O bieganiu na kacu i pożytkach z okazjonalnego szaleństwa

Kiedyś bardzo lubiłem biegać na kacu. Nie wiedzieć czemu na kacu zawsze robiłem najlepsze osiągi. Krótkie kacowe strzały to było coś –  człowiek wyszedł, organizm rozruszał, kac mijał a przy okazji jakiś mały rekordzik padł –  same plusy. Sprawdzało się to na dystansach tak do 10km. Powyżej dychy jasne było, że na kacu organizm jest po prostu słabszy, że kacowe osiągi to bardziej efekt reakcji organizmu na sytuacje krańcowe, to jazda na absolutnych rezerwach, mechanizm obronny. Raz, drugi  zmusiłem się do dłuższych dystansów i powiedziałem sobie: Dość; albo picie albo bieganie –  albo przynajmniej nie jedno po drugim.

Ponieważ człowiek to zwierzę zapominalskie i z tendencją do folgowania, popłynąłem sobie w ostatnią sobotę koncertowo. Wiedziałem, że na niedzielę w planach jest długi bieg –  ale dajmy sobie trochę luzu, świat się na bieganiu nie kończy… Niedzielny kac był z gatunku tych morderczych, ale przecież to nie powód, by nie pobiec. W planach był bieg a z planów się nie rezygnuje. Cały tydzień czekałem na długie wybieganie, więc byle kac mnie nie zniechęci.

Bieg był koszmarny. Upadł, duchota, zawroty głowy… Pierwsze kilometry przebiegłem siłą woli, powtarzając sobie w duchu, że nigdy nie odpuściłem, więc teraz też nie odpuszczę. Zmordowałem się koszmarnie. Po  dziesięciu km czułem się gorzej, niż po 28. Zjedzony w sklepie lód i 0,7 wody postawiło mnie na nogi, ale wystarczyło tego ledwie na kolejne 5km. W okolicach Doliny Służewieckiej odezwało się zwykłe wycieńczenie organizmu, tempo spadło do szybszego marszu i jedyne, na czym byłem stanie się skupić to utrzymanie quasi-biegu, pilnowaniu tej psychologicznej granicy, że jeszcze biegnę, że nie odpuszczam, choć de facto był to powolny trucht. Po raz pierwszy biegłem „od zakrętu, do zakrętu”. Jeszcze 200 metrów, jeszcze do znaku drogowego, jeszcze do pełnej liczby na GPSie – żeby nie zostawić ogryzka. A potem znowu, jeszcze 100 metrów, byle do sklepu…
W sklepie batonik, woda, ale po dwóch kilometrach okazało się, że już nie ma z czego oszukiwać, że to już naprawdę koniec rezerw, że teraz trzeba bardzo ostrożnie, żeby chociaż dobiec do domu. Człowiek nie byłby jednak sobą, gdyby nie dorzucił sobie kilku dodatkowych metrów. Bo Wycieńczenie wycieńczeniem, ale nie skończę biegu na dystansie cząstkowym. Ma być okrągła sumka –  więc jeszcze tu, trochę tam, bo przecież ból jest chwilowy. Poboli i przestanie…

Był to mój pierwszy bieg, po którym musiałem się przespać. Koszmar, mordęga i pierwsze wyprucie do takiego stopnia. Pierwsze doświadczenie krańcowe. Wcześniej bywało różnie, ale nigdy do upadłego.

To było wczoraj. Dziś miał być dzień regeneracyjny, ale od rano coś za mną chodziło, coś ciągnęło do biegania. Być może to poranny widok truchtającej babki ze sporą nadwagą – zawsze rozpieprzają mnie takie obrazki – a może jakaś podskórna potrzeba dobicia, ciągota do samozniszczenia? koniec końców wymyśliłem, że aby odciążyć kolano pobiegnę w opasce uciskowej a kwestię dystansu rozwiążę ograniczeniem do testu slayera, który polega na tym, że puszcza się „Reign in blood” i napieprza tak szybko jak się potrafi. 29minut wyprucia –  w sam raz na małe wieczorne dożynki.

Najpierw rozgrzewka. Spokojne 10 minut, po czym krótki przystanek, zmiana muzyki i… Te nieprawdopodobne ciarki wrzasku rozpoczynającego „Angel of death”. Włosy stanęły mi na sztorc i poczułem się jak zwierzę. Nie liczyło się nic poza pędem przed siebie. Poza napierdalaniem ile fabryka dała.



Bieganie pod slayera to doświadczenie ostateczne. Pierwsze pięć minut jeszcze jakoś wytrzymałem, ale potem zaczął dochodzić do głosu organizm, zacząłem zwalniać i jasnym się stało, że zajarka zajarką, ale dotrzymanie tempa panu perkusiście jest ponad moje siły. Że te walka jest z góry przegrana; pytanie brzmi tylko, czy będzie to nokaut, czy zwycięstwo techniczne.
I w tym momencie przydało się niedzielne wyprucie kacowe. Choć biegłem na kolce, w duchocie, z mroczkami przed oczami powtarzałem sobie w duchu „Nie odpuściłeś wczoraj, 7km przebiegłeś ledwo żywy, 22 zrobiłeś na potwornym kacu –  to i teraz dasz radę. Nie zastanawiaj się, tylko trzymaj rytm i napierdalaj. Zrobisz to tak, jak zrobiłeś wszystko do tej pory. Nie ma miauczenia. Wypruj się, kurwa i zrób to. Show no mercy!”

I pobiegłem. Wynik co prawda poniżej oczekiwań, ale nie pierwszy to raz gdy ambicja rozbija się o realne możliwości. Zresztą, to nieistotne. Istotne jest to, jak przydatne są doświadczenia krańcowe, jak ważne jest dotykanie granic. Gdy raz człowiek do niej dojdzie, traktuje ją jako coś osiągalnego. Nie ma, że się nie da –  skoro raz się dało –  to się uda i drugi raz. I nie ma już wymówek, że nie ma siły, że pogoda nie taka – skoro dało się rade zrobić półmaraton na kacu to dlaczego miałoby sie nie dać pobiec pół godziny na maxa? Byłeś tam, zrobiłeś to –  więc nie ma wymówek. Nie ma zlituj.


Nie polecam nikomu biegania na kacu, bo to naprawdę, żadna przyjemność. Owszem, zostaje po tym poczucie dumy, niezniszczalności, że się dało radę – ale sam bieg to koszmar jakich mało.
Uważam jednak, że okazjonalne dojście do granicy, redukcja do kłębka bólu, bieg przez łzy i zaciśnięte zęby jest bardzo potrzebne i przydatne.
Bo nagle okazuje się, że nie ma czegoś takiego jak niemożliwe. Jest tylko to, na co jeszcze się nie porwałeś.
Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “O bieganiu na kacu i pożytkach z okazjonalnego szaleństwa”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s