kto ablał po angielsku, ale jakoś się dogadaliśmy, choć liczbę rund i powtórzeń trzeba było pokazywać na palcach 😉

Po części technicznej przyszedł czas na metcon – czyli wariację na temat Fran. 4 rundy po 12 thrusterów i 15 chest to barów. Niestety, nie dane mi było go skończyć, ponieważ w połowie ostatniej rundy zerwałem sobie skórę z dłoni i krzycząc „ratunku, umieram” pognałem do apteczki 😉

…srylion i jeszcze trochę

Ogólne wrażenia z wizyty w  CF Singular mam bardzo dobre i śmiało mogę ten box polecić każdemu, kto przyjedzie do Madrytu. Jedynym „ale”, jakie mógłbym mieć wobec tego boxa jest zakaz rzucania sztangą na ziemię. Z jednej strony jest to dla mnie zrozumiałe, bo podłoga, zamiast gumy, wyłożona jest metalowymi płytami –  z drugiej jednak mam wrażenie, że to chyba taka hiszpańska specyfika, bo w gumowanym KOM  CF też trzeba było przyjmować sztangę „na miękko”.
No, ale co kraj to obyczaj.

Foto jest rozmyte, bo mi ręce po thrusterach latały 😉

Wizyty w obydwu boxach uważam za udane.
Wyrwy w treningach nie było, nowe doświadczenia się zebrało –  a i wieczorne piwka jakoś tak bardziej bezkarnie wchodziły 😉
Salud!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *