Od niechcenia

Nie dalej jak w ostatnim wpisie wspomniałem, że najlepiej biega mi się na niechcieju, że najlepsze wyniki i życiówki robię wtedy, gdy nie mam ochoty na bieganie i wychodzę na podwórko z poczucia obowiązku.

Nie inaczej było przedwczoraj.

Trening na crossficie zrobiłem uczciwy. Burpees, skakanki, przysiady ze sztangą, kettle, 2,5km wokół boxa – wszystko to zrobiłem tak solidnie, na ile pozwalał mi zmęczony organizm. Po treningu jeszcze stanie na rekach, zwisy na kółkach, wznosy nóg w zwisie.

Wróciłem do domu zmordowany z zamiarem robienia NIC. No, może nie do końca nic, bo chodziło za mną piwko i planowałem zrobić ze dwa wieczorkiem. Bez szaleństw, bo na środę zaplanowałem 18km, których brakuje mi do pełnego tysiąca. Coś mi jednak nie dawało spokoju. Chodziłem, kombinowałem, że może by tak trochę pobiegać we wtorek i potem we środę dobić tych kilka brakujących km. Spodobał mi się ten plan i gdy tylko małżonka wróciła ze swojego biegu, wyszedłem zrobić swoje.

Zazwyczaj pierwsze 4-5km to dla mnie rozgrzewka – etap trudny i na siłę, zanim organizm się nie rozbuja, nie wpadnie w rytm.  Pierwsze 30minut biegłem pod wiatr – wiało, jakby lada chwila miała lunąć ściana wody. Muzyczka jakoś niespecjalnie się na playliście układała, przejścia dla pieszych straszyły na czerwono – więc aby się nie zatrzymywać robiłem dodatkowe metry. Pomimo to biegło  się zaskakująco dobrze – nogi trzymały tempo, pić się nie chciało a nawet kilka razy udało się mocniej przycisnąć.

Gdy po pół godzinie GPS pokazał przebiegnięte 5,3km pomyślałem, że może by się tak pokusić na bicie życiówki. Pomimo dającego o sobie znać zmęczenia, konsekwentnie trzymałem tempo, kilka razy musiałem przysprintować aby zdążyć na zielone, klika razy nie zdążyłem i pobiegłem na czerwonym. Nawet muzyczka zaczęła się jakby lepiej układać.

Na czterdziestej minucie GPS pokazał 7,5km. Żeby pobić swój rekord na dychę musiałbym zrobić 2,5km w 15minut, czyli biec przez kwadrans powyżej 12km/h. Padła decyzja, biegnę. Nie wiem skąd wziąłem w sobie tyle siły, nie wiem jak musiałem wyglądać, ale mijani biegacze patrzyli na mnie jak na wariata. Jedne czerwone światła, drugie czerwone. Pilnowałem tylko, żeby nie wyskoczyć komuś pod koła. W głowie już układałem usprawiedliwienie dla policjantów, którzy mogliby gdzieś z przyczajki wyskoczyć z mandatem za bieganie na czerwonym.

Skręt z Ghandi w Rosoła. Ostatni kilometr, 50 minut. Już wiem, że będzie nowa życiówka, kwestia tylko, ile urwę. Pół minuty? Minutę? Zapieprzam jak dziki pokrzykując na snujących się chodnikiem na rowerzystów. Ostatnie metry. Dwieście, stówka, pięćdziesiąt. I już, piknęło, jest dycha. Równiutkie 55:00. Urwałem całe 1,5 minuty.

Gdybym zaplanował bicie życiówki, na bank nic by z tego nie wyszło. Nie raz już było tak, że wychodziłem wypoczęty, naładowany a trening, nie wiadomo czemu, wychodził mocno taki sobie. Tymczasem po raz kolejny bieg „na odczepnego” zakończył się bardzo dobrym wynikiem. Nie wiem, na czym to polega. Może za bardzo się napinam, staram, za mocno na coś nastawiam? Może kluczem jest podejście na luzie, „co będzie to będzie”?

Być może tak właśnie jest – tylko co zrobić w przypadku startów? Nie wyobrażam sobie biegania maratonu z nastawieniem „dzisiaj nie chce mi się, ale pobiegnę dla spokoju ducha”. Nie wyobrażam sobie wyluzowania w tłumie biegaczy, na chwilę przed startem, gdy unosząca sie w powietrzu napinka i oczekiwanie na start są niemalże namacalne. Trzeba by chyba wykastrować się z ambicji – a to dla sportowca jak ucięcie jajec niemalże.


To ja już wolę spalać się na startach i robić życiówki na treningach 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s