Drugi Półmaraton Chmielakowy, Krasnystaw 2013

„Słuchaj, a może wziąłbyś samochód i zabrał dziewczyny? Nie musielibyście kombinować z dojazdem tylko pojechali jak ludzie, wyspali się.”
Zaraz zaraz… Moja żona sugeruje bym wziął auto i pojechał w drugi koniec Polski na hotelowy nocleg z trzema kobitkami?
Dla upewnienia pytam jeszcze raz i drugi.
Nie, to w cale mi się nie śni.

Zaczęło się od małej obsuwy. Mieliśmy wystartować o 18tej, ale żonie coś się w pracy przeciągnęło (jak to w piątek) i koniec końców wyruszyliśmy z półgodzinnym opóźnieniem. Na drogach czuć było wakacje, bo w korkach wyjazdowych spędziliśmy jakieś 30, może 40 minut – jak na Warszawę to tyle, co nic.

Do Krasnystawu (krasnego stawu? Ni cholery nie wiem, jak brzmi forma poprawna) przyjechaliśmy po 22giej. Stacja, Tesco, winko, piwko, ploty, żarty śmichy-chichy i ani się człowiek obejrzał a była pierwsza w nocy.
Budzik zadzwonił o 5:55…



Po odbiór pakietów pojechaliśmy jeszcze przed śniadaniem. Byliśmy jednymi z pierwszych, bo wolontariusze siedzieli jeszcze mocno zaspani.  Nie jestem pewien, co wywołało większe zdziwienie, czy wchodzące w skład pakietu puszkowane tyskie, czy podwójny numer startowy – jeden z chipem, do zwrotu a drugi bez chipa, pamiątkowy.
Po raz kolejny też okazało się, że rozmiarówka koszulek to jedna wielka loteria. Zamówiona męska M-ka okazała się mieć rozmiar L-ki. Na pocieszenie w pakiecie był jeszcze jogurt i paluszki. W sumie to nawet logiczny był ten pakiet – paluszki do piwa a jogurt na jutrzejszego kaca.
Ktoś tu jednak pomyślał 🙂



Na rynek przybiegamy ok 30 minut przed startem. Spotykamy Roberta, trochę plotkujemy, obserwujemy budzące się stanowiska z piwem. Pogoda jest idealna – jakieś 15 stopni + lekkie zachmurzenie.  Życiówki wiszą w powietrzu.

Bieg rozpoczyna się z przyczajki. Niby stoimy już w tłumie, niby zegarki pokazują, że to już za moment, ale zupełnie nie czuć tej przedbiegowej atmosfery. Nie ma zapowiedzi, nie ma lecącej z głośników muzyczki, nie ma podjarki – ot, stoi sobie kilkuset biegaczy na rynku.
Nagle masa zaczyna się ruszać. Powoli, ociężale – a więc to już, czas odpalić GPS. Biegniemy.



Ruszamy z kopyta. Od pierwszych metrów GPS oscyluje w okolicach 4:50 – 5:10. Mocne tempo jak na start, ale nie ma jak zwolnić, bo wszyscy wokół tak biegną. Pierwszy kilometr, drugi, trzeci – nikt nie myśli zwalniać – okazuje się, że wszyscy od razu weszli w tempo docelowe. Czwarty, piąty – nadal tym samym tempem. W końcu zwalniam do 5:30, bo 5min/km to okolice mojego maxa  a to dopiero 1/4 dystansu. Kiepsko na psychikę robi mi fakt, że non stop ktoś mnie wyprzedza, ale biegnę swoje. W planach jest biec 5:30 do 15km a potem cała naprzód.

Pierwszy kryzys przychodzi wraz z podbiegiem w okolicach dziewiątego km. Tempo spada do 6 z kawałkiem i po raz pierwszy w życiu słyszę głosy w stylu „stary, po cholerę ci to bieganie?”. Że co proszę!?! Bo tak! Dupa w troki i do przodu leniu cholerny! Po to dymałeś przez pół Polski żeby teraz durne pytania zadawać? Jazda przed siebie! Migusiem!
Wciągam pół batonika, popijam izo i gdy tylko zaczyna się płaskie, dociskam tempo. Jest nieźle – na dziesiątym km zegarek pokazuje 54minuty a jeszcze dwa tygodnie temu była to moja życiówka na dychę! Dostaję kopa i lecę przed siebie. Głosy zostały gdzieś z tyłu, na podbiegu…

Około 12km porywam wodę na punkcie i dalej przed siebie. Na piętnastym zegarek pokazuje 1h22min – jak uda mi się utrzymać to tempo to wykręcę życióweczkę  jak marzenie. Kończy mi się woda, ale zaraz powinien być punkt. Powinien, ale nie ma. Za to kończy się las i zaczyna podbieg po asfalcie. Temperatura podskoczyła powyżej 20 stopni – to czuć. Zwalniam, żeby się nie spalić przed ostatnim nawodnieniem, tym bardziej, że ból w nogach zaczyna robić się coraz bardziej nieprzyjemny. Biegnę, biegnę a punktu z wodą jak nie ma tak nie ma. Szesnasty kilometr, siedemnasty…  Zjadłem kawałek batonika i mam wiór w ustach. No gdzie jest ta cholerna woda? W końcu jest, na osiemnastym, do tego strażacy postawili coś w stylu kurtyny wodnej, czyli wąż tryskający wodą z niedokręconego zaworu. Popijam, polewam się, ale czuję, że jak ze mnie to już wszystko. Zjadł mnie ten podbieg z brakiem wody. Do tego ból w nogach zrobił się nieznośny. To tyle w temacie życiówki, teraz celem jest zmieścić się z dwóch godzinach – przecież nie może być gorzej, niż na majowej białostockiej połówce!



Ostatnie 3km to walka ze stricte fizycznym zmęczeniem. Żadnych głosów, żadnego zwątpienia, czyste zmęczenie i galareta z czworogłowych. Zwężam oczy i staram się trzymać rytm. Na uszach slipnkot, na ustach grymas bólu. GPS pokazuje, że to ostatni kilometr, ale nie odważam się przyspieszać. Na trasie rozrzut pomiędzy odczytem GPS a oznaczeniami wynosił średnio pół kilometra. Nie wiem, ile będę w stanie wydusić z siebie na finiszu – więc biegnę asekurancko. Dopiero, gdy zagęszczają się kibicie, gdy widzę wracających z naprzeciwka biegaczy przyduszam ostatkiem sił, ale to już pudrowanie trupa; bardziej odruch, niż jakikolwiek gest walki. Na walkę był czas przez ostatnią godzinę i 58 minut.
Teraz to już pozamiatane.
1:57:57

Wynik bez szału, ale przynajmniej bica podpompowałem

Idziemy na makaron. Lokal, do którego prowadzi nas Robert budzi we mnie lekkie obawy – bardziej wygląda to na kilkugwiazdkowy hotel, niż restaurację. W środku elegancja-francja. Kelnerka przynosi kartę – zaglądam i oczom nie wierzę. Co za ceny!  Za obiad dla pięciu osób, do tego napitki, kawki i herbatki płacimy 94zł. Dziewięćdziesiąt cztery złote! Przy samym rynku!



Festiwal chmielu trwa w najlepsze. Cały rynek obstawiony stoiskami browarów, gdzie się człowiek nie obróci – wszędzie piwo.  Tyskie, Pilsner urquell, Perła – te omijam, bo mam je pod blokiem. Interesują mnie te małe, lokalne, często kompletnie nieznane.  Na razie mogę sobie tylko popatrzeć, ponieważ czeka mnie kilkugodzinna sesja za kółkiem. Robię więc zapasy – piwko tu, piwko tam. Zapełniony Karton przynoszę dziewczętom, które na leżaczkach popijają wiśniowego portera i wracam do obchodu stoisk. Jedna reklamówka, druga. Nie liczę wydawanych pieniędzy, zastanawiam się tylko, jak my to wszystko dotaszczymy do samochodu.


Centrum rynku obstawione jest stoiskami z piwem a na jego obrzeżach trwa rasowy festyn. Są stragany z muzyką disco polo, odzież skórzana, biżuteria, obrazy, wędliny litewskie, wódki regionalne. Jak to na festynie – szwarc, mydło i powidło. Jakby kto poszukał pewnie i baba z brodą by się znalazła. Popiwszy piwka ruszamy w te bogactwo na ostatnie zakupy. Kupuję trofiejki do domu i chwilę po piętnastej ruszamy do Warszawy z gorącym przekonaniem, że za rok trzeba tu koniecznie przyjechać na dłużej.



O ile towarzysko wyjazd uważam za bardzo udany, o tyle sportowo mam po nim pewien niesmak. Robiłem sobie spore nadzieje, liczyłem na więcej a wyszło, jak wyszło – czyli słabo, a już na pewno poniżej oczekiwań.
Główną przyczyną takiego wyniku było zmęczenie organizmu. Zwykłem żartować, że życiówki na dychę robię wtedy, gdy jestem zmęczony – i faktycznie – pierwsze 10 km poszło mi bardzo dobrze. W zasadzie do piętnastego biegłem tak, jak to sobie założyłem, dopiero później, gdy zbrakło wody i zaczęły się podbiegi, dało o sobie znać zwykłe wymęczenie organizmu, który nie podołał trudniejszemu etapowi. W ciągu tygodnia przed chmielakami zrobiłem maraton, dwie dychy ( w tym jedna z nową życiówką) podwójny crossFit. O ile pary wystarczyło mi na pierwszą dychę z hakiem, o tyle na drugiej zapaliła się rezerwa. Teraz już wiem, że pobiec można zawsze, ale jeśli myśli się o wyniku, trzeba dać sobie odpocząć.

Każdy ma takiego zająca, na jakiego zasłużył


Jest to lekcja bolesna, ale jestem z niej zadowolony. Przed dwie godziny biegłem ze średnim tętnem 181, co w moim przypadku jest wartością graniczną. Skoro jestem w stanie zmusić się do takiego wysiłku, muszę tylko zadbać o wypoczynek i droga poniżej 1h50min stoi otworem.

Obsada biegu była bardzo mocna. 1/4 uczestników przybiegła z czasem poniżej godziny czterdzieści. Ponad połowa zmieściła się w godzinie pięćdziesiąt. Zwycięzca przybiegł z czasem 1h12min.
To pokazuje, że na trasie nie było miękkiej gry.

Nasze dwa harpagany.
Ola: 1h42, Robert: 1h43.

Organizacyjnie było…średnio. W Białymstoku była rozgrzewka prowadzona przez dziewczynę z (bodaj) BBL, AC/DC z głośników (Thunderstruck!), strzelający burmistrz – a w Krasnymstawie bieg zaczął się ni z gruszki ni z pietruszki. Kto wie, może coś było tylko ja nie słyszałem? Jeśli tak, trzeba pomyśleć o lepszym nagłośnieniu.



Poprawić trzeba też oznaczenia kilometrów. O ile kierunek trasy nie pozostawiał złudzeń ( były znaki, policja, wszystko, co trzeba) o tyle kilometry pojawiały się o 400-600 metrów za wcześnie, zaś od osiemnastego kilometra w ogóle ich nie widziałem, choć wypatrywałem jak zbawienia.

Dla wielu atrakcją było dostępne po biegu piwo. Ponieważ tego dnia prowadziłem, atrakcja mnie ominęła. Z drugiej strony, piwo z plastikowego kubeczka to bardziej profanacja, niż atrakcja 😉



O ile sam bieg to nic specjalnego, o tyle towarzyszący mu festiwal piwa to wystarczający powód do odwiedzenia Krasnegostawu za rok. Pobiegać, popić regionalnego piwka, smacznie zjeść za grosze – nie wiem, jak dla innych, ale dla mnie to idealny plan weekendowy.
Do zrealizowania za rok.
Koniecznie.


Jak wynalazłem nową formę sportu

Zachciało mi się pobiegać. Ponieważ jednak na bieganie oporowe jeszcze za wcześnie a truchtanie, o ile grupowo jest całkiem fajne, o tyle w pojedynkę nudzi mnie okrutnie, postanowiłem wprowadzić małe udziwnienie. Mówiąc krótko, połączyć bieganie z elementami crossFitu.

Po wczorajszym treningu, czułem wszystkie górne partie pleców (a miał być sofick lajcik na rozruch, he he…) – stworzyłem więc combo, które by te plecy rozruszało a jednocześnie nie zabiło gdzieś w środku lasu kabackiego.
Plan był taki:
3 km rozgrzewki do lasu a potem, co kilometr 10 pajacyków, 10 wykroków, 10 burpees. Zastanawiałem się, czy nie za lekki  to zestaw, ale stwierdziłem, że jak na pierwszy raz, na spróbowanie, może być i opcja ulgowa.
Pobiegłem.

Już pierwszy przystanek dał do zrozumienia, że pod żadnym pozorem nie jest to wersja ulgowa. O ile pajacyki i wykroki szły bez problemu, o tyle burpees… Burpees to burpees, zalegalizowana forma sportowego samobójstwa. Po dziesięciu czujesz ból, po dwudziestu masz dość, po trzydziestu umierasz a jak zrobisz czterdzieści to jesteś kawał zucha.

W lesie jak to lesie – brudno jest – więc nakładanie białej, orlenowej koszulki nie było dobrym pomysłem, tym bardziej, że od piątej „stacji” zwyczajnie padałem na glebę, zaś uświnione ziemią i liśćmi ręce wycierałem o siebie.

Sam zestaw okazał się być świetnie dobrany. 5 minut truchtu, 3 minuty ćwiczeń, 5 minut truchu, 3 minuty ćwiczeń – akurat, żeby nie wpaść w rytm biegowy i nie zamęczyć się burpeesami. Wszystko w idealnych proporcjach. No, może poza dwoma ostatnimi stacjami, na których zwiększyłem liczbę powtórzeń o 50 i 100%

Ponieważ pobiegłem z paskiem cardio, mogłem zobaczyć, jak zachowywał się organizm podczas przerw na elementy crossowe. Tak, jak zakładałem, najwyższe tętno i pobór kalorii był w trakcie burpeesów. Każda stacja to wzniesienie, którego szczyt przypada na fazę końcową – czyli dokładnie na burpki.  Średnie spalanie przy burpeesach to ok 130% spalania biegowego, przy czym trzeba pamiętać, że był to dość luźny bieg – średnio 6.10 min/km.

Bardzo mi się spodobał dzisiejszy wynalazek. Zrobiłem 115 pajacyków, 115 wykroków z kolanem  do ziemi, 115 burpeesów i przebiegłem 15km. Wszystko razem zjadło 1230kcal w niecałe 2h. Od tej pory każde bieganie w lesie, jeśli tylko nie będzie błota, będę łączył z elementami crossowymi. Poeksperymentuję z ilościami, kombinacjami, może dodam jakieś pompki, przysiady – tak, żeby ta leśna dycha była jakimś wyzwaniem, żeby coś się działo
Bo jak jest za normalnie, to jest nudno 😉

Ile kalorii spala się na crossficie

Od jakieś czasu szukałem w necie informacji o tym, ile kalorii spala się w trakcie crossfitowego WODa (czyli treningu). Ponieważ nie znalazłem nic konkretnego, postanowiłem sam na sobie sprawdzić, ile energii kosztuje mnie godzinka ćwiczeń. Dane te są mocno orientacyjne, bo raz że mierzyłem zegarkiem z GPS i paskiem do mierzenia tętna – czyli sprzętem bardziej do biegania, niż ćwiczeń siłowych; a dwa – że z racji ogólnego zmęczenia dzisiejszy trening zrobiłem sobie na pół mocy.

Zestaw dnia wyglądał następująco:
30 pajacyków
30 burpees
2 minuty skakanki
3 minuty deski poziomej
3 minuty deski bocznej
36 Toes to bar (zwis + wznosy stóp do drążka – killer na mięśnie brzucha)
20 podciągnięć
40 wznosów nóg w zwisie na kółkach gimnastycznych
minuta stania na rękach
50 przysiadów na jednej nodze (po25 na nogę)
1km lekkiego truchtu
i jeszcze jedno ćwiczenie, którego nazwy nie znam a polega ono na tym, że robimy skłon palcami do ziemi. Wychodzimy palcami, potem dłońmi do pozycji pompki, pompka, nogami podchodzimy do przodu  –  dupa w górze, ciało wygląda jak odwrócona litera V i znowu dłonmi do przodu, pompka, podejście do litery V i tak przez 20 metrów

Jak na godzinę to taki socik lajcik wyszedł –  akurat na rozruch, ale bez dożynek.

Główne spostrzeżenie jest takie, że tylko raz tętno podskoczyło powyżej 160 – było to w trakcie skakanki. Burpeesy, po których spodziewałem się, że przekręcą licznik w zegarku, oscylowały w okolicach 150 uderzeń na minutę.
W przypadku deski (plank), czy stania na rękach tętno spadało do 115 -110 uderzeń – jakbym zupełnie nic nie robił. Tu trzeba wziąć poprawkę na niedoskonałości sprzętu, który nie jest w stanie zmierzyć wysiłku stricte mięśniowego. Co z tego, że w mięśniach pali, skoro jest to palenie izolowane a serce i płuca mają chwilę odpoczynku? Dla urządzenia jest to spadek wysiłku.
Kolejną poprawkę trzeba  wziąć na to, że był to trening rozruchowy, któremu daleko do typowego crossFitowego skatowania. Mierząc to subiektywnym odczuciem zmęczenia, była to połówka typowego WODa. Zmęczyłem się, ale nie zmordowałem. Spociłem, ale nie miałem mokro w butach.

Wg zegarka dzisiejsza godzina crossfitu kosztowała mnie 509 kcal. To mało, ale obstawiam, że realistycznie. Dokładając źle policzone ćwiczenia, w których dawałem odpocząć sercu i płucom, było tego jakieś 600 kcal.

Spróbujmy teraz przełożyć to na prawdziwego, grupowego WODa. Zaczynamy od 15 min rozgrzewki, po której wszyscy są spoceni jak świnie. Potem jest 5-10 min na objasnienie treningu, złożenie ciężarów i 25 totalnego wpierdolu na granicy wytrzymałości. Zakończenie, to 10 minut rozciągania i wyciszenia połączonego z dogorywaniem na podłodze.

Wiedząc to, co wiem po dzisiejszym treningu, obstawiam że solidny WOD to jakieś 800kcal. Dwie, dwie i pół stówki na rozgrzewkę, cztery na danie główne i 150 na wszystko pozostałe.
Są to, jak już wspomiałem, luźne szacunki. Solidniejsze dane podam, gdy tylko zabiorę zegarek i pas na prawdziwego WODa.
Czyli niebawem 🙂

Maraton Wigry: Mazurska lekcja pokory

Na żaden bieg nie czekałem tak, jak na Wigry.
Od czasu, gdy na białostockiej połówce zobaczyłem ludzi w koszulkach Maratonu Wigry wiedziałem, że chcę tam pobiec. Myślałem, że będę musiał czekać do przyszłego roku, że bieg już się od odbył – tymczasem okazało się, że biegacze w koszulkach z bobrem byli ruchomą reklamą biegu zaplanowanego na długi weekend sierpniowy. Nie było nad czym się zastanawiać – wróciłem do domu, odpaliłem internet i się zapisałem.
Pozostało tylko czekać.

Pojechaliśmy w pięć osób. Ja na maraton, dwie koleżanki na krótszy, 13km dystans „Pogoni za bobrem” i żona jako wolontariuszka. Do tego zabraliśmy biegaczkę z Białegostoku i upakowanym po sufit autem pojechaliśmy na Mazury.



Baza biegu mieściła się w szkole we wsi Stary Folwark 10 km od Suwałk. Już sam odbiór pakietu startowego przeniósł nas w inny świat. Mała wiejska szkoła, tablice poglądowe na ścianach, harmider w korytarzach. Przy mapie okolicy ktoś ostrzegał, że na trasie będzie sporo przewyższeń i podbiegów, ale nie chciałem go słuchać. Wolę nie wiedzieć, co mnie czeka – przynajmniej spokojnie wyśpię się przed biegiem.



Wieczorny poczęstunek w ramach ziemniak party idealnie trafił w mój smak. Placki ziemniaczane kiszka, babka – nie każdemu musi to smakować, ale ja zajadałem się jak dziecko cukierkami. Uwielbiam te wszystkie niezdrowe regionalne smakołyki. Zresztą, jutro spalę ze 3-4 tysiące kalorii. Mogę jeść pod korek 🙂



Od 3 rano budzę się co godzinę. Niby spokój i wyciszenie, a gdzieś podskórnie organizm czuje, że coś się święci. Wstaję o 6 rano. Kubek kawy, solidny kawał sękacza, pakowanie, zaklejanie i jestem gotów do drogi.
Szybki spacer nad jezioro i idziemy pod szkołę.




Na start u stóp klasztoru pokamedulskiego zawożą nas pomarańczowe, szkolne autokary udostępnione przez wójta. Z łowionych jednym uchem rozmów dowiaduję się, że jadący ze mną panowie lat 40-50 dali wczoraj ostro w gaz i startują na kacu. Co kto lubi… Z pewnością wytrzeźwieją na trasie.

Pod klasztorem pierwsze rozgrzewki i oczekiwanie na chipy. Wyciągam wazelinę i smaruje się wszędzie tam, gdzie nie chciałbym się poocierać. „Panowie, smarujecie się?” –  zagaduję siedzących nieopodal biegaczy wyciągając do nich rękę z tubką. Patrzą na mnie, jakbym właśnie ogłosił tęczowy coming out. No trudno – nie chcecie to nie, nie będę się narzucał 😉



W końcu przyjeżdżają chipy. Stare, wysłużone – ale dla mnie to tylko kolejny element tej lokalnej amatorskiej układanki. Czy ktokolwiek jadąc do malutkiej wioseczki na Suwalszczyźnie spodziewał się chipów wprasowanych w numery startowe? No kaman, może jeszcze krewetek w tempurze…



Zbieramy się do startu, który zupełnie nie wygląda jak start – kawałek biało-czerwonej taśmy, policja, skromne nagłośnienie – można by pomyśleć, że to pobojowisko po wczorajszym festynie; że pijany technik zapomniał pozbierać sprzęt, że zaraz przyjdzie i zwinie manele. Nie ma nic, nawet napisu „start” – ale nikomu to nie przeszkadza. Wszyscy razem odliczamy 10-9-8-7 i wiooo, po-szli przed siebie przy wtórze pikających garminów.



Pierwsze kilometry idą podręcznikowo – spokojnie 5:50-6 na  kilometr. Zbijamy sie w grupki, gadamy – każdy wie, że to dopiero początek i nie ma co szaleć. Na pierwszym wodopoju nawet sie nie zatrzymujemy – jest dobre tempo, jest woda w camelbakach. Po chwili dogania nas chłopak z Augustowa, z którym przebiegnę cały maraton. „Dobrze mi się z wami biegnie, wiec lecę z wami” – rzuca dobiegając i od tej pory biegniemy we trójkę.
Gdzieś w głowie nieśmiało kolebią się myśli o złamaniu czwórki…




Około siódmego kilometra wbiegamy do lasu. Chwila ulgi dla głowy, bo zdecydowałem nie brać czapki na trasę (głupio! głupio! głupio!). Cień, piękne mazurskie lasy. Raz po raz przystaję by zrobić zdjęcie, po czym muszę doganiać pozostałych. Po jednym z takich przystanków odbijają na tyle daleko, że gonię ich przez 2km, ale udaje mi się dognać tylko Darka. Agata wyrwała hen do przodu i po pewnym czasie zniknęła nam z oczu. Wybiega trzecie miejsce w swojej kategorii wiekowej – ale o tym dowiemy się dopiero na ogłoszeniu wyników.



Na drugim punkcie przystajemy. Jest sękacz, jest arbuz, jest woda – aż szkoda byłoby się nie skusić. Zjadam arbuza razem z pestkami. Błąd! Biorę kawałek sękacza w dłoń i dalej przed siebie.



W okolicach piętnastego kilometra zaczyna brakować energii. Wciągam marcepana, po którym piję jak smok, ale nie przynosi to żadnego efektu. Nie nadaje się marcepan na biegi – o nie. Może i ma to furę kalorii, ale strasznie zapycha i nie nadaje się do jedzenia w biegu. Szczęśliwie Darek poczuł zew natury – więc przystaję i czekam na niego. Trochę za wcześnie na kryzys. Piętnasty kilometr? W życiu mi się nic takiego nie przydarzyło. Wyspałem się, naładowałem węglami, psychicznie wszystko ok – więc skąd takie niespodzianki?


Po dziesięciu minutach przy jednej z chat trzy kobiety tak po 50/60 lat ustawiły punkt z wodą. Z cudownie lodowatą wodą prosto ze studni. Dolewam do camelbaka i czuję jak chłód rozpływa się po plecach. Pomaga, ale tylko na chwilę. Wiem, że zwalniam, więc mówię do Darka, że jeśli chce niech gna do przodu, bo mnie jakaś niemoc dopadła. W odpowiedzi słyszę, że biegniemy razem i nie ma co sie przejmować. Od tej pory będzie się to powtarzać co 3-4km – ja będę mówił mu, by biegł, na co on będzie odpowiadał, że biegniemy razem.



W Bryzglu mijamy kolejny „ochotniczy punkt z wodą”. Co prawda nikogo przy nim nie ma, ale podbiegamy się napić. „Pijcie, to dla was” – dobiega nas głos z głębi ogrodu. Właściciel, na oko w naszym wieku, donosi wiadro z wodą. Dziękujemy i wybiegamy z wioski w las. Jest koło południa, 25 stopni, ani jednej chmurki na niebie.



„W Płocicznej jest knajpa” – zagaja Darek – „może by tak wpaść na jedno”?
Myślałem, że żartuje, ale kiedy dobiegamy do wioski, skręca prosto do sklepu. W sklepie tłok, ale w ułamku sekundy, któryś z lokalsów rzuca „sportowcy bez kolejki, bo biegną na czas” – i faktycznie, kupujemy bez stania w kolejce. Zanim zdążę otworzyć loda Darek dochodzi do dna puszki – musiało go nieźle suszyć 😉 Panowie nas zagadują, pytają, czy nie podwieźć. Dziękujemy i marszem ruszamy dalej. Po kilkuset metrach mijamy ochotniczy punkt, na którym gromada kilkulatków pokazuje dalszy bieg trasy. Na asfalcie kolorową kredą napisane hasła „Dajecie, się nie poddajecie”. Co zatem zrobić –  trzeba dawać i się nie poddawać.




Łatwo powiedzieć – trudniej pobiec. Cukru z loda wystarczyło na 2-3 km. Do punktu kontrolnego dobiegam tłukąc się z myślami. Nie są to myśli o rezygnacji – o tym mowy nie ma. Tłukę się z własną głową. Kryzys ciągnie się już dziesiąty kilometr. Podjadam, popijam, ale ni cholery nie daje to efektu. Już mnie to męczy. Gdzie jest to cholerne przełamanie?



Na punkcie pomiar czasu i dalej przed siebie. Ciężko nazwać to biegiem – truchtamy w okolicach 7 minut na kilometr. Okolica jest przecudna, ale zamiast napawać się widokami raz po raz powtarzam sobie „tylko do pełnego kilometra, potem chwila marszu”. Wściekam się, gdzie jest ta kondycja, gdzie moje wybiegania, skąd ta niemoc? Co kilka km powtarzam Darkowi, by zostawił mnie i gnał do przodu, ale za każdym razem słyszę tą samą odpowiedź. „Biegniemy biegniemy”. No to biegniemy, choć to bardziej trucht niż bieg.


28km wita nas nachyleniem tak ze 35-40 stopni. Biegniemy skrajem jeziora. Błoto, zryty piach, ponadgryzane przez bobry korzenie. Raz po raz potykamy się. Mijamy pierwszych maszerujących, sami też przechodzimy w marsz. Myślami jestem przy kolejnym punkcie kontrolnym. Odliczam metry, nerwowo zerkam na GPS.



Punkt na 32gim kilometrze. Najważniejszy punkt tego biegu, bo stoi na nim moja żona. Biorę buziaka, wodę, jeszcze jednego buziaka i gonimy dalej. Za dużo nie gonimy, bo zaczyna się solidne nachylenie. Od tej pory przechodzimy w tryb „bieg po płaskim, marsz pod górkę”.

Po kilku minutach zauważamy siedzącego w poprzek drogi biegacza. Rozpoznaję go, to jeden z tych, który mocniej dociskali. Podbiegamy. Okazuje się, że złapał go skurcz, ale taki, że nie da rady wstać o własnych siłach. Próbujemy go rozmasować – ale bez efektu. Po kilku próbach prosi, by zadzwonić pod numer alarmowy, który podano nam przed startem. Dzwonię, zgłaszam i biegniemy dalej.



Na zbiegach ostrożnie. I tak nie szarżujemy za bardzo, ale spotkanie z kontuzjowanym biegaczem dało jasno do zrozumienia, że są rzeczy ważniejsze niż wynik. Trasa jest trudna, w zasadzie non-stop z górki pod górkę, środkiem lasu a przed nami jeszcze dycha. Nie ma co szaleć – trzeba dobiec – a co się po drodze uda ugrać to nasze.

Ostatni punkt, trzydziesty ósmy kilometr. Uzupełniamy wodę, kawałek arbuza, chwila oddechu i powoli przed siebie. Nogi już ciężkie i obolałe, ale zaczynamy od zbiegu, więc jakoś udaje się nabrać prędkości. Biegniemy kładką widokową przez bagna, widoki są bajkowe. Kończy się las i wybiegamy na wiejską szutrówkę – znowu patelnia i pył. 



W okolicach 40tego km ostatni punkt z wodą –  tym razem pod chatą sołtysa. Darek polewa się wodą, ja wykorzystuję ten moment na sfotografowanie wywieszonego na traktorze bannera motywacyjnego. Jestem skonany, ale czuję, że to ostatnie metry. Dam radę. Nie obchodzi mnie czas – chcę po prostu dobiec i mieć to za sobą.



Biegniemy przez plażę pomiędzy zaparkowanymi przyczepami kempingowymi i namiotami. Ludzie nas dopingują. „To już koniec” – krzyczą, ale zupełnie im nie wierzę. W Parchatce ten koniec ciągnął się przez 1,5km. Wybiegamy na prostą, Darek dostaje spida. 300 metrów przed nami stoi grupka ludzi –  pewnie kibice. Ale zara zara, co tam robi elektroniczny pomiar czasu? To już meta? Zegar pokazuje 4:59:00. Przyśpieszam. Więc jednak uda mi się zmieścić poniżej piątki.

Jestem tak skonany, że nie mam siły na zwyczajowego „Slayera” na linii mety. Przystaję, odbieram medal, odpinam chipa. Podchodzi do mnie Agata i częstuje piwem. Jest ciepłe, ale teraz to najlepsze piwo, jakie kiedykolwiek piłem. Ściągam przepocony podkoszulek i powoli, krok za krokiem zbieram się do pokoju. Jestem tak zakręcony że zapominam wyłączyć GPS. Minuty lecą, ale mi to nie przeszkadza. To nie był bieg na życiówkę – raczej bieg o życie  😉

Chyba nigdy nie wyjdę spod prysznica. Zostaję tu do jutra. Tu, pod tym strumieniem wody. Zapieram się o ściany, by się nie przewrócić i zamykam oczy. Cudowna, lodowata woda… Prawie tak cudowna jak chłodzący się od wczoraj desperados. Ostrożnie kładę się w hamaku. Lekki wiaterek, cień, zimne piwo…

Nie spodziewałem się, że będzie tak trudno. Poprzednie 42km poszły tak gładko i bezproblemowo, że zwyczajnie uśpiły moją czujność. Poczułem się pewnie, zbyt pewnie – odpuściłem z dystansami na rzecz krótkich wytrzymałościówek i to odpuszczenie obiło mi się bolesną czkawką. Druga kwestia to trasa – czym innym jest bieganie po płaskim, w cieniu a czymś zupełnie innym jest nieustanne bieganie z górki po górkę, po szutrach, piaskach, uważając na korzenie i efekty bobrzej aktywności. Spodziewałem się, że będzie to bieg terenowy – ale czym innym jest się tego spodziewać a czym innym pobiec. Nie byłem przygotowany na taką trasę i dostałem od niej solidną lekcję pokory.

Największym zaskoczeniem był dla mnie jednak dwudziestokilometrowy kryzys. Pojechałem wypoczęty, wyspany, naładowany węglami, bez nerwów i stresu – baza psychofizyczna była więc idealna – a mimo to, zupełne nie wiem skąd dopadła mnie ściana, z którą biłem się w zasadzie do samego końca. Nauczyło mnie to jednego: nie należy lekceważyć dystansu; nie wolno być zbyt pewnym siebie, bo nigdy nie wiadomo, co zaszwankuje, skąd wyskoczy niespodzianka. Choćby się człowiek czuł doskonale przygotowany, zawsze może być jakieś „ale”.

Potwierdziły się także słowa znajomego, że maratonu nie należy biec samemu. Trafił mi się świetny kompan biegowy, który dał mi odczuć, że naprawdę biegniemy to razem.  Za wiele nie gadaliśmy, ale swoją postawą dał mi wielkie wsparcie. Choć co kilka kilometrów „wyganiałem” go do przyspieszenia, został ze mną do samego końca i ani przez chwilę nie dał mi odczuć, że robię za ogon.
WIELKIE DZIĘKI, Darek!



Na Maraton Wigierski czekałem jak dziecko na św. Mikołaja i dostałem dokładnie to, czego oczekiwałem. Super okolica, wymagająca trasa, pyszne regionalne jedzenie (Chłodnik, przed którym klękajcie narody). Do tego super reakcje ludzi (woda, kibice), świetny kolega na trasie, bardzo sympatyczni organizatorzy no i MEGA drewniany medal – zdecydowanie najfajniejszy ze wszystkich, które do tej pory wybiegałem.



Czapkę z głowy należy zdjąć przed organizatorami. Maraton Wigry to de facto dziecko biegowego małżeństwa – dwójki ludzi, którzy sami pociągnęli tak wielkie przedsięwzięcie. Gdy wieczorem, przy ognisku opowiadali, ile pracy trzeba było w to włożyć, ile niespodzianek i ludzkiej nierzetelności wyskoczyło po drodze, ile organizacyjnych detali trzeba było podopinać – słuchaliśmy i robiliśmy coraz większe oczy. Najlepsze w tym było jednak to, że z punktu widzenia uczestnika biegu, nie było tego widać. Owszem, były jakieś drobiazgi – ale drobiazgi są zawsze. Na Orlenie też były „niespodzianki” – a gdzie impreza za grube miliony a gdzie bieg organizowany przez dwójkę zapaleńców i kilka życzliwych dusz?


Podsumowując Maraton Wigry mogę dodać tylko jedno: Pilnujcie przyszłorocznych zapisów, bo mam przeczucie, że chętnych będzie więcej, niż miejsc.
Ja tam wrócę na pewno.

Tylko ambicja, czy już samobójcze skłonności?

Tydzień zaczął się delikatnie. Po niedzielnym wybieganiu zrobiłem uczciwy dzień regeneracyjny. Wtorkowy crossFit był taki sobie. Z jednej strony dałem po garach oporowo, z drugiej zaś miałem poczucie niedosytu, głównie dlatego, że zwyczajnie zabrakło mi kondycji i nie zrobiłem wszystkiego tak, jakbym tego od siebie oczekiwał. Środowe, przeokrutne zakwasy na najszerszym pleców rozwiały ów brak satysfakcji na cztery wiatry. Gdyby były kacem – leżałbym pod kroplówką w oczekiwaniu na dawcę nerki. Znaczy się, że nie było tak sobie. Było bardzo dobrze, bo dałem z siebie wszystko, co tego dnia mogłem. Gdybym ćwiczył na pół gwizdka, nie skomliłbym z bólu przy byle ruchu.

Sprawdziłem środowe plany na cross –  głównie brzuch + skakanka – akurat żeby się umordować a jednocześnie dać plecom trochę odpocząć. Mniut. Porozciągałem się zdziebko, powyłem z bólu i pojechałem na cross. Zgodnie z zasadą złośliwości losu, lajcikowy trening dojechał mnie jak Rocco Teresę Orlovski.
Dość powiedzieć, że machnąłem 1500 skakanek…

Obudził mnie ból mięśnia ramienno promieniowego. Ale jaki ból – nie dałem rady ręki rozprostować! To teraz miałem duet – bolały plecy i ręce. Bolały tak, że podcierając zadek zaciskałem zęby z bólu… Myślałem, że jak wczoraj – porozciągam się trochę i dam radę pójść na trening, ale gdy zobaczyłem, że dziś w planach są głównie ręce i barki, poddałem się zdrowemu rozsądkowi.
Nie. Dziś jest dzień regeneracyjny.

Z jednej strony boli jak cholera a z drugiej szkoda tak w domu siedzieć. Nosi mnie jak alkoholika za flaszką.  Za oknem lepki kisiel – wg synoptyków mamy najgorętszy dzień w roku, spokojnie powyżej 35 stopni – a ja już kombinuję, jak tu pobiegać. Do lasu mam 3km… W lesie będzie chłodniej, do Powsina blisko – więc będzie gdzie wodę uzupełnić… Dobra, nie ma co się zastanawiać, szykujemy graty i wio.

Wychodzę w samo południe. Zahaczam o sklep – jeden snickers od razu, drugi na później. Powolutku zaczynam biec. Wypoczęty, nawodniony – pierwszy km idzie zaskakująco dobrze, ale im dłużej tuptam po asfalcie tym mocniej odczuwam, jaki jest gorąc. Do lasu mam 3km. gdzieś na drugim przypominam sobie wczorajszą lekturę Scotta Jurka a dokładnie fragment, w którym opisywał swój kryzys w Badwater. Gorąco ci? Tam było jeszcze 10 stopni więcej – więc dajesz ojciec, dajesz.

Dobiegam do lasu. Ściągam czapkę i ciemne okulary. W lesie jak w tropikach – niby kilka stopni mniej, niż na osiedlu, ale nagrzane upałami drzewa już nie dają takiego chłodku, jak w normalne dni. Trudno, będzie bieganie w tropikach. Wiedziałeś ojciec na co się piszesz.

Pierwszy kryzys przychodzi po 5km. Jest cukier, jest woda, jest siła w mięśniach –  więc organizm próbuje wejść na psychikę. Zaczyna się kombinowanie, szukanie wykrętów, biadolenie, jaka to kiepska pogoda na bieganie… Zduszam to i biegnę dalej, choć ciężko to biegiem nazwać – GPS cały czas pokazuje 6:50/7:05 na km – taki męczący trucht. Chciałby człowiek przyspieszyć, ale raz, że organizm nie pozwala (no gdzieś jednak jest ta granica wydajności) a dwa, że wiem, że im mocniej docisnę, tym szybciej skończę – a dziś nie chodzi o to, by szybko skończyć. Dziś mają być dożynki, doświadczenie krańcowe.

Turlam się więc po lesie licząc każde 100 metrów. Psychika cały czas balansuje na granicy odpuszczenia. Przechodzę w marsz, popijam solidnie z rurki. Woda jest ciepła jak ulepek. Niby popijam cały czas, więc woda w rurce grzeje się max 2-3 minuty a mimo to ma temperaturę 30-tu stopni. Uspokajam oddech i wracam do biegu. Do Powsina jakieś 2,5km – spróbuję zrobić to bez zatrzymania. Wody w plecaku coraz mniej, więc zaczynam ją sobie racjonować.

W Powsinie GPS pokazuje 12,5km – znaczy się bliżej, niż dalej. Dopadam wodopoju. Głowa pod kran, potem camelbak, potem snickers i dłuuuugie picie. Chwila odpoczynku i z powrotem w las. Nawodniony, nacukrzony po 500 metrach w słońcu czuję, że znowu nie mam siły. Nakładam czapkę, zwalniam, turlam się. Byle nie myśleć o wysiłku. Najlepiej się czymś lekko podkurwić – o tak – na wkurwie cudnie się biega. Ale czym tu się podgotować? Ostatnio jakoś wszystko dobrze idzie, nic mnie nie zapienia… To może o seksie – to mi zawsze dobrze głowę zajmuje. Seks i przemoc – dwa główne „nośniki” – jaki człowiek jest prosty i nieskomplikowany 🙂
Odpływam w fantazje, gdzieś mi znikają kilometry…

18km i ponowny kryzys – tym razem fizyczny. Kończy się cień, kończy się energia. Byleby dobiec do sklepu – będzie gdzieś koło 20km. Tam coś zimnego do picia i kilometr jakoś sam zleci. Byle tylko do sklepu…
W sklepie jak w raju – klima na 20 stopni –  co najmniej o połowę mniej, niż na podwórku. Staję pod nawiewem i ociekam… Podchodzę do lodówki – izotników jak na lekarstwo, za to piwa – 60, może 70 rodzajów. Przez dłuższą chwilę biję się sam ze sobą, w końcu kupuję napój energetyczny i proszę kasjerkę, by go otworzyła, bo mi się ręce ślizgają…

Ostatni kilometr. Po 300 metrach znowu chce mi się pić! Gdzie te wszystkie płyny znikają? Przecież to niemożliwe, żeby człowiek tak szybko się odwadniał, przecież cały czas popijam z camelbaka. Żar od chodnika daje niemiłosierny. Jeszcze 500metrów. Ścinam przez lasek i już prawie dom. Jeszcze tylko zakręt, drugi zakręt i już. Wyłączam GPS. Już po wszystkim.

Nie wiem, skąd się to bierze.
Normalny człowiek, gdy go boli, smaruje się jakimiś cudami, czeka aż przestanie boleć albo zwyczajnie wali browca, żeby ten ból jakoś uśmierzyć. Ja mam inaczej. Boli? To dobrze! Znaczy się człowiek żyje i daje do wiwatu.

Normalny człowiek nie lubi się zarzynać. Ja lubię. Lubię skotłować się do stanu, w którym jestem jednym splątanym kłębkiem zmęczenia. Lubię dawać po bandzie, sprawdzać, czy można jeszcze trochę. Oczywiście, słucham swojego organizmu i, wydaje mi się, potrafię rozpoznać, kiedy jest to zwykłe marudzenie a kiedy naprawdę boli i trzeba przestać. Dlatego np. dziś kilka razy przeszedłem do marszu, zamiast uparcie napierać biegiem.

Lubię robić niemożliwe. Jeśli coś jest poza moim zasięgiem – sięgnięcie po to daje podajrkę, jaką zna chyba tyko dziecko, które podpieprzy coś, co rodzice skrzętnie ukryli. Jest w tym jakaś pierwotna, zwierzęca radość. Satysfakcja z przesunięcia swoich możliwości.
Dobrze się wtedy czuję, oj dobrze 🙂

Bieg Szlak Trafi czyli pełna profeska w pełnym słońcu

Miałem nie jechać.
Nie przepadam za krótkimi dystansami, ponieważ pierwsze 3-4 km to u mnie rozgrzewka i ani się człowiek dobrze nie rozpędzi – a to już po bieganiu. Jak się męczyć – to konkretnie. Dałem się jednak namówić, bo znajomi jechali, obiecywali, że fajnie będzie.
No to się zapisałem.

Pojechaliśmy z samego rana. Start 7:20, na miejscu byliśmy 2 godziny później – i jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że wszystkie co lepsze miejsca parkingowe są już zajęte. Nie ma jednak tego złego, zaparkowaliśmy w cieniu pod drzewkiem i pognaliśmy do biura zawodów.

W biurze jak w zegareczku – organizacja sprawna, numery wywieszone do sprawdzenia. Co prawda wg interneta miałem numer 323 a wg kartki 208 – ale to detal. Organizacja biura zawodów była bardzo sprawna i konkretna. Duży plus jeszcze przed startem.

Gdy zebraliśmy się wszyscy ma starto-mecie okazało się, że było nas dobrych kilkanaście osób (5 samochodów). Liczniejsza od nas była chyba tyko grupa „biegusiem.pl”, ale to my mieliśmy psa –  więc wygraliśmy przez nokaut 😉 



Jeszcze przed startem, poniosło nas (tj mnie i Adama) biegiem pod górkę. 180 metrów stromego podbiegu dało przedsmak tego, co miało nas spotkać już za chwilę. 3/4 wysokości jeszcze biegliśmy, ale finisz był juz zwykłym marszem. 


Na dole Krzysiek i Sylwia robią nam smaka zimnym piwkiem – nie biegną – więc mogą sobie pozwolić.
Spokojnie, swoje piwko wypiję już za godzinkę z małym hakiem – jest motywacja do biegu 😉 Nie zmienia to jednak faktu, że takie robienie smaka jest zwyczajnie niehumanitarne.

11.02 startujemy. Jeśli komuś wydawało się, ze bieg będzie szybki łatwy i przyjemny, to po 300 metrach, prysły wszystkie złudzenia. Zaczęliśmy ostrym podbiegiem – tak na 3-4 minuty biegu. Wąska, leśna ścieżka, pocięta korzeniami i koleinami od deszczu – trzeba uważać, jak się nogi stawia bo o kontuzję nietrudno. Tłok, ścisk pierwszych metrów. Potem wybiegamy w pełne słońce i dociera do nas, że temperatura wynosi jakieś 30 stopni. Stawka się nieco rozluźnia, więc kto miał przycisnąć – ten przyciska.  Biegniemy pylistą, polną ścieżką. Pył w oczach, żar z nieba – a to dopiero drugi kilometr.


W okolicach 2,5km zaczyna się pierwszy hardkorowy podbieg. Pierwsi biegacze przechodzą w marsz. Jeszcze podbiegam, jeszcze przerzucamy się żarcikami z Moniką, ale uda swoje czują. Już wiadomo, że lekko nie będzie – a to dopiero 1/4 biegu. Wypadamy na prostą, śmichy, chichy, chwila oddechu. Na 4km mijamy wolontariusza, który informuje nas, że Monika jest 21sza w klasyfikacji kobiet – znaczy się ładnie napieramy.  Lecimy przez pola uważając na wyżłobione przez furmanki koleiny, słońce praży, nogi ślizgają się na długiej trawie. Nie ma lekko.

Zaczynamy zbieg. Nachylenie ze 25 stopni. Trzeba hamować, by nie polecieć z górki na pazurki. Na twarz się znaczy. Wypadamy na trasę startu, biegniemy przez parking. Tu kończą piątkowicze, ci z dychą biegną dalej. Niby nic, ale bieg po betonowych płytach jest strasznie nieprzyjemny, zwalniam, czuję się jak w kisielu. Na poboczu żona coś krzyczy i dopinguje. Podbiegam, zabieram buziaka i gnam dalej. Dopadam punktu z wodą. Wolontariuszka podaje mi dwa kubeczki. „Jeden na głowę, drugi do picia” – mówi – a mi robi się słodko na sercu, bo czuję, z dziewczyna dokładnie wie, o co chodzi. Zatem jeden na głowę, jeden do dna i lecimy dalej. 

Jednym uchem łapię rozmowę dwóch, chyba lokalnych biegaczy, którzy mówią, że teraz to zacznie się prawdziwy hardkor. A przepraszam, że do teraz to co było, psie figle? Przez 2km biegnę za nimi czekając na ten hardkor. Biegnę, biegnę a że hardkoru nima – to przyspieszam. Mijam Joasię, rzucam motywacyjne „gdy zwalniasz Stachursky nagrywa nową płytę” i lecę dalej. W planach mam docisnąć od ósmego km do mety; tymczasem w okolicach ósmego km zaczyna sie taki podbieg, że mimowolnie wyrywa mi się z ust „chyba kurwa żartujesz”. Nachylenie ze 35 stopni. Czekałeś na hardkor –  to proszę bardzo 🙂 Piasek w nogach, przekleństwa na ustach i jedno pytanie: „kiedy to się skończy? „



Wychodzę na płaskie. „Ogień” – krzyczę do siebie  –  „a takiego” odpowiadają mi nogi.  Dopiero po 200 metrach jako tako nabieram tempa. Dopadam dziewiąty km. „Jeszcze tylko półtora km, 1,2 w zasadzie” – mówi wolontariuszka –  więc dociskam. Zaczyna się OSTRY zbieg, ale nie zwalniam. Biegnę takim tempem, że boję się pomyśleć o potknięciu. Nie myślę, tylko biegnę  a w zasadzie skaczę od jednej ściany wąwozu do drugiej. „Monia, napierdalaj” –  krzyczę do mijanej  Moniki, ale ta odkrzykuje, że dla niej za stromo. Wariactwo ostatnich metrów daje o sobie  znać. Lecę jak głupi, przeceż zaraz meta. Lecę, lecę a mety ni widu ni słychu, jest za to długa prosta przez pole. 



Biję przez pole, potem zbieg tak ze 20 stopni nachylenia, wbieg do wioski i kiedy czuję, że to już, zaczyna się delikatny podbieg po betonowych płytach. I znowu odcięcie. Nikt nie biegnie, wszyscy maszerują. Niby ledwie kilka stopni wzniesienia a nie ma ani jednej osoby, która by biegła. Próbuję zmusić nogi, zmotywowac psychikę –  a gdzie tam –  odcięcie prądu  i koniec dyskusji. Podbiegam co 50 metrów i to wszystko na co mnie stać. Dopiero gdy wybiegamy na płaskie, nogi wracają do pracy. Wg GPS biegnę jakieś 6min/km ale odczuwalnie ruszam się jak mucha w smole. Krok za krokiem jednak konsekwentnie przyspieszam. Przyspieszają też inni – znaczy się, że meta już blisko. 

Zapieprzamy jak dzikie wieprzki. Ostatni zbieg, wbieg na parking i ostatnie 300 metrów po betonie. Znowu kisiel. Przyciskam ile fabryka dała. Znajomi, ktorzy dobiegi wcześniej krzyczą „dajesz Krzychu” –  więc daje ile mogę. Wpadając na metę  – tradycyjnie – ręce do góry i „Slejeeeer” ile pary w płuchach. Dopada mnie wolntariuszka. „Zapomniał pan medalu”. Nie, nie zapomniałem, tyko trochę się rozpędziłem. Dziękuję. Gdzie jest moja żona?


Jest i żona, jest córka. Daję jej medal, oddaję chip. „Córcia, ale tego  się nie je”. „Tato, ale to ciastko”. Sprawdzam –  faktycznie –  medal jest z lukrowanego piernika. Próbuję córce odebrać medal, ale nie ma takiej opcji. Mam tylko nadzieję, że nie zje go potajemnie…


Oddaję chip i idę po leczo. Jest gorące i prze-pyszn-ne. Siadamy na schodach karczmy parchatka i zajadamy. Ktoś upuszcza swoją miskę. Pies jest wniebowzięty. Idę po piwko do baru. Obsługa  w ledwie kontrolowanej panice –  ewidentnie nie spodziewali się takiego nalotu, nie przywykli do takiej ilości klientów. Spokojnie czekam w kolejce i biorę zimne tyskie.
Chillout mode: ON.




Niebawem zaczyna się losowanie nagród. Jeden z naszych wygrywa cztery litry spryskiwacza do szyb i różową torbę na ramię. Są wiwaty i śmiechu co nie miara. Zbieramy się do Kazimierza. Rybka, lody i pifko na trawie tuż obok wisły. Wyciągam z kostki kleszcza, który jeszcze nie zdążył sobie popić. Pełen relax, śmichy-chichy.
Dobrze jest.


Bieg Szlak Trafi jest dzieckiem dwóch biegowych wariatów. Rzecz jasna, poza nimi  była cała masa osób, dzieki którym stał się możliwy, ale „ojców założycieli”, z tego co wiem, było dwóch. Jeśli chodzi o ocenę strony organizacyjniej –  należy się chłopakom szkolna szótska z plusem. Biuro zawodów działało jak w zegarku, oznakowanie trasy dużo lepsze niż na Orlen Maratonie  przy nieporówywalnie mniejszych zasobach ludzko- finansowych. Do tego plac zabaw + animacje Myszki Norki dla dziatwy, której biegacze przywieźli dość sporo. Po biegu woda + pyszne leczo z bułką ( córka zeżarła mi pawie 1/3, ale co tam – niech jej na zdrowie wyjdzie ). Był, co prawda jeden incydent z chłopem, który koniecznie chciał przejechać przez parking na swoje pole, ale wziął się głównie z tego, że któryś z biegaczy tak zaparkował auto, że nie było jak przejechać. Tak kochani, debile są wśród nas. Tak, czy owak, dla mnie, jako biegacza, sytuacja przeszła niezauważona –  a to tylko plus dla organizatorów –  znaczy się potrafią okiełznać sytuacje nieprzewidziane, czym jeszcze bardziej zaplusowali.


Toi-tojów było tyle, ile trzeba, do tego umywalki do obmycia się po biegu – jak na bieg terenowy zaplecze było niemalże deluxe. Do tego jeszcze ten nieuchwytny lokalny „feeling” – ekologiczne torby startowe, leczo po  biegu, 4litry płynu do spryskiwaczy, który można było ugrać w pobiegowym losowaniu…

Nie mogę inaczej podsumować biegu, jak w samych superlatywach. Krótka, acz bardzo wymagająca trasa, bardzo ładna okolica, świetna organizacja, imprezy towarzyszące. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że chłopaki pójdą za ciosem, sponsorzy dopiszą i za rok do wyboru będzie dycha i półmaraton.
Bo maraton w takich warunkach –  to chyba tylko pod Iron mana 😉

Poza marginesem bezpieczeństwa

Zaczęło się kompletnie przypadkowo. W trakcie kilkudniowego ciągu biegowego znajoma podesłała mi „obrazek na opamiętanie”. Obrazek pochodził ze fejsbukowego profilu  crossFit Podlasie. Kliknąłem w profil, poczytałem, pooglądałem i nie minęła chwila, gdy szukałem crossFitu w Warszawie. Okazało się, że mam go pod nosem – 10 minut od pracy.



Bywałem zmęczony, robiłem półmaratony na ostrym kacu, ale pierwszy trening CF to był koszmar, którego, choćbym chciał, nie byłbym w stanie sobie wyobrazić. Przyzwyczajony do jednostajnego, długotrwałego wysiłku, jakim jest bieganie, byłem kompletnie nieprzygotowany na godzinę treningu explozywnego, nieustannego balansowania na granicy możliwości, pracy daleko poza progiem bólu. To nie był trening, to był wpierdol. Byłem skatowany, skotłowany, roztrzęsiony i nieprawdopodobnie z tego wszystkiego zadowolony. Mokre ciuchy oblepiały mnie jak zużyte szmaty, każdy centymetr ciała wył w niebogłosy a ja czułem, że to jest to, że jutro idę wykupić karnet, że zostanę tu na dłużej.

Najkrótszym określeniem crossFitu byłoby: mix ćwiczeń aerobowo siłowych wykonywanych na szaleńczej intensywności, bez chwili odpoczynku.
Typowy trening wygląda +- tak: Robimy kilometr biegu, potem 15 pajacyków, 15 przysiadów, 15 pajacyków przednich, 15 burpees (padnij-powstań-podskocz) 15 Double Unders (dwa obroty skakanką na jeden podskok, skakanka z podwójną szybkością) 300 m biegu z piłką lekarską na ramieniu/nad głową, 20 wymachów kettlem + rozciąganie.
To jest rozgrzewka, która zajmuje ok 15-20 minut

Następnie jest danie główne, czyli trening właściwy. Na ostatnim treningu wyglądało to tak:
Bear Complex : martwy ciąg, zarzut sztangi, przysiad ze sztangą, wyciśnięcie do góry, przysiad ze sztangą za plecami, wyciśnięcie do góry 



Burppe  Box Jumps


I w max 25 minut robimy zestaw następujący:
1. 5 Bear Complex, 500m biegu, 10 Burpee Box Jumps
2. 4 BC, 400m biegu, 8BBJ
3. 3 BC,300m, 6 BBJ
4. 2 BC, 200m biegu, 4 BBJ
5. 1 BC, 100m biegu, 2 BJ

Na koniec zostaje 10 minut rozciągania i wyciszenia, co w praktyce przekłada się na dogorywanie na podłodze.

Jednym z ciekawszych doświadczeń związanych z crossFitem jest przewartościowanie własnej kondycji. Do niedawna wydawało mi się, że jestem nieźle wysportowany, kondycję mam niczego sobie, w końcu biegam po 200km miesięcznie – tymczasem jeden trening CF udowodnił mi, że wcale nie mam kondycji, że tak mi się tylko wydaje. Poczułem, jakbym ponownie zaczynał od zera.

Rzecz jasna, trochę tu sytuację upraszczam. Nie chodzi o to, że w ogóle kondycji nie mam. Rzecz w tym, że bieganie a CF to są dwa zupełnie różne typy wysiłku i o ile przejście z CF do biegania daje jakieś „bonusy startowe” o tyle przechodząc z biegania do CF, bonusów takich nie odczułem. No, może biegi idą mi nieco lżej – ale to naprawdę „nieco”. Nie więcej.

Zasadnicza różnica pomiędzy bieganiem a CF jest taka, że biegam tak, jak mi kondycja pozwala, zaś na CF ćwiczę tak, jak jestem do tego zmuszony. Rzecz jasna, nikt mnie do tego nie zmusza siłą. Umowa jest taka, że skoro tam przychodzę – to właśnie po to, żeby dotrzeć do granicy. Treningi CF skonstruowane są tak, by za każdym razem było to doznanie krańcowe, zaś bieganie…
Z tym bieganiem mam pewien problem, ponieważ jest to aktywność, która organizuję sobie sam – sam jestem sobie trenerem, sam się motywuję oraz, gdy zaczyna naprawdę boleć, sam sobie odpuszczam. Nie mam problemów z bieganiem długich dystansów, czy biegiem w upał. Problemem jest dla mnie przekroczenie w biegu granicy zdrowego rozsądku. Nawet, gdy podnoszę sobie dystans, podnoszę go tak, by mieć pewność, że na pewno go pokonam. Gdy przyśpieszam, zawsze jest to przyśpieszenie, które kontroluję. Wewnętrzne mechanizmy bezpieczeństwa cały czas czuwają, bym nie przeholował.
Na crossFicie jest zupełnie odwrotnie. Na dzień dobry dowiadujesz się, że masz do zrobienia coś absolutnie ponad swoje siły, po czym… robisz to, bo po to tu przyszedłeś, bo wszyscy wokół robią, bo będzie wstyd przed samym sobą.

Przykład z tego tygodnia: 100 pompek w staniu na rękach. Do głowy by mi nie przyszło nawet o tym pomyśleć. Toż to abstrakcja kompletna! Zrobię jedną, może max dwie, ale stówa? Tymczasem z trenerem nie ma gadania, bo po to tu przyszedłem, żeby robić niemożliwe. Nie podoba się – wracaj tam, gdzie jest ci wygodnie. Więc robię. Robię nie pełne, poprawne pompki w staniu na rękach, ale wersję uproszczoną, z nogami na skrzyni, która co prawda nijak ma się do wersji właściwej, ale jak na mnie jest wersją maximum i przyzwyczaja do coraz większego ciężaru na barkach. Robię dychę. Przerwa. Druga dycha. Przerwa. Potem Osiem… Siedem… Sześć… i tak kawałek po kawałku dobijam do stówy. Na koniec, od siebie dorzucam jeszcze dychę, bo w końcu robiłem to w wersji oszukanej. Tylko czy aby na pewno oszukanej? Tu nie chodzi o to, by zrobić coś idealnie, jak z podręcznika. Chodzi o to by zignorować ból i zrobić co jest do zrobienia, by dać z siebie maximum, dojść do granicy i przesunąć ją.

Przykład drugi: skakanka.
Na crossFicie skacze się Double Unders, czyli skakankę na podwójnej prędkości (jeden podskok, dwa obroty skakanki). W życiu na skakance nie skakałem a tu dowiaduję się, że jednym z elementów treningu jest 40 Double Unders. Cztery serie po 40.
160 skakanek? Do jutra tyle nie zrobię –  po czym dowiaduję się, że dla tych, który robią „Single”, czyli klasyczną, pojedynczą skakankę, mnożnik wynosi 4.
Cztery raz sto sześćdziesiąt skakanek.
640 sztuk.
Nie – w – tym – kurwa – życiu.

Zaczynamy trening, biorę skakankę. Ciułam po 2-3 podskoki. Inni zaczynają już drugie powtórzenie całego setu a ja dalej dłubię, ale już po 6, po 8, czasem nawet jakaś dycha wpadnie… Mija założony czas a ja ledwie skakanki zrobiłem. Z jednej strony złość, bo to raptem 1/3 treningu, z drugiej zaś duma urywa łeb, bo jednak zrobiłem te cholerne 640 skakanek. Zrobiłem coś, co wydawało mi się niemożliwe do zrobienia.
Zrobiłem bo musiałem. Po prostu.

Zasadnicza „mentalna” różnica pomiędzy CF a bieganiem polega u mnie na tym, że biegam tak, jak mogę a na CF robię rzeczy niemożliwe. Może to kwestia psychicznej konstrukcji, ale wybiegając nie umiem zmusić się do przekroczenia granicy rozsądku, cały czas poruszam się po marginesie bezpieczeństwa. Na crossFicie wychodzę poza ten margines już na rozgrzewce a potem robię rzeczy coraz bardziej i bardziej absurdalne. Gdybym miał zrobić to sam – nawet bym o tym nie pomyślał, zaś ćwicząc w grupie robię to z przyjemnością.



O ile doświadczenia biegowe niespecjalnie pomagają przy crossFicie o tyle doświadczenia z crossFitu bardzo pomagają w bieganiu. 
Podstawową zmianą jest odważniejsze wychodzenie poza margines bezpieczeństwa. Ostatnie zmiany w życiówce na dychę (raz urwałem 1,5 minuty, drugi raz minutę) to ewidentne pokłosie crossFitowej ekstremy. Przekroczywszy raz i drugi granicę, która wydawała się tak odległa, że człowiek nawet o niej nie myślał (skakanka pompki na rękach) coraz odważniej poczynam sobie przy bieganiu, coraz wcześniej i coraz mocniej dociskam; coraz mniej się boję, że dojdę do punktu, za którym spuchnę. Dojdę? Spuchnę? No to trudno, najwyżej. A jeśli nie spuchnę? Jest tylko jeden sposób, aby sie przekonać… Poza tym, ojciec, skoro robisz te cholerne sześćset skakanek, to co to jest dla ciebie docisnąć do 5min/km?

Na koniec pozostaje jeszcze kwestia nagrody.
Ponieważ każdy trening CF skonstruowany jest tak, by był doświadczeniem krańcowym, za każdym razem jest okazja do przesunięcia granicy a co za tym idzie – endorfinowego deseru. Bieganie, z racji tego, że odbywa się na marginesie bezpieczeństwa, nie daje mi tej nagrody tak często – bo w końcu nie co dzień robi się życiówki – tymczasem crossFit proponuje mi ten deser codziennie.
Muszę sobie tyko na niego zapracować 😉