Na odmulenie

Często żartuję, że moje wyniki są odwrotnie proporcjonalne do zaangażowania. Jeśli wychodzę pobiegać „na niechcieju”, bez ciśnienia, efekty są zazwyczaj bardzo dobre – a to jakaś życióweczka pęknie, a to jakiś dystans fajny. Zaś gdy wychodzę z domu naładowany adrenaliną, nabuzowany, gotów ruszać z posad bryłę świata, wyniki są często poniżej średniej.

Ewidentnie, najlepiej biega mi się „na odpierdol” 😉

Najgorsze są treningi, które teoretycznie powinny pójść idealnie – świetne samopoczucie, wyspanie, węgle podładowane – nic tylko rwać asfalt butami. Tymczasem wychodzi człowiek z domu, zaczyna biec i… dupa, ściana, piasek w nogach i kamienie w płucach. Puszczam muzyczkę, żeby podbić tempo – a gdzie tam – ugrywam 15-20 sekund na kilometr a samopoczucie jakby kto stalowym prętem po plecach bił. O ile fizycznie jest to do zniesienia, o tyle psychicznie jest to bardzo wyniszczające. Mało co spala tak, impotencja. Czujesz się świetnie, czujesz, że możesz – a nie możesz. Depczesz a stoisz w miejscu i nie wiadomo o co chodzi. Im mocniej dociskasz tym mniej z tego efektu. Wiesz, że najlepiej byłoby wrócić do domu, bo z dzisiejszego biegu nic nie wyjdzie – ale męczysz się, bo ambicja, bo plany, bo nie po to wychodzisz z domu by wymięc po dwóch, trzech kilometrach.
I wściekasz się i frustrujesz i kurwami na lewo i prawo rzucasz – ale to nic nie pomaga.

Im więcej potrafisz tym większa jest frustracja. Na etapie początkowym jeszcze łatwo sobie wszystko wytłumaczyć – że trudne początki, że kondycja jeszcze nie najlepsza, że takie prawo nowicjusza – ale gdy masz za sobą kilka startów, gdy dusisz po 200km miesięcznie, gdy czujesz się twardym zawodnikiem, tym, który nie odpuszcza i nagle, ni z tego ni z owego dopada cię taka niemoc – odbiera to całą radość z biegu. Spala. Frustruje. Wkurwia.

W takich sytuacjach powtarzam sobie słowa trenera Crissie Wellington

niektóre treningi są jak diamenty, a inne jak kamienie, 
ale każdy z nich jest skałą budującą fundament formy

I choć urażona duma wścieka się i kopie, jakoś łatwiej po tym pozbierać, bo wiem, że dużo lepsi ode mnie też mają słabe treningi.

Spirala nieustannego podnoszenia poprzeczki to straszna rzecz. Człowiek chciałby coraz lepiej, więcej, szybciej – przecież tyle biegam, tyle trenuję, mam prawo oczekiwać, że wyniki będą szły w górę. A tu nic. Więc sfrustrowany wychodzę „nadrobić” słabszy trening – i dalej nic. Wściekam się więc, bo trenuję a efektów nie ma. Wściekam na nieprzewidywalność organizmu, który powinien by jak maszyna, psychiki, która powinna tą maszynę mobilizować. Wściekam się na wszystko wokół.
A to błąd.

Cofniij się Zapolski i raz jeszcze przeczytaj to zdanie.

niektóre treningi są jak diamenty, a inne jak kamienie, 
ale każdy z nich jest skałą budującą fundament formy

To znaczy, że ma prawo pójść źle. To znaczy, że każdy ma słabsze treningi, nawet Uber kozacy, do których nie masz co się porównywać. Że chciałbyś? Ba! A kto nie chciałby? Ale słaby dzień to słaby dzień. Skoro wszyscy go mają, weź z niego tyle ile możesz i poczekaj na lepszy. Bo zawsze jest co wziąć. Zawsze jest coś, co się przyda. A jeśli czarno widzisz i uważasz że nie przyda się nic, potraktuj go jako utrzymanie formy, podłożenie do pieca żeby za bardzo nie przygasł. Przyjdzie chwila i pierdolnie takim ogniem, że przykrywka podskoczy – ale to widać nie dziś. Nie wściekaj się. Nie spalaj. I tak jesteś lepszy od milionów hodujących mięsień piwny przed telewizorem. Tak, wiem, to żaden wyczyn porównywać się z leniami, ale przynajmniej cokolwiek zrobiłeś. Wyszedłeś z domu, skotłowałeś się. Nie odpuściłeś.
Pamiętaj, nie jesteś maszyną. Masz prawo do słabości.

A wszystko przez ten dzisiejszy crossFit.
Poszedłem z nastawieniem na samozniszczenie. Wszystko szło fajnie do momentu, gdy zaczęło brakować mi siły. Postanowiłem wówczas, że lepiej przejść do ćwiczenia w wersji lżejszej ( mówiąc fachowo, skalować wysiłek) niż zarżnąć się na pierwszej połowie i nie dociągnąć treningu do końca. Biorąc rzecz na logikę jest to jak najbardziej właściwe, ale emocjonalnie… Emocjonalnie chciałbym już góry przenosić i cholernie ciężko jest mi się pogodzić z tym, że kondycję funkcjonalną, mam taką sobie, że jeszcze wiele, bardzo podstawowych kwestii wymaga doprowadzenia do przyzwoitego poziomu.

Biegając długie dystanse doszedłem do przekonania, że jestem twardy, że dużo mogę i bardzo mnie boli to, że wytrzymałość długodystansowa kompletnie się na crossficie nie sprawdza. Bieg to długi, dość jednostajny wysiłek – wystarczy złapać dobry rytm i reszta sama leci. Cross jest kompletnym tego przeciwieństwem. Tempo i z zróżnicowanie ćwiczeń jest szalone. Organizm przyzwyczajony do jednostajnego wysiłku głupieje i non stop wysyła do głowy sygnały alarmowe. Do tego ta urażona duma – miał się człowiek za wysportowanego a tu okazuje się, że jest, jak to ładnie jankesi określają „one trick pony” – i trzeba uczyć się podstaw, znowu być początkującym.

Wczorajszy bieg, dzisiejszy cross – to wszystko są treningi na głowę. Sprowadzenie na ziemię, usadzenie na dupie, żeby się człowiekowi za dużo nie wydawało, żeby się w głowie nie poprzewracało.
To są też rzeczy ważne – już nawet nie treningowo – ale tak zwyczajnie, po ludzku.
Żeby się człowiek nie zrobił nieznośny.
Żeby nie odbiło.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s