Od dupy strony

Budzik. Znaczy się jest 04:40. Za oknem ani jednej chmurki, tylko blady poranny błękit. Najciszej jak potrafię wychodzę z łóżka. Lodówka. Serek homogenizowany na chybcika. Przemycie oczu w łazience, rozciąganie w przedpokoju. Lajkry na zadek, buty na nogi, zamykam drzwi.

Na podwórku jest rześko, włosy na rękach automatycznie stają dęba. Przerabiałem to, za 5 minut wszystko wróci do normy. Na razie lekki trucht, wymachy ramion i na luzaczku do stacji metra. Jeszcze będzie czas na przyduszenie –  na razie niech się organizm do końca obudzi.
W okolicach kościoła próbuję przyspieszyć, ale czuję piasek w nogach. Spoko –  widać jeszcze się nie dobudziłem, doturlam się do Pileckiego i za rondem przyduszę na spadku.
Przyduszam.

Brrrrulp. Znam ten odgłos, znam to uczucie. To jelito grube dopomina się swoich praw. Właśnie mija 20 minut od posiłku – marnego, bo marnego – ale organizm dostał sygnał, że to już, że dzień się zaczął. Dam radę; spinam wnętrze i spokojnym tempem biegnę dalej.

Brrrrulp (piąty kilometr)

Brrrrulp (szósty)

Brrrrulp. Kopa Cwila. Zbiegając czuję, że coś się w żołądku gotuje. Rozsądek mówi, że pora wracać do domu, ale przecież planowałem dziś pobiec ciut więcej, żeby dobić do równego rachunku, żeby nie zostawiać ogryzków przed urlopem.
Zatem pieprzyć rozsądek. Rozsądek jest dla mięczaków!

Brrrrulp.
Brrrrulp.
Brrrrulp.

Od dziesiątego kilometra zaczynam rozglądać się za krzakami i zastanawiam się, jak tu kucnąć, żeby butów nie obesrać. Mam też cichą nadzieję, że nie spotkam pod blokiem, albo  na klatce sąsiada wychodzącego z psem, bo przecież nie mam się czym podetrzeć i będę śmierdział jak menel.

Dwunasty kilometr. W prostej linii mam 500, może 600metrów do domu. Powinno mnie to uspokoić, ale organizm chyba wyczuł, że to już za moment, bo nie daje ani chwili spokoju. Odcinek, na którym planowałem przycisnąć do oporu biegnę drobiąc kroczki jak Japonka. Od zaciskania zwieracza czuje już skurcze mięśni pośladków. Każdy mijany śmietnik traktuję jak potencjalną toaletę. Usiądę, ściągnę spodenki, przynajmniej sobie butów nie ufajdam. Szczęśliwie jest zbyt wcześnie, żebym spotkał jakiegoś biegacza. Tu się lansuje, a nie biega. Choć raz się z tego cieszę.

Muszę zrobić 14, żeby dobić do 120. Jeszcze dwa kilometry. Co 10 sekund patrzę na gps odliczając brakujące metry. W myślach układam skrót między blokami. Niech no tylko piknie, niech da mi sygnał kolejnego połkniętego kilometra, żebym mógł pognać do domu.

No piknij żesz kurwa twoja mać! – klnę zataczając pełne koło. Dupa a nie skróty, zaraz się okaże, że będę musiał dymać dodatkowe kółko wokół podwórka, żeby natuptać te 14km –  ale przecież nie zostawię tego ogryzka. Choćbym miał się zesrać.

W końcu jest. Jest ten cholerny czternasty kilometr. Prawie pod samym domem. teraz tylko ostrożnie, krok za krokiem.
Teraz to już mechanika precyzyjna…

O tym nie mówią w sklepach. Sprzedawcy butów nie informują, że organizm w trakcie wysiłku próbuje wszystkiego. Ci od koszulek też się nie zająkną, że po dwudziestym kilometrze zaczynasz marzyć o kibelku, bo  szalejący organizm próbuje pozbyć się  wszystkiego, co mu przeszkadza, zrzucić każdy balast. Nie ma otarć, krwawiących sutków –  są tylko uśmiechnięci modele ze słuchawkami w uszach.

Tymczasem bieganie to biologia. Kiedy dajesz organizmowi w (nomen omen) dupę, ten zaczyna się bronić. Jak wystraszone zwierzę, które robi pod siebie, ludzkie ciało zrzuca to, co zrzucić najłatwiej. To jest absolutnie podstawowy mechanizm, na którego nie ma mocnych. Pierwotny instynkt przetrwania.
Poranne bieganie tym różni sie od wieczornego, że ryzyko przygody z jelitem grubym jest dużo większe. Wieczorem organizm jest już na pełnym rozruchu, zrobił co miał zrobić i wystarczy tyko dorzucić węgli, żeby było na czym biegać. Rano nie ma czasu – jest szybki  posiłek i tak naprawdę wszystko zależy od organizmu. Jeden pójdzie do kibelka od razu, drugi po pół godzinie a trzeci dopiero po południu. Jeśli dzień wcześniej jadło się fast fooda, morele, czy cokolwiek co ułatwia trawienie, na trasie może być bardzo nieciekawie.

Nie bez powodu w poradnikach przedstartowych zaleca się wstać kilka godzin wcześniej i zjeść lekki, acz obfity w węgle posiłek. Pierwsza rzecz to energia niezbędna do biegu; druga to czas – czas dla organizmu, aby zaskoczył, uruchomił silniki i pozbył sie efektów przemiany materii. Czas ten, jak pokazuje dzisiejszy przykład, jest równie ważny, jak siła mięśni nóg.


Bo oczywiście można dobiec z ufajdanymi łydkami, tylko po co?
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s