Zdrowie

Utop się w pocie na warszawskiej Ochocie

Do CrossFit Ochota wybierałem się chyba ze trzy razy – jeszcze wtedy, gdy nazywali się zupełnie inaczej i mieścili w innej dzielnicy – ale jak to w życiu bywa, zawsze coś po drodze wyskakiwało i z wybierania wychodziły nici.
Koniec końców udało mi się tam dotrzeć wtedy, gdy czasu miałem najmniej – czyli w trakcie remontu 😀

przyrost masy

Z trafieniem nie było problemu, ponieważ box mieści się w okolicach dobrze mi znanego “małego zagłębia agencji reklamowych”,czyli Ochocie – Szczęśliwicach.

Mijając dawne miejsce pracy od razu poczułem się kilka lat młodszy, co dobrze wróżyło nadciągającemu treningowi 😉

Box, jak niemal wszystko w tej okolicy, mieści się w czymś, co wygląda na mocno przerobiony domek jednorodzinny, albo bardzo fikuśny garaż. Piętrowy charakter budynku wykorzystano w sposób, który kojarzy mi się z widzianymi na YT Garage Gyms – z tą tylko różnicą, że na krosfitową bawialnię zaadoptowano nie tylko przestrzeń garażową, lecz cały parter; zaś przebieralnie i ogólnie rzecz biorąc  “socjal” mieści się na piętrze.


Poza wypasionym socjalem (te prysznice…) na pięterku znajduje się też sala z matami – oficjalnie do treningów CrossFit Kids,  ale jak znam życie to krosfitowa fantazja niejeden ciekawy scenariusz tam napisze ;).

Parter podzielony jest na 3 obszary, z których jeden przeznaczony jest stricte pod ciężary (na co wskazują dwa podesty do dwuboju) zaś pozostałe dwa pod CrossFit.
Co prawda przestrzeń jest mocno nieregularna, ale miejsca jest sporo.  Przy dziesięciu osobach na treningu miejsca jest tyle, że można tańczyć po boksie –  więc szacuję, że 15 osób wejdzie na dużym luzie.

Jeśli chodzi o sprzęt –  jest wszystko co trzeba. Są sanki, wiosła, kurwibajki, sztangi, 3 wielkie opony, GHD, pegboard  –  a jakby komu było mało to na podwórku może poćwiczyć z grillem.

Box jest niski, co daje kameralny efekt ciut większej siłowni w garażu. Świetną opcją są świetliki w suficie ponad podestami do OLY – wpadające przez nie światło bardzo fajnie rozbija mrok „strefy ciężarowej”.
Ciężko to opisać, ale za to samojebki tam robione wychodzą prima sort 😉

Na temat prowadzenia treningów się nie wypowiem, bo się nie znam – a poza tym zajęty byłem torturami od CrossFit Linchpin 😉
#płakałjaktrenował

Box jest jeszcze w fazie „docierania” i trwają w nim ostatnie prace wykończeniowe, ale spokojnie można już w nim ćwiczyć, ponieważ RIG i cała reszta sprzętu są już na swoim miejscu. Na moje oko brakuje tylko liny, ale z tego, co się dowiedziałem, jej obecność jest kwestią czasu.

Wizytę w CF Ochota uważam za bardzo udaną. Miejsce ma swój charakter, niepodobny do żadnego z warszawskich boksów –  i choćby tylko dlatego warto tam wpaść „na spróbowanie”.

Jest miejsce, jest żelastwo – nic tylko się pocić i patrzeć, czy biceps równo rośnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *