Archive

Kochaj burpeesa swego

Gdyby w dowolnie wybranym Boxie zapytać 10 przypadkowych osób o to, jakie jest ich najbardziej znienawidzone ćwiczenie, bezdyskusyjnie byłyby to burpees.

Internet pełen jest memów w stylu „Burpees: 0 osób to lubi”, „Burpees też ciebie nie lubią” albo  zwyczajnie, prosto z mostu „Fuck burpees”. Ludzie nienawidzą tego ćwiczenia. Gdy na treningu pada komenda „robimy pady” nikt się nie cieszy. Wszyscy mają nadzieję, że nie będzie tego wiele, że to tylko krótki przerywnik dla podkręcenia tempa.

Burpee to w zasadzie klasyczne, znane z lekcji W-F „padnij powstań” wzbogacone o podskok na końcu – nic skomplikowanego, każdy głupi to potrafi. Żeby jednak nie zarżnąć się przy dwudziestym powtórzeniu wymaga specyficznej techniki. Jak taka technika wygląda – można obejrzeć na jutubie. Obejrzeć i stosować.
A tym czasem podejdziemy do burpeesów od innej strony.

Burpee, choć banalnie proste, jest jednym z najlepszych ćwiczeń jakie można sobie wyobrazić. Z jednej strony rozwija wszystkie możliwe mięśnie, z drugiej buduje wytrzymałość  (bo tętno maksymalne to w trakcie burpees normalka) z trzeciej pali sadło że aż miło, z czwartej oswaja z pracą w strefie totalnego dyskomfortu, z piątej nie wymaga żadnego sprzętu i możesz je wykonywać wszędzie (nawet w domu) z szóstej nie wymaga dużo czasu (bo jak jesteś w stanie robić burpees przez 10 minut cięgiem to moje ukłony, zuch z Ciebie co się zowie). Strony te można mnożyć i mnożyć –  tylko skoro burpki mają tyle zalet, dlaczego ludzie ich tak bardzo nienawidzą?

Moim zdaniem dlatego, że podchodzą do crossFitu jak do takiej „punkowej siłowni”. Niby nie ma luster, niby gołe ściany, ale najlepiej to robić bica, klatę i sztangą machać. Ma być siła i lans na plaży.
Jeśli ktoś poważnie podchodzi do bycia „fit” – czyli silnym, sprawnym, wydajnym, zdolnym do intensywnego wysiłku – burpeesy są da niego wręcz stworzone. Może nie zbudują siły tak, jak praca ze sztangą i kettlem, ale wydolność, umiejętność pracy daleko poza strefą komfortu i dociskania do oporu wywalą w kosmos jak sputnik sojuz.

Machanie żelazem jest fajne, męskie, można poczuć się sprawnym, silnym i w ogóle przekozakiem. Na burpees nie ma silnych. Prędzej, czy później (raczej prędzej) przeżują Cię jak starą balonówę i wyplują na podłogę. Będziesz sapać, dygotać, płakać; a jak Ci szczęście dopisze to nawet pawia na podłogę puścisz.
To nie jest męskie. To nie jest silne. Tym się nie ma jak podlansować.

Ludzie nie lubią burpeesów bo nie lubią czuć się słabi. Jednym z największych emocjonalnych plusów treningu jest poczucie siły, sprawności, ustanawianie nowych rekordów, ten cudowny endorfinowy strzał sukcesu. Burpees Ci tego nie dają.  Burpees to nie jest walka, którą możesz wygrać. To odwlekanie nieuniknionego. Możesz robić stówę, dwie, trzy –  ale nigdy nie skończysz niepokonany.
Zawsze dostaniesz w dupę.

Lubię burpees, właśnie za to, że nie znają litości, że nie da się z nimi wygrać. Lubię walczyć, choć wynik tej walki  z góry jest znany.
Gdy rok temu spytano mnie, jakie jest moje ulubione ćwiczenie, bez wahania odpowiedziałem „burpees”.
Minął rok, a moja miłość trwa nadal – choć obiektywnie patrząc, to bardziej syndrom sztokholmski 😉