Co mi przeszkadza w modzie na bieganie.

Wystarczy wyjrzeć za okno, by przekonać się, że biega chyba wszystko, co ma nogi. Na chodnikach i ścieżkach biegowych jest czasem tak tłoczno, że problemem staje się ominięcie, czy wyprzedzenie drugiej (trzeciej, piątej, n-tej) osoby. Las Kabacki w weekendy jest zatłoczony niczym w boże ciało. Dochodzi do tego, że aby pobiegać w spokoju trzeba wstawać wcześnie rano, ponieważ zgodnie z nazwą pewnego portalu, Polska biega.
W realu.

Do tej mody biegowej mam stosunek mocno ambiwalentny. Z jednej strony cieszy mnie, że ludzie wychodzą, ruszają się, że walczą z sadłem i o kondycję. Z drugiej zaś zwyczajnie wkurzam się widząc te tłumy na ścieżkach, bo mam wrażenie, że wychodząc na trening biorę udział w jakiejś imprezie masowej. Bieganie przestało być formą aktywności a zaczyna być formą lansu, produktem popkultury, czymś, co po prostu wypada/modnie jest zrobić.
I mierzi mnie to.

Można i trzeba postawić pytanie „a co ci to przeszkadza? Niech sobie biegają, na zdrowie”.
Przeszkadza mi to, że „moja” aktywność, moja forma walki z samym sobą robi się masowa. Że jak każda masowa aktywność przyciąga masę sezonowych przygłupów, które biegają nie zwracając uwagi na innych i stwarzają zagrożenie na chodnikach. Oczywiście, jest to mój problem nie ich –  bo każdy ma prawo do biegania, ale mierzi mnie to i kropka. Mierzi, bo kiedy widzę, że „moją” walkę uprawiają wszyscy dookoła (choć tak naprawdę to jest ich walka, bo to oni się pocą), to gdzieś mi się to zaczyna rozmywać. Owszem, dalej mam frajdę z biegania, dalej bije się sam ze sobą, ale rozwadnia mi się gdzieś ten „bonus”. Biegając przez okrągły rok czułem sie lepszy, bo robiłem coś, na co większość nie miała siły/samozaparcia – i nagle wiosną okazało się, że nie jestem samotnym fajterem, tylko częścią mody, fragmentem pospolitego ruszenia.

Biegać zacząłem w marcu 2012 podpuszczony wynikami znajomych. Zwyczajnie pozazdrościłem, ambicja zagrała i postanowiłem, że skoro oni – to i ja. Szybko uzależniłem się od strzału endorfin i bólu w mięśniach. Duma, którą czułem z każdym podniesionym dystansem, czy szybszym tempem była nie do opisania. Czułem się zajebiście sam ze sobą oraz  –  powiedzmy to uczciwie – lepszy od innych, tych, którzy nie robią nic. Lubiłem (i nadal lubię) ten klimat walki, to szykowanie się do wyjścia na mordęgę z samym sobą. I nagle okazuje się, że pół polski tak wychodzi, że to już nie walka, tylko fragment mody. Czuję się jak muzyk grunge z po sukcesie „Nevermind” Nirvany –  jeszcze wczoraj krzyczałem, jak mi na tym świecie źle a dziś krzyczą tak wszystkie stacje muzyczne i dzieciaki z gimnazjum. 
Ktoś mi wziął i podpieprzył mój bunt…

Nie podoba mi się propagowanie sportu, te wszystkie pięciokilometrówki z dwugodzinnym limitem czasu, biegi rodzinne itp. Chciałbym aby bieg nie był czymś, do czego „się zachęca” tylko tym, do czego człowiek dochodzi, bo chce coś ze sobą zrobić. Chciałbym aby niósł element wyzwania, walki, bólu – żebym wiedział, że mijany po drodze biegacz/ka morduje się tak samo, jak ja bo gdzieś w środku jest fajterem a nie lanserem. Chciałbym poczuć tą niemą więź z kimś, kto zaciska zęby i zapieprza, choć rozsądek mu puka od środka głowy.

Wiem. To kompletnie irracjonalne. Przecież nie biegam dla innych, tylko dla siebie.
A mimo to wkurzam się. Wkurzam jak dziecko, któremu wydawało się, że robi coś specjalnego, coś wyjątkowego, które czuło z tego dumę, po czym dowiedziało się, że robią tak wszyscy dookoła. Czy to deprecjonuje mój wysiłek? W żadnym wypadku! Dalej uparcie robię to, co daje mi endorfinowego kopa, nadal podnoszę poprzeczkę. Wciąż ścigam się sam ze sobą.
Tylko wkurza mnie, że podczas tego wyścigu muszę non stop kogoś omijać 😉

Kto ma większego czyli kwestia ambicji

W trakcie wczorajszego wieczornego biegania byłem świadkiem wypadku z udziałem dwóch rowerzystów. Wypadku ciekawego o tyle, że sprowokowanego przez biegnących po ścieżce rowerowej niedzielnych biegaczy i będącym podręcznikowym przykładem wypadku z głupoty.

Żeby lepiej naszkicować sytuację przygotowałem rysunek sytuacyjny.



Jest chwila przed 22gą. Po ścieżce rowerowej truchta otyły biegacz (C). Kilka metrów przed nim, tyłem do kierunku biegu truchta/podskakuje jego kolega (D) zagrzewając go do wysiłku. Widząc tą sytuację, jadący dość szybko rowerzysta A próbuje ich wyminąć bokiem. Jadący z naprzeciwka (z równie dużą prędkością) rowerzysta B nie zwalniając wchodzi w zakręt i zderza się z rowerzystą A. Szczęśliwie nic nikomu się nie stało.
Rowerzysta B podnosi się i wdaje się w kłótnię z biegaczami.

Zacznijmy od najważniejszego: głównym winnym wypadku są bezmyślni biegacze, którzy w swym pędzie do boskiej sylwetki biegali w miejscu nie przeznaczonym do biegania. To nie podlega dyskusji. Zachowali się jak idioci i koniec.
Ale.
Bez winy nie byli też rowerzyści, którzy pomimo później pory i słabej widoczności zasuwali po ścieżce, jakby to była pusta szosa. Oczywiście – ścieżka rowerowa to ścieżka DLA ROWERÓW a nie pieszych, psów , czy matek z dziećmi – ale warto też pamiętać, że biegnie ona przez osiedle, po którym biegają psy, dzieci, niedzielni biegacze – ogólnie rzecz biorąc toczy się życie i trzeba brać na to taką samą poprawkę, jak jeżdżąc samochodem po ulicach. Przepisy przepisami, ale jak w każdej sytuacji, przede wszystkim trzeba korzystać z głowy, użyć wyobraźni – i tejże wyobraźni ewidentnie tu zabrakło.
Zabrakło jej biegaczom, którzy nie myśleli o tym, że przeszkadzają rowerzystom, oraz rowerzystom, którzy zbliżając się do zakrętu gnali niczym po torze wyścigowym.
Plus całej sytuacji jest taki, że nic się nikomu nie stało.

Problem jest jednak nieco szerszy, ponieważ moim zdaniem winny jest tu przede wszystkim przerost ego. Typowym zachowaniem na drodze jest manifestowanie swego ja. Ja jadę/biegnę – wszystko z drogi. Czy to kierowcy, czy rowerzyści, czy biegacze – wszyscy zachowują się, jakby droga należała do nich i wszyscy mieli w obowiązku się do nich dostosować. Kierując samochodem, gdy zbliżam się do skrętu w prawo po kilkakroć rozglądam się, czy aby przypadkiem jakiś zapaleniec na rolkach/rowerze nie wyskoczy mi znienacka, ponieważ nauczony doświadczeniem wiem, że rowerzysta = idiota. W tym momencie mogę krzywdzić tych, którzy jeżdżą rozważnie i z kulturą, ale giną oni w natłoku idiotów zachowujących się, jakby byli królami dróg. Nieraz zdarzało mi się widzieć rowerzystę, który zbliżając się do przecięcia drogi ze ścieżką rowerową nawet nie zwolnił. Rozumiem przepisy, ale niech mnie, kierowcę, na chwilę oślepi słońce, niech na sekundę przestanę widzieć, co się na drodze dzieje – wypadek gotowy. Rozumiem, że jest wielu kierowców, którzy nie przepuszczają rowerzystów, wymuszają przejazd – i są to zachowania skandaliczne – ale z drugiej strony nie może to być powodem do zachowań zwyczajnie głupich i nieodpowiedzialnych, bo koniec końców, przy zderzeniu z autem, rowerzysta skończy na wózku a kierowca w więzieniu.
I co sobie tym udowodnimy?

Inna kwestia to prędkość. Biegając wzdłuż ścieżek widzę, z jaką prędkością jeżdżą rowerzyści – zapieprzają jakby byli na wyścigach zupełnie zapominając, że granicą pomiędzy ścieżką a drogą dla pieszych jest często wąski pasek farby na chodniku (szkoda że nie gnają tak na ulicach, gdzie z lubością utrudniają poruszanie się samochodem). Zdają się nie myśleć, że przy prędkości 30km/h i takiej ilości rowerów, jaka jeździ po Ursynowie zwyczajnie prowokują wypadki. Rozumiem, że mają się za sportowców, rozumiem wiatr we włosach i adrenalinę ale nie umiem zrozumieć braku wyobraźni. Ścieżki rowerowe nie są tak wyraźnie wydzielone z ruchu, jak ulice, nie są oddzielone 1,5 metrowym pasem zieleni, biegną często wzdłuż chodników na których toczy się normalne życie.
Już słyszę tą argumentację, że skoro piesi nauczyli się uważać na samochody to powinni też zacząć uważać na rowery. Owszem powinni – ale powinno to też działać w druga stronę. Chcesz mieć takie sama prawa jak auto – zrób prawo jazdy, ubezpiecz rower, poddaj się ograniczeniu prędkości i przede wszystkim zdaj sobie sprawę tego, że poruszasz się pojazdem mechanicznym, który uderzając z prędkością 30km/h w pieszego potrafi zrobić z niego kalekę.
Jesteś kierowcą – bądź odpowiedzialny.

Zamiast gadać o tym, co być powinno a nie jest – bo tak to można w nieskończoność – warto powiedzieć jedno: UŻYJ MÓZGU. Zachowywanie się jak król drogi do niczego dobrego nie prowadzi. Oczywiście, można dalej rozdymać ego i wychodząc z założenia „ja mam pierwszeństwo bo” igrać z losem (wczorajszy wypadek wyglądał groźnie – byłem zaskoczony, że rowerzyści się podnieśli o własnych siłach) ale o wiele rozsądniej jest spuścić trochę powietrza z balonika i uznać, że poza mną też są inni ludzie.

Nie trzeba wiele – wystarczy rozglądać się na skrzyżowaniach ( nie tylko z jezdnią, ale też ze ścieżką rowerową) – rozumiem, że muzyka na uszach może właśnie dawać największego kopa w ostatnim ćwierćwieczu, ale kiepsko się biega po zderzeniu w rowerem, czy samochodem. Rozsądnie jest też nie zapieprzać jak Armstrong w miejscach gdzie jest większy ruch, zwolnić przy zakręcie, czy przecięciu dróg. To są podstawy, ale wczorajsza sytuacja pokazuje, że trzeba cały czas o nich przypominać.

Przede wszystkim trzeba jednak korzystać z wyobraźni i zdrowego rozsądku, bo można albo kogoś okaleczyć, albo samemu skończyć na wózku.

Bo gdy adrenalina opadnie okazuje się, że są rzeczy ważniejsze od pokazania, kto tu jest królem drogi.

Od niechcenia

Nie dalej jak w ostatnim wpisie wspomniałem, że najlepiej biega mi się na niechcieju, że najlepsze wyniki i życiówki robię wtedy, gdy nie mam ochoty na bieganie i wychodzę na podwórko z poczucia obowiązku.

Nie inaczej było przedwczoraj.

Trening na crossficie zrobiłem uczciwy. Burpees, skakanki, przysiady ze sztangą, kettle, 2,5km wokół boxa – wszystko to zrobiłem tak solidnie, na ile pozwalał mi zmęczony organizm. Po treningu jeszcze stanie na rekach, zwisy na kółkach, wznosy nóg w zwisie.

Wróciłem do domu zmordowany z zamiarem robienia NIC. No, może nie do końca nic, bo chodziło za mną piwko i planowałem zrobić ze dwa wieczorkiem. Bez szaleństw, bo na środę zaplanowałem 18km, których brakuje mi do pełnego tysiąca. Coś mi jednak nie dawało spokoju. Chodziłem, kombinowałem, że może by tak trochę pobiegać we wtorek i potem we środę dobić tych kilka brakujących km. Spodobał mi się ten plan i gdy tylko małżonka wróciła ze swojego biegu, wyszedłem zrobić swoje.

Zazwyczaj pierwsze 4-5km to dla mnie rozgrzewka – etap trudny i na siłę, zanim organizm się nie rozbuja, nie wpadnie w rytm.  Pierwsze 30minut biegłem pod wiatr – wiało, jakby lada chwila miała lunąć ściana wody. Muzyczka jakoś niespecjalnie się na playliście układała, przejścia dla pieszych straszyły na czerwono – więc aby się nie zatrzymywać robiłem dodatkowe metry. Pomimo to biegło  się zaskakująco dobrze – nogi trzymały tempo, pić się nie chciało a nawet kilka razy udało się mocniej przycisnąć.

Gdy po pół godzinie GPS pokazał przebiegnięte 5,3km pomyślałem, że może by się tak pokusić na bicie życiówki. Pomimo dającego o sobie znać zmęczenia, konsekwentnie trzymałem tempo, kilka razy musiałem przysprintować aby zdążyć na zielone, klika razy nie zdążyłem i pobiegłem na czerwonym. Nawet muzyczka zaczęła się jakby lepiej układać.

Na czterdziestej minucie GPS pokazał 7,5km. Żeby pobić swój rekord na dychę musiałbym zrobić 2,5km w 15minut, czyli biec przez kwadrans powyżej 12km/h. Padła decyzja, biegnę. Nie wiem skąd wziąłem w sobie tyle siły, nie wiem jak musiałem wyglądać, ale mijani biegacze patrzyli na mnie jak na wariata. Jedne czerwone światła, drugie czerwone. Pilnowałem tylko, żeby nie wyskoczyć komuś pod koła. W głowie już układałem usprawiedliwienie dla policjantów, którzy mogliby gdzieś z przyczajki wyskoczyć z mandatem za bieganie na czerwonym.

Skręt z Ghandi w Rosoła. Ostatni kilometr, 50 minut. Już wiem, że będzie nowa życiówka, kwestia tylko, ile urwę. Pół minuty? Minutę? Zapieprzam jak dziki pokrzykując na snujących się chodnikiem na rowerzystów. Ostatnie metry. Dwieście, stówka, pięćdziesiąt. I już, piknęło, jest dycha. Równiutkie 55:00. Urwałem całe 1,5 minuty.

Gdybym zaplanował bicie życiówki, na bank nic by z tego nie wyszło. Nie raz już było tak, że wychodziłem wypoczęty, naładowany a trening, nie wiadomo czemu, wychodził mocno taki sobie. Tymczasem po raz kolejny bieg „na odczepnego” zakończył się bardzo dobrym wynikiem. Nie wiem, na czym to polega. Może za bardzo się napinam, staram, za mocno na coś nastawiam? Może kluczem jest podejście na luzie, „co będzie to będzie”?

Być może tak właśnie jest – tylko co zrobić w przypadku startów? Nie wyobrażam sobie biegania maratonu z nastawieniem „dzisiaj nie chce mi się, ale pobiegnę dla spokoju ducha”. Nie wyobrażam sobie wyluzowania w tłumie biegaczy, na chwilę przed startem, gdy unosząca sie w powietrzu napinka i oczekiwanie na start są niemalże namacalne. Trzeba by chyba wykastrować się z ambicji – a to dla sportowca jak ucięcie jajec niemalże.


To ja już wolę spalać się na startach i robić życiówki na treningach 😉

Na odmulenie

Często żartuję, że moje wyniki są odwrotnie proporcjonalne do zaangażowania. Jeśli wychodzę pobiegać „na niechcieju”, bez ciśnienia, efekty są zazwyczaj bardzo dobre – a to jakaś życióweczka pęknie, a to jakiś dystans fajny. Zaś gdy wychodzę z domu naładowany adrenaliną, nabuzowany, gotów ruszać z posad bryłę świata, wyniki są często poniżej średniej.

Ewidentnie, najlepiej biega mi się „na odpierdol” 😉

Najgorsze są treningi, które teoretycznie powinny pójść idealnie – świetne samopoczucie, wyspanie, węgle podładowane – nic tylko rwać asfalt butami. Tymczasem wychodzi człowiek z domu, zaczyna biec i… dupa, ściana, piasek w nogach i kamienie w płucach. Puszczam muzyczkę, żeby podbić tempo – a gdzie tam – ugrywam 15-20 sekund na kilometr a samopoczucie jakby kto stalowym prętem po plecach bił. O ile fizycznie jest to do zniesienia, o tyle psychicznie jest to bardzo wyniszczające. Mało co spala tak, impotencja. Czujesz się świetnie, czujesz, że możesz – a nie możesz. Depczesz a stoisz w miejscu i nie wiadomo o co chodzi. Im mocniej dociskasz tym mniej z tego efektu. Wiesz, że najlepiej byłoby wrócić do domu, bo z dzisiejszego biegu nic nie wyjdzie – ale męczysz się, bo ambicja, bo plany, bo nie po to wychodzisz z domu by wymięc po dwóch, trzech kilometrach.
I wściekasz się i frustrujesz i kurwami na lewo i prawo rzucasz – ale to nic nie pomaga.

Im więcej potrafisz tym większa jest frustracja. Na etapie początkowym jeszcze łatwo sobie wszystko wytłumaczyć – że trudne początki, że kondycja jeszcze nie najlepsza, że takie prawo nowicjusza – ale gdy masz za sobą kilka startów, gdy dusisz po 200km miesięcznie, gdy czujesz się twardym zawodnikiem, tym, który nie odpuszcza i nagle, ni z tego ni z owego dopada cię taka niemoc – odbiera to całą radość z biegu. Spala. Frustruje. Wkurwia.

W takich sytuacjach powtarzam sobie słowa trenera Crissie Wellington

niektóre treningi są jak diamenty, a inne jak kamienie, 
ale każdy z nich jest skałą budującą fundament formy

I choć urażona duma wścieka się i kopie, jakoś łatwiej po tym pozbierać, bo wiem, że dużo lepsi ode mnie też mają słabe treningi.

Spirala nieustannego podnoszenia poprzeczki to straszna rzecz. Człowiek chciałby coraz lepiej, więcej, szybciej – przecież tyle biegam, tyle trenuję, mam prawo oczekiwać, że wyniki będą szły w górę. A tu nic. Więc sfrustrowany wychodzę „nadrobić” słabszy trening – i dalej nic. Wściekam się więc, bo trenuję a efektów nie ma. Wściekam na nieprzewidywalność organizmu, który powinien by jak maszyna, psychiki, która powinna tą maszynę mobilizować. Wściekam się na wszystko wokół.
A to błąd.

Cofniij się Zapolski i raz jeszcze przeczytaj to zdanie.

niektóre treningi są jak diamenty, a inne jak kamienie, 
ale każdy z nich jest skałą budującą fundament formy

To znaczy, że ma prawo pójść źle. To znaczy, że każdy ma słabsze treningi, nawet Uber kozacy, do których nie masz co się porównywać. Że chciałbyś? Ba! A kto nie chciałby? Ale słaby dzień to słaby dzień. Skoro wszyscy go mają, weź z niego tyle ile możesz i poczekaj na lepszy. Bo zawsze jest co wziąć. Zawsze jest coś, co się przyda. A jeśli czarno widzisz i uważasz że nie przyda się nic, potraktuj go jako utrzymanie formy, podłożenie do pieca żeby za bardzo nie przygasł. Przyjdzie chwila i pierdolnie takim ogniem, że przykrywka podskoczy – ale to widać nie dziś. Nie wściekaj się. Nie spalaj. I tak jesteś lepszy od milionów hodujących mięsień piwny przed telewizorem. Tak, wiem, to żaden wyczyn porównywać się z leniami, ale przynajmniej cokolwiek zrobiłeś. Wyszedłeś z domu, skotłowałeś się. Nie odpuściłeś.
Pamiętaj, nie jesteś maszyną. Masz prawo do słabości.

A wszystko przez ten dzisiejszy crossFit.
Poszedłem z nastawieniem na samozniszczenie. Wszystko szło fajnie do momentu, gdy zaczęło brakować mi siły. Postanowiłem wówczas, że lepiej przejść do ćwiczenia w wersji lżejszej ( mówiąc fachowo, skalować wysiłek) niż zarżnąć się na pierwszej połowie i nie dociągnąć treningu do końca. Biorąc rzecz na logikę jest to jak najbardziej właściwe, ale emocjonalnie… Emocjonalnie chciałbym już góry przenosić i cholernie ciężko jest mi się pogodzić z tym, że kondycję funkcjonalną, mam taką sobie, że jeszcze wiele, bardzo podstawowych kwestii wymaga doprowadzenia do przyzwoitego poziomu.

Biegając długie dystanse doszedłem do przekonania, że jestem twardy, że dużo mogę i bardzo mnie boli to, że wytrzymałość długodystansowa kompletnie się na crossficie nie sprawdza. Bieg to długi, dość jednostajny wysiłek – wystarczy złapać dobry rytm i reszta sama leci. Cross jest kompletnym tego przeciwieństwem. Tempo i z zróżnicowanie ćwiczeń jest szalone. Organizm przyzwyczajony do jednostajnego wysiłku głupieje i non stop wysyła do głowy sygnały alarmowe. Do tego ta urażona duma – miał się człowiek za wysportowanego a tu okazuje się, że jest, jak to ładnie jankesi określają „one trick pony” – i trzeba uczyć się podstaw, znowu być początkującym.

Wczorajszy bieg, dzisiejszy cross – to wszystko są treningi na głowę. Sprowadzenie na ziemię, usadzenie na dupie, żeby się człowiekowi za dużo nie wydawało, żeby się w głowie nie poprzewracało.
To są też rzeczy ważne – już nawet nie treningowo – ale tak zwyczajnie, po ludzku.
Żeby się człowiek nie zrobił nieznośny.
Żeby nie odbiło.

Rozdziewiczony w lesie, czyli moje pierwsze 42km

42 to dla każdego biegacza liczba magiczna. Czterdzieste drugie urodziny, 195-ty dzień roku – tego nie dało się uczcić inaczej, jak wspólnym biegiem. Nazwa – Roberton – wzięła się od imienia jubilata, głównego organizatora i kierownika całego zamieszania.
Założenie było tak proste, jak samo bieganie –  robimy pętle dookoła Lasu Kabackiego. Pętla ma 10 km i każdy biegnie tyle kółek, ile czuje się na siłach.



Pod wiatą od strony ul. Moczydłowskiej urządziliśmy biuro zawodów, które przechrzciłem na zajezdnię. Ilość picia i jedzenia, którą przygotowaliśmy na okoliczność biegu zaskoczyła wszystkich. Absolutnym zwycięzcą w tej kategorii okazała się Hania, która przywiozła min. dwa osiemnastokilogramowe kartony bananów. Do tego były ciasta, placki, batoniki, kilka kartonów czekolady, zgrzewki wody. Fura żarcia, której –  to było jasne od samego początku – nie przejemy.


Zajezdnia była cały czas pod czujnym okiem tych, którzy danego dnia nie biegali –  więc bez obaw można było na niej zostawić torby, plecaki i wszystko to, co niezbędne, a co tylko przeszkadzałoby w trakcie biegu


Od samego początku wiedziałem, że robię pełny dystans. Plan był prosty pobiec maraton. Zniszczyć, skotłować. Sprawdzić, ile to całe bieganie jest warte. Trasę znałem jak własną kieszeń –  w końcu to moje ścieżki treningowe –  wiedziałem, że czekają mnie cztery kółka z małym hakiem. Wielokrotnie przebiegałem je tak w myślach jak i nogami. Znałem punkty orientacyjne, wiedziałem czego się spodziewać. Żadnych niespodzianek.


Niespodziankę natomiast zgotowała nam pogoda. O ile przez cały tydzień były piękne, lipcowe temperatury w okolicach 30 stopni, o tyle w nocy z soboty na niedzielę spadł deszcz, który lał i lał i lał… Byłem przekonany, że Las Kabacki zmieni się w jedno wielkie jezioro, a skończyło się na kilku większych kałużach, które bez problemu dawało się ominąć. Dzięki nocnej ulewie temperatura spadła do ok 20 stopni. Do tego lekki chłodek, drzewa dawały cień – warunki do biegania zrobiły się idealne.



9-ta z minutami start. Plan jest prosty: co 10 km cukier, non stop woda i  ciągłe monitorowanie wydolności organizmu.
Pierwsza dycha to
śmichy-chichy, fiu-bźdźiu i Monika, której gadulstwo umila nam czas, Robert mąką oznacza główne zakręty na trasie. Pies biega, my żartujemy – atmosfera jest mocno piknikowa.





Po godzinie wpadamy na „zajezdnię” – szybki cukier banany, czekolada, woda i dalej w trasę. Druga dycha pęka niezauważona. Znowu czekolada, woda i… pierwsze oznaki zmęczenia. Nie odpuszczamy jednak i wracamy na ścieżkę. Pierwsza piątka idzie  bajecznie, ale tak od 26 tego zaczyna się odzywać  zmęczenie.  U wszystkich, tylko nie u Moniki – ta gada jak najęta –  ale jest to jak  zbawienie;  człowiek biegnie,  słucha i nie wie  gdzie kilometry uciekają.


Mokre spodenki przyklejają się do nóg. Odklejam je i widzę osadzającą się na udach sól. Słona piana –  jak na plaży – śmieję się do siebie. Znowu zajezdnia cukier, woda… Ale już nie tak jak na starcie. Już piasek w mięśniach, już zmęczenie  – mimo to napieramy.




Czwartą dychę zaczynam z przytupem podpinając się pod Roberta i Hanię. Oboje są duuużo bardziej ode mnie doświadczonymi biegaczami, ich tempo konwersacyjne to dla mnie spory wysiłek, ale staram się dotrzymać im kroku.  Gdzieś na 32gim km Robert  namawia mnie na 45.No co to jest, przecież i tak przebiegniesz 42 –  więc co to za różnica? Z rozpędu to zrobisz…” Chwilowo daje się ponieść i przez kilka km odliczam dystans nie do 42 a do 45.  W końcu co to są te 3 km więcej?


Wg większości poradników biegowych  na 34/35km powinna być ściana; powinna a nie ma.  Coś podejrzanie dobrze mi idzie. Owszem, jest zmęczenie, ale to nic specjalnego, zwykłe wysiłkowe zmęczenie. Regularnie się nawadniam, dostarczam cukru, żeby było na czym jechać –  kryzys energetyczny nie ma racji bytu.


Psychika też dopisuje – żadnego zwątpienia, spadku siły woli. Wręcz przeciwnie – nieustanny fighter mode on. Do tego rozmowy, dzięki którym czas szybciej leci. Jest dobrze. Jeśli tylko nic mi nie odpadnie, nic nie skręcę, nie urwę –  będzie idealnie


36km  –  dzień dobry –  odzywa się kolano i tempo z  5.55/km spada do 6;25/km. Boli, ale wiem, że to nic poważnego. Byli lekarze, było USG –  więc kolano jak delicja –  to zwykłe przeciążenie –  tłumaczę  sobie. Boli jak cholera. Robert z  Hanią są coraz dalej i dalej. Adrenalina każe ich gonić, ale rozsądek przypomina, że ból to przede wszystkim informator, który ostrzega, że poruszam się po granicy, że trzeba uważać, że od teraz każde dociśnięcie może skończyć się kontuzją. Tłumaczę sobie, że te 3, może 4 minuty które ugram zarzynając się na ostatnich kilometrach mogą skończyć się długą odstawką od biegania. Nie warto. Nie opłaca się.  Już wiem, że 45km to fikcja. Chodzi o to by zrobić 42 bez kontuzji. Najlepiej w 4:30.




Zegarek pokazuje 3h:50min, 6km do końca a dla mnie każdy krok to strzał bólu. Wyobrażam sobie wszystkie  swoje treningi, wszystkie biegi na kacu, wszystkie petardy o piątej rano i pytam siebie, czy to wszystko jest nic nie warte. Potem zaczynam bluzgać pod swoim adresem. Odpuścić na kilka km przed finiszem? No chyba kurwa kpina! To po to się wypruwałeś, żeby na koniec odpuścić z miękką rurą? No bez jaj Zapolski. Napierdalaj! Tak ugrywam kilometr, dwa. Na sam koniec biegnę pod slayera. na piersi mam nr startowy: slayer 666 show no mercy. A to do czegoś zobowiązuje.  Miał być ogień –  jest ogień  –  nie mogę odpuścić przed samym sobą. Sam sobie tyle obiecywałem a teraz co –  mam odpaść 2km przed metą? No chyba kurwa jakieś żarty! A zatem  Payback i  „beat you up until you’re fucking lifeless carcass”
Zaciskam zęby i przed siebie.





Ostatni km ciągnie się w nieskończoność. 41km na GPSie i ani drgnie. „No weź kurwo piknij” – drę się na zegarek, który po kilku sekundach przeskakuje na 42,1 i wiem, że mogę zawrócić.Ostatni kilometr, ostatnia prosta.


Na metę wbiegam tradycyjnie –  ręce do góry i „Slejeeeeeeer” ile pary w płucachCzuję się niezniszczalny. Nic mnie nie boli. Adrenalina urywa łeb.


Chwila na złapanie oddechu i czas na przebieranki. Dziewczęta nie chciały robić za hostessy, które wręczą Robertowi puchar, więc padło na panów. Kiecki, makijaż, piwo do pucharu, świeczki w arbuza i z powrotem na zajezdnię. Mijani ludzie patrzą na nas jak na babę z brodą –  i słusznie –  bo obie hostessy mają solidny zarost.


Czekamy, czekamy, czekamy… w końcu są nasi pięćdziesiątnicy. Wyskakujemy z przyczajki. wręczamy prezenty, uściski, całusy gratulacje.




No i rzecz jasna sesja zdjęciowa z hostessami 🙂



Potem migusiem do domu na prysznic, bo za godzinę afterparty w Powsinie. Wysiadam z samochodu i czuję, że mam zajebisty pęcherz na pięcie.  Adrenalina odpuszcza, organizm dochodzi do głosu. Nie byłem dla niego za dobry przez ostatnich kilka godzin. Zemści się za to. To pewne.


Ogólny bilans biegu wychodzi bardzo na plus. Zrobiłem to, co zaplanowałem, tak, jak zaplanowałem i wszystko to 10 minut poniżej zakładanego czasu.
Bardzo zadowolony jestem z gospodarki energetycznej. Nauczony doświadczeniem piłem w zasadzie non-stop i pilnowałem, żeby nie zabrakło cukru. Na każdej pętli był batonik, izo i coś na drogę. Dzięki temu ani razu nie poczułem, że brak mi siły i jedynym, czym musiałem się przejmować, był zwykły wysiłkowy ból.




Opłaciła się treningowa jazda po bandzie – połówki na ciężkim kacu, 15tki na czczo, biegi wzdłuż metra w upale. Długie dystanse  na hardkora miałem przetrenowane –  więc wiedziałem ( mniej więcej) jak mi organizm zareaguje –  i zareagował dokładnie tak, jak się po nim spodziewałem.

Nie było zwątpienia, ściany, żadnych typowo maratońskich sensacji. Było fajnie, na luzaku. Prawdę mówiąc, gdy dobiegłem poczułem lekki… niedosyt? Nastawił się człowiek na tortury a okazało się, że to było zwyczajnie i po ludzku przyjemne 🙂




Najważniejsze było chyba odmitologizowanie maratonu. Naczytał się człowiek o nim niestworzonych rzeczy, nastawił się na nie wiadomo co, po czym się okazało, że 3 miesiące uczciwych treningów dają bazę do pokonania 42km w 4 i pół godziny. Maraton przestał być straszny. Stał się zwykłym dystansem do pokonania. Owszem –  dużym i wymagającym –  ale nie jest to coś ponad ludzkie siły. Przekonałem się, że mogę, że nie ma czegoś takiego jak „nie da się”. Że wystarczy tylko trenować.


Jeśli chodzi o urazy – prawie ich nie było. Jeden pęcherz na pięcie, otarcia pod pachami i to wszystko. Żadnego bólu nóg, który uniemożliwiałby wchodzenie po schodach, żadnego pojękiwania przy byle ruchu. Jak na 42 km to, moim zdaniem, są to „straty symboliczne”
Jeszcze jutro robię dzień regeneracyjny a od środy z powrotem do roboty.

Zawsze może być lepiej, szybciej, fajniej.