O bieganiu na kacu i pożytkach z okazjonalnego szaleństwa

Kiedyś bardzo lubiłem biegać na kacu. Nie wiedzieć czemu na kacu zawsze robiłem najlepsze osiągi. Krótkie kacowe strzały to było coś –  człowiek wyszedł, organizm rozruszał, kac mijał a przy okazji jakiś mały rekordzik padł –  same plusy. Sprawdzało się to na dystansach tak do 10km. Powyżej dychy jasne było, że na kacu organizm jest po prostu słabszy, że kacowe osiągi to bardziej efekt reakcji organizmu na sytuacje krańcowe, to jazda na absolutnych rezerwach, mechanizm obronny. Raz, drugi  zmusiłem się do dłuższych dystansów i powiedziałem sobie: Dość; albo picie albo bieganie –  albo przynajmniej nie jedno po drugim.

Ponieważ człowiek to zwierzę zapominalskie i z tendencją do folgowania, popłynąłem sobie w ostatnią sobotę koncertowo. Wiedziałem, że na niedzielę w planach jest długi bieg –  ale dajmy sobie trochę luzu, świat się na bieganiu nie kończy… Niedzielny kac był z gatunku tych morderczych, ale przecież to nie powód, by nie pobiec. W planach był bieg a z planów się nie rezygnuje. Cały tydzień czekałem na długie wybieganie, więc byle kac mnie nie zniechęci.

Bieg był koszmarny. Upadł, duchota, zawroty głowy… Pierwsze kilometry przebiegłem siłą woli, powtarzając sobie w duchu, że nigdy nie odpuściłem, więc teraz też nie odpuszczę. Zmordowałem się koszmarnie. Po  dziesięciu km czułem się gorzej, niż po 28. Zjedzony w sklepie lód i 0,7 wody postawiło mnie na nogi, ale wystarczyło tego ledwie na kolejne 5km. W okolicach Doliny Służewieckiej odezwało się zwykłe wycieńczenie organizmu, tempo spadło do szybszego marszu i jedyne, na czym byłem stanie się skupić to utrzymanie quasi-biegu, pilnowaniu tej psychologicznej granicy, że jeszcze biegnę, że nie odpuszczam, choć de facto był to powolny trucht. Po raz pierwszy biegłem „od zakrętu, do zakrętu”. Jeszcze 200 metrów, jeszcze do znaku drogowego, jeszcze do pełnej liczby na GPSie – żeby nie zostawić ogryzka. A potem znowu, jeszcze 100 metrów, byle do sklepu…
W sklepie batonik, woda, ale po dwóch kilometrach okazało się, że już nie ma z czego oszukiwać, że to już naprawdę koniec rezerw, że teraz trzeba bardzo ostrożnie, żeby chociaż dobiec do domu. Człowiek nie byłby jednak sobą, gdyby nie dorzucił sobie kilku dodatkowych metrów. Bo Wycieńczenie wycieńczeniem, ale nie skończę biegu na dystansie cząstkowym. Ma być okrągła sumka –  więc jeszcze tu, trochę tam, bo przecież ból jest chwilowy. Poboli i przestanie…

Był to mój pierwszy bieg, po którym musiałem się przespać. Koszmar, mordęga i pierwsze wyprucie do takiego stopnia. Pierwsze doświadczenie krańcowe. Wcześniej bywało różnie, ale nigdy do upadłego.

To było wczoraj. Dziś miał być dzień regeneracyjny, ale od rano coś za mną chodziło, coś ciągnęło do biegania. Być może to poranny widok truchtającej babki ze sporą nadwagą – zawsze rozpieprzają mnie takie obrazki – a może jakaś podskórna potrzeba dobicia, ciągota do samozniszczenia? koniec końców wymyśliłem, że aby odciążyć kolano pobiegnę w opasce uciskowej a kwestię dystansu rozwiążę ograniczeniem do testu slayera, który polega na tym, że puszcza się „Reign in blood” i napieprza tak szybko jak się potrafi. 29minut wyprucia –  w sam raz na małe wieczorne dożynki.

Najpierw rozgrzewka. Spokojne 10 minut, po czym krótki przystanek, zmiana muzyki i… Te nieprawdopodobne ciarki wrzasku rozpoczynającego „Angel of death”. Włosy stanęły mi na sztorc i poczułem się jak zwierzę. Nie liczyło się nic poza pędem przed siebie. Poza napierdalaniem ile fabryka dała.



Bieganie pod slayera to doświadczenie ostateczne. Pierwsze pięć minut jeszcze jakoś wytrzymałem, ale potem zaczął dochodzić do głosu organizm, zacząłem zwalniać i jasnym się stało, że zajarka zajarką, ale dotrzymanie tempa panu perkusiście jest ponad moje siły. Że te walka jest z góry przegrana; pytanie brzmi tylko, czy będzie to nokaut, czy zwycięstwo techniczne.
I w tym momencie przydało się niedzielne wyprucie kacowe. Choć biegłem na kolce, w duchocie, z mroczkami przed oczami powtarzałem sobie w duchu „Nie odpuściłeś wczoraj, 7km przebiegłeś ledwo żywy, 22 zrobiłeś na potwornym kacu –  to i teraz dasz radę. Nie zastanawiaj się, tylko trzymaj rytm i napierdalaj. Zrobisz to tak, jak zrobiłeś wszystko do tej pory. Nie ma miauczenia. Wypruj się, kurwa i zrób to. Show no mercy!”

I pobiegłem. Wynik co prawda poniżej oczekiwań, ale nie pierwszy to raz gdy ambicja rozbija się o realne możliwości. Zresztą, to nieistotne. Istotne jest to, jak przydatne są doświadczenia krańcowe, jak ważne jest dotykanie granic. Gdy raz człowiek do niej dojdzie, traktuje ją jako coś osiągalnego. Nie ma, że się nie da –  skoro raz się dało –  to się uda i drugi raz. I nie ma już wymówek, że nie ma siły, że pogoda nie taka – skoro dało się rade zrobić półmaraton na kacu to dlaczego miałoby sie nie dać pobiec pół godziny na maxa? Byłeś tam, zrobiłeś to –  więc nie ma wymówek. Nie ma zlituj.


Nie polecam nikomu biegania na kacu, bo to naprawdę, żadna przyjemność. Owszem, zostaje po tym poczucie dumy, niezniszczalności, że się dało radę – ale sam bieg to koszmar jakich mało.
Uważam jednak, że okazjonalne dojście do granicy, redukcja do kłębka bólu, bieg przez łzy i zaciśnięte zęby jest bardzo potrzebne i przydatne.
Bo nagle okazuje się, że nie ma czegoś takiego jak niemożliwe. Jest tylko to, na co jeszcze się nie porwałeś.
Reklamy

Awaria pralki a ból w kostce

Naczytawszy się skazanego na trening ( doskonała książka, ale o tym przy innej okazji ) postanowiłem stanąć na rękach. Uprzątnąłem pracownię ( czym zaplusowałem w oczach żony, która nijak nie mogła się tego doprosić ) wziąłem rozpęd, odbiłem się i… jak nie pierdolnę na stopę przy powrocie do stania. Aż mi się ciemno przed oczami zrobiło. Szybka myśl „chrupnęło, czy nie”? Nie chrupnęło. Nawet za bardzo nie bolało. Znaczy się miałem szczęście. Więcej szczęścia niż rozumu…

Po kilku godzinach zaczęło jednak boleć. Stopniowo, co raz mocniej, aż w końcu jasnym się stało, że z wieczornego biegu po Warszawie będą nici.  Tu się nieco spietrałem, bo za dwa dni w planach długie wybieganie ( myślałem o 28km, żeby równym rachunkiem tydzień zamknąć). Szczęśliwie zawczasu przygotowałem sobie 3kg bryłę lodu ( woda w reklamówkę i do zamrażalnika ). Młotek w dłoń, odłupane kawałki do rekamówki, na to ręcznik, wszystko razem spięte paskiem, żeby nie zlatywało z nogi i można się kurować.



W pewnym momencie słyszę przerażone „woda leci”! Wyskakuję jak z procy – patrzę – a tu woda z pralki leje się po podłodze. No to dawaj chwytać, co popadnie i wycierać…
Gdy już skonczyliśmy akcję ratowniczą zorientowałem się, że… kostka przestała mnie boleć. Całkowicie. Jak ręką odjął. Żonie nie było do śmiechu, bo ją jeszcze stres trzymał, ale co się z tego uchachałem, to moje.

Tak sobie myślę o zasłyszanych tu i tam historiach, że gdy gdzieś tam kiedyś, gdy trzeba było przeprowadzić operację na świadomym pacjencie, zadawano mu ból, który miał odwrócić jego uwagę, po czym zabierano sie do właściwej roboty. Wydawało mi się to głupie i wrzucałem to do worka  z miejskimi legendami. Po wczorajszym nie byłbym już do tego taki skory. 

Ciekawe są mechanizmy obronne organizmu, który w sytuacjach krańcowych „wyłącza” mniejszy ból po to, by cała energia mogła skupić się na tym, co w danej chwili najważniejsze. Ciekawe o tyle, że gdyby można było kontrolować „przełącznik” określający, co jest dla organizmu ważne, a co niegroźne, można by „wyłączać” ból, przestawać go odczuwać. 

Nie mam pojęcia, jak to działa, ale historie o ludziach nieczułych na przestają brzmieć nieprawdopodobnie

Od dupy strony

Budzik. Znaczy się jest 04:40. Za oknem ani jednej chmurki, tylko blady poranny błękit. Najciszej jak potrafię wychodzę z łóżka. Lodówka. Serek homogenizowany na chybcika. Przemycie oczu w łazience, rozciąganie w przedpokoju. Lajkry na zadek, buty na nogi, zamykam drzwi.

Na podwórku jest rześko, włosy na rękach automatycznie stają dęba. Przerabiałem to, za 5 minut wszystko wróci do normy. Na razie lekki trucht, wymachy ramion i na luzaczku do stacji metra. Jeszcze będzie czas na przyduszenie –  na razie niech się organizm do końca obudzi.
W okolicach kościoła próbuję przyspieszyć, ale czuję piasek w nogach. Spoko –  widać jeszcze się nie dobudziłem, doturlam się do Pileckiego i za rondem przyduszę na spadku.
Przyduszam.

Brrrrulp. Znam ten odgłos, znam to uczucie. To jelito grube dopomina się swoich praw. Właśnie mija 20 minut od posiłku – marnego, bo marnego – ale organizm dostał sygnał, że to już, że dzień się zaczął. Dam radę; spinam wnętrze i spokojnym tempem biegnę dalej.

Brrrrulp (piąty kilometr)

Brrrrulp (szósty)

Brrrrulp. Kopa Cwila. Zbiegając czuję, że coś się w żołądku gotuje. Rozsądek mówi, że pora wracać do domu, ale przecież planowałem dziś pobiec ciut więcej, żeby dobić do równego rachunku, żeby nie zostawiać ogryzków przed urlopem.
Zatem pieprzyć rozsądek. Rozsądek jest dla mięczaków!

Brrrrulp.
Brrrrulp.
Brrrrulp.

Od dziesiątego kilometra zaczynam rozglądać się za krzakami i zastanawiam się, jak tu kucnąć, żeby butów nie obesrać. Mam też cichą nadzieję, że nie spotkam pod blokiem, albo  na klatce sąsiada wychodzącego z psem, bo przecież nie mam się czym podetrzeć i będę śmierdział jak menel.

Dwunasty kilometr. W prostej linii mam 500, może 600metrów do domu. Powinno mnie to uspokoić, ale organizm chyba wyczuł, że to już za moment, bo nie daje ani chwili spokoju. Odcinek, na którym planowałem przycisnąć do oporu biegnę drobiąc kroczki jak Japonka. Od zaciskania zwieracza czuje już skurcze mięśni pośladków. Każdy mijany śmietnik traktuję jak potencjalną toaletę. Usiądę, ściągnę spodenki, przynajmniej sobie butów nie ufajdam. Szczęśliwie jest zbyt wcześnie, żebym spotkał jakiegoś biegacza. Tu się lansuje, a nie biega. Choć raz się z tego cieszę.

Muszę zrobić 14, żeby dobić do 120. Jeszcze dwa kilometry. Co 10 sekund patrzę na gps odliczając brakujące metry. W myślach układam skrót między blokami. Niech no tylko piknie, niech da mi sygnał kolejnego połkniętego kilometra, żebym mógł pognać do domu.

No piknij żesz kurwa twoja mać! – klnę zataczając pełne koło. Dupa a nie skróty, zaraz się okaże, że będę musiał dymać dodatkowe kółko wokół podwórka, żeby natuptać te 14km –  ale przecież nie zostawię tego ogryzka. Choćbym miał się zesrać.

W końcu jest. Jest ten cholerny czternasty kilometr. Prawie pod samym domem. teraz tylko ostrożnie, krok za krokiem.
Teraz to już mechanika precyzyjna…

O tym nie mówią w sklepach. Sprzedawcy butów nie informują, że organizm w trakcie wysiłku próbuje wszystkiego. Ci od koszulek też się nie zająkną, że po dwudziestym kilometrze zaczynasz marzyć o kibelku, bo  szalejący organizm próbuje pozbyć się  wszystkiego, co mu przeszkadza, zrzucić każdy balast. Nie ma otarć, krwawiących sutków –  są tylko uśmiechnięci modele ze słuchawkami w uszach.

Tymczasem bieganie to biologia. Kiedy dajesz organizmowi w (nomen omen) dupę, ten zaczyna się bronić. Jak wystraszone zwierzę, które robi pod siebie, ludzkie ciało zrzuca to, co zrzucić najłatwiej. To jest absolutnie podstawowy mechanizm, na którego nie ma mocnych. Pierwotny instynkt przetrwania.
Poranne bieganie tym różni sie od wieczornego, że ryzyko przygody z jelitem grubym jest dużo większe. Wieczorem organizm jest już na pełnym rozruchu, zrobił co miał zrobić i wystarczy tyko dorzucić węgli, żeby było na czym biegać. Rano nie ma czasu – jest szybki  posiłek i tak naprawdę wszystko zależy od organizmu. Jeden pójdzie do kibelka od razu, drugi po pół godzinie a trzeci dopiero po południu. Jeśli dzień wcześniej jadło się fast fooda, morele, czy cokolwiek co ułatwia trawienie, na trasie może być bardzo nieciekawie.

Nie bez powodu w poradnikach przedstartowych zaleca się wstać kilka godzin wcześniej i zjeść lekki, acz obfity w węgle posiłek. Pierwsza rzecz to energia niezbędna do biegu; druga to czas – czas dla organizmu, aby zaskoczył, uruchomił silniki i pozbył sie efektów przemiany materii. Czas ten, jak pokazuje dzisiejszy przykład, jest równie ważny, jak siła mięśni nóg.


Bo oczywiście można dobiec z ufajdanymi łydkami, tylko po co?

Jak z obrazka

W miniony weekend zrobiłem sobie rajd po sklepach sportowych. Zaliczyłem stoiska firmowe chyba wszystkich wiodących producentów, zmęczyłem siętym bardziej, niżbiegiem Młociny-Kabaty, ale przy okazji zauważyłem ciekawe zjawisko reklamowe. Otóżwszyscy ci sportowcy, którzy mająmnie zachęcićdo kupna ciuchów, dzięki którym umordujęsiędo nieprzytomności, sami w ogóle sięnie męczą. Nie ma na nich ani kropli potu. Nawet pod pachami.

I jeszcze non stop siędo mnie uśmiechają!
Oczywiście, jasne dla mnie jest, dlaczego, nie ma na nich nawet plamki potu, nawet kropelka słonej wody nie rosi ich czoła – wszystko to ma stwarzaćzłudzenie, że w ciuchach/butach marki X przebiegnęmaraton bez zadyszki. Dokładnie tak samo, jak przy preparatach odchudzających – tylko mnie łyknij a staniesz sięłbogiem. Super efekt bez wysiłku. Bla bla bla…
Patrzęna te zdjęcia i uśmiecham siępod nosem – bez wysiłku, bez wody, z muzyczkąw uszach… Najlepsze sąte reklamy nike, gdzie ludzie z dousznymi słuchawkami od ajpoda, czy innego ajfona sunągracko niczym gazele. Z doświadczenia wiem, że słuchawki wkładane do uszu sąnic nie warte. Wypadająpo kilkuset metrach a mało jest rzeczy w trakcie biegu równie irytujących, jak koniecznośćpoprawiania słuchawek co minutę. Jak to wybija z rytmu…
Prawdęmówiąc nie ma słuchawek do biegania idealnych. Po piętnastu kilometrach, kiedy pot nie tylko zalewa oczy (to zacząłrobićdużo wcześniej) ale wpływa do uszu, nawet najbardziej naturalne, anatomicznie dopasowane i och-ach-ultra-pro słuchawki zaczynająślizgaćsiępo małżowinie i zwyczajnie irytować. Na dwudziestym kilometrze w upale nie ma dobrych słuchawek do biegania. Sątylko te, które przeszkadzają.
Mam znajomych, którzy potrafiąbez wody biegaćdystanse po 15-20 km. Sątacy, którzy robili to w upalne dni. Osobiście nie wyobrażam sobie dystansów powyżej 10km bez bidonu, szczególnie latem. Woda to dla mnie podstawa komfortu, minimum biegowej higieny. Bieg bez wody to niepotrzebna mordęga. Owszem, jak wspomniałem sąludzie, którzy robiąłmaraton bez popitki, ale jest teżwielu takich, którzy z trasy wracali karetką
Bieganie z bidonem, butelk
ą, lub czymkolwiek innym w ręku to bardzo skuteczny biegowy rozpraszacz. W spoconej dłoni ciężko utrzymaćcokolwiek, jakkolwiek anatomiczne by to nie było, jakąkolwiek antypoślizgowąwarstwąby tego nie pokryto. Nic tu nie pomogążadne frotki na nadgarstku– po godzinie biegu nie ma takiego miejsca, w którym człowiek by sięnie spocił.
Im bardziej cz
łowiek jest zmęczony tym więcej rzeczy mu przeszkadza. Półlitrowa butelka, której przez pierwszy kwadrans prawie nie zauważał, po godzinie potrafi doprowadzićdo szału. W zależności od charakteru jeden wytrzyma dłużej, drugi krócej, ale koniec końców każdego cholera weźmie.
Ka
żdego, tylko nie tych z reklamy.
Jedynie Reebok odważyłsięo w miaręuczciwe pokazanie, czym faktycznie jest sport – rzecz jasna nadal w granicach reklamowego „kup mnie a nie czkniesz na maratonie” – ale jużbez wymuskanych modeli, którzy wyglądają, jakby dopiero wyszli z szatni. Usmarowani piaskiem i błotem byli dla mnie najbardziej wiarygodni ze wszystkich, których danego dnia spotkałem. O tyle wiarygodni, o ile można wierzyćreklamie…
Sport to wysiłek. To pot to zadyszka, to walka z samym sobą. To przeklinanie siebie w duchu, piętrowe wulgaryzmy, przy których ‚napierdalaj ojciec’ jest co najwyżej nienachalnąformązachęty. Sport musi dawaćw kość, musi wymagać, musi zmęczyć– bo tylko wtedy, gdy sięczłowiek męczy, sąz tego jakiekolwiek efekty. Warto o tym pamiętaćpatrząc na reklamy półbogów w ciuchach Asicsa , Najka czy innej Pumy.
Kupuj
ąc ciuchy sportowe nie kupujesz efektu. Możesz kupićlans, możesz siępooszukiwać, możesz nawet kogośpoderwaćna ścieżce biegowej, ale prawdziwego efektu nie kupisz za pieniądze. Tutaj walutąjest pot, odciski, zakwasy i wywarczane w duchu przekleństwa.

Mówiąc krótko: jeśli pod po dupie nie płynie, znaczy to tylko tyle, że słabo sięprzykładasz i żaden ciuch, czy inny gadżet nic tu nie zmieni.

Dwie lekcje z jednego biegu

Miało być poranne bieganie, ale gdy o czwartej rano usłyszalem odglos bębniącego (a raczej napierdalającego, bo  padaniem tego nazwać nie można) deszczu moja siła woli powiedziała, że nie, nie tym razem.
No i dobrze, bo cały dzień chodziłem lekko podminowany, nakręcony na wieczorne bieganie. Do tego rodzinka jeszcze nieco ciśnienie podniosła i efekt był taki, że w godzinę dwadzieścia zrobiłem 14,3km (co daje średnią 5,34min na kilometr) i podbiłem życiówkę na dychę o całe 15 sekund (56:30).

Dwie fajne lekcje z dzisiejszego biegu.
Pierwsza: oczyszczenie głowy w wkurwu. Nic tak nie resetuje jak bieganie. Próbowałem pływania, próbowałem roweru –  ale są to sporty za mało absorbujące, nie potrafię się przy nich wyłączyć. Biegając, szczególnie gdy starałem się trzymać w miarę równe tempo, już po 20 minutach zapomniałem o całej irytacji i jedynym, co miałem w głowie było rytmiczne napieranie do przodu.


Rzecz druga: Finisz na ostatnich kilometrach. Naczytałem się Crissie Wellington i postanowiłem powyciskać z siebie nieco więcej, niż zwykle. Nie zamykać się w bezpiecznym, oswojonym tempie, tylko przyduszać po troszku. W trakcie pierwszej dychy zrobiłem sobie  5, czy 6 dwustumetrowych przyspieszeń, ale prawdziwy ogień poszedł na samym końcu. Z początku rozum się bronił, że to końcówka, że 12 za mną, że zmęczenie i tak dalej, ale przycisnąłem do średniej 5min/km i udało mi się tą średnią utrzymać przez 2,5km. Okazało się, że można siłą woli zmusić organizm do większego wysiłku i… nic się nie dzieje. Człowiek nie umiera, płuc nie wypluwa, nogi nie odpadają. Czyli że da się!
To chyba najważniejsza lekcja z dzisiejszego biegania: granice są pozorne, trzeba tylko mocniej przycisnąć.


Poza tym, dziś było pierwsze bieganie z gps’em. Dziwnie trochę, bo przywykłem do spikerki z runkeepra podającej czas/średnią itd, ale skoro czlowiek przywykł –  to i odwyknie. Kilka razy nie usłyszałem piknięcia sygnalizującego przebiegnięty kilometr i zastanawiałem się, czy to ja się tak wlokę, czy GPS zwariował 🙂



I ostatnia rzecz: Żarówiaste frotki asicsa za całe 15 zeta dają +10 do widoczności po zmierzchu.
Super inwestycja.



Spirala

Poszedłem dziś do ortopedy. Kontrolnie, sprawdzić, czy ćmienie na zawiasach to coś poważnego, czy tylko normalny efekt zwiększenia dystansu. Lekarz pomacał, powyginał nogę na wszystkie strony a ponieważ nic nie bolało bardziej, niż zwykle, dał najbardziej bezużyteczną z rad

„Niech pan tyle nie biega, albo przynajmniej zmniejszy dystans o tych kilka kilometrów”

Żeby zrozumieć dlaczego, choć z medycznego punktu widzenia rada ta może być jak najbardziej słuszna, dla biegacza jest ona kompletnie bezużyteczna, trzeba wiedzieć, co takiego biegacza napędza.

Zaczyna się niewinnie. Pierwsze kilometry i zdziwienie „o Jezu, nie umieram”. Pierwsza piątka, pierwsza dycha, pierwsze pójście na całość. Kiedy uzmysławia sobie człowiek, że oto robi coś, co jeszcze miesiąc temu wydawało mu się nieprawdopodobne, że kiedyś wypluwał płuca w szkolnym biegu na 800m (pamiętam, że miałem z  tego pałę w ogólniaku) a teraz robi piątkę „ot tak, dla zasady”, przepala się w mózgu pewien bezpiecznik. Kończą się lęki i obawy, zaczyna się przekraczanie granic.
Wpadamy w spiralę.

Spirala polega na nieustannym podnoszeniu wymagań wobec siebie. A to krótszy czas, a to dłuższy dystans – cokolwiek, byleby tylko lepiej, niż poprzednio. Gdy się uda – jest euforia. Gdy nie uda –  bywa różnie. Istotne jest to, że niezależnie od wyników treningu, w głowie cały czas pali sie neon „szybciej, dalej, więcej„.

Rozsądek obowiązuje tylko do pewnego pułapu. Gdy biegałem po 10-14km, dystans maratoński traktowałem jako „może, kiedyś, raczej nie w tym roku”. Jednak gdy pewnego dnia, wyposzczony tygodniową przerwą biegłem 18ty kilometr pomyślałem sobie, że w zasadzie, jakby się tak przyłożyć do treningów… Od tamtej pory maraton z opcji „plany na przyszłość” awansował do pozycji „do zrobienia w tym roku”. Zupełnym mimochodem dystanse poniżej 10km przestały mnie interesować, bo szkoda ciuchy przepacać na takie drobiazgi; bo jak już ćwiczyć –  to porządnie.
Niedługo potem, gdy oswoiłem się z dystansem półmaratońskim, weekend bez dystansu powyżej 20km przestał wchodzić w grę.  Nie minęło wiele czasu, pojawiły się biegi o piątej rano. Nie mogę biegać dłużej? Będę biegał szybciej, albo zacznę wychodzić wcześniej.
Bieg wraz ze świtem?
Tak, jest w planach…

W spirali najlepsze jest to, że wkręca się w nią człowiek dobrowolnie. Wariackie godziny biegów? Coraz większe dystanse? Wszystko to dzieje się bez grama przymusu, wszystko z własnej woli. Nie ma problemów ze wstawaniem o 4:40, bo człowieka aż niesie, żeby pobiec, żeby zrobić, co jest do zrobienia, żeby dać sobie w kość, poczuć ten strzał endorfin, że tak, udało się, że zrobiłem coś extra, coś więcej, lepiej. Że przekroczyłem kolejną granicę.

Doskonale rozumiem sportowców, którzy igrają ze swoim zdrowiem. Uczucie przełamywania własnych słabości jest niesamowicie uzależniające.  Haj, jaki daje poprawienie wyników jest nieporównywalny z niczym. Człowiek czuje się niezniszczalny, czuje że może wszystko, że nie ma rzeczy nieosiągalnych. Czuje się dumny z siebie i ma ochotę na więcej.
Niech no tylko odeśpi szaleństwa 😉

Na co więc takiemu człowiekowi porada „niech pan tyle nie biega”, skoro sensem biegania jest coraz  więcej i szybciej? Skoro o to właśnie chodzi, żeby tego „tyle” było coraz więcej? Że to właśnie owo „tyle” jest głównym sensem i mechanizmem nagrody?
Tuptać dla samego tuptania?
To jak picie piwa bezalkoholowego – można poczuć smak – ale bez pieprznięcia w głowę to już nie to samo…



Kontuzja z przypadku

Spietrałem się dziś co nie miara.
Wracam z pracy do domu. Normalnym, dość żwawym krokiem, bez wyginania kostki, chodnik w miarę równy… I nagle sru, jak mnie nie zacznie boleć śródstopie. Ból taki, że kroku zrobić nie mogę. 

Pierwsza myśl – złamałem jakąś kość. Ale jaką i jak? Przecież normalnie idę, nie potknąłem się, na nic nie zadepnąłem… To może skurcz? Ale na skurcz to za mocne… Próbuję iść  – a gdzie tam –  nie ma mowy żeby ciężar na stopę postawić. To może na palcach? Ale jak na palcach 1,5km do metra kuśtykać?

Powoli, jak stary dziadek, człapu człap próbuję rozchodzić ból. Idzie opornie, ale idzie. W końcu jakoś doczłapałem do metra. Schodzę po schodach i czuję, a w zasadzie nie czuję bólu w kolanie. Bolało i przestało –  a może nie tyle przestało, co przeniosło się pół metra niżej.
W stopę.

I tak się zastanawiam, jak to niewiele trzeba, żeby podłapać jakąś kontuzję. Idzie człowiek w biały dzień po chodniku, trzeźwy, w wygodnych butach i nagle ni z  tego ni z owego – hyc, coś mu stopie strzela.
I na nic tu „mądre” rady w stylu „patrz pod nogi”, „uważaj jak chodzisz” itd. Czasem po prostu coś pieprznie bez wyraźnego powodu i nic się nie da z tym zrobić.
Ot, niefart i tyle.