Tylko ambicja, czy już samobójcze skłonności?

Tydzień zaczął się delikatnie. Po niedzielnym wybieganiu zrobiłem uczciwy dzień regeneracyjny. Wtorkowy crossFit był taki sobie. Z jednej strony dałem po garach oporowo, z drugiej zaś miałem poczucie niedosytu, głównie dlatego, że zwyczajnie zabrakło mi kondycji i nie zrobiłem wszystkiego tak, jakbym tego od siebie oczekiwał. Środowe, przeokrutne zakwasy na najszerszym pleców rozwiały ów brak satysfakcji na cztery wiatry. Gdyby były kacem – leżałbym pod kroplówką w oczekiwaniu na dawcę nerki. Znaczy się, że nie było tak sobie. Było bardzo dobrze, bo dałem z siebie wszystko, co tego dnia mogłem. Gdybym ćwiczył na pół gwizdka, nie skomliłbym z bólu przy byle ruchu.

Sprawdziłem środowe plany na cross –  głównie brzuch + skakanka – akurat żeby się umordować a jednocześnie dać plecom trochę odpocząć. Mniut. Porozciągałem się zdziebko, powyłem z bólu i pojechałem na cross. Zgodnie z zasadą złośliwości losu, lajcikowy trening dojechał mnie jak Rocco Teresę Orlovski.
Dość powiedzieć, że machnąłem 1500 skakanek…

Obudził mnie ból mięśnia ramienno promieniowego. Ale jaki ból – nie dałem rady ręki rozprostować! To teraz miałem duet – bolały plecy i ręce. Bolały tak, że podcierając zadek zaciskałem zęby z bólu… Myślałem, że jak wczoraj – porozciągam się trochę i dam radę pójść na trening, ale gdy zobaczyłem, że dziś w planach są głównie ręce i barki, poddałem się zdrowemu rozsądkowi.
Nie. Dziś jest dzień regeneracyjny.

Z jednej strony boli jak cholera a z drugiej szkoda tak w domu siedzieć. Nosi mnie jak alkoholika za flaszką.  Za oknem lepki kisiel – wg synoptyków mamy najgorętszy dzień w roku, spokojnie powyżej 35 stopni – a ja już kombinuję, jak tu pobiegać. Do lasu mam 3km… W lesie będzie chłodniej, do Powsina blisko – więc będzie gdzie wodę uzupełnić… Dobra, nie ma co się zastanawiać, szykujemy graty i wio.

Wychodzę w samo południe. Zahaczam o sklep – jeden snickers od razu, drugi na później. Powolutku zaczynam biec. Wypoczęty, nawodniony – pierwszy km idzie zaskakująco dobrze, ale im dłużej tuptam po asfalcie tym mocniej odczuwam, jaki jest gorąc. Do lasu mam 3km. gdzieś na drugim przypominam sobie wczorajszą lekturę Scotta Jurka a dokładnie fragment, w którym opisywał swój kryzys w Badwater. Gorąco ci? Tam było jeszcze 10 stopni więcej – więc dajesz ojciec, dajesz.

Dobiegam do lasu. Ściągam czapkę i ciemne okulary. W lesie jak w tropikach – niby kilka stopni mniej, niż na osiedlu, ale nagrzane upałami drzewa już nie dają takiego chłodku, jak w normalne dni. Trudno, będzie bieganie w tropikach. Wiedziałeś ojciec na co się piszesz.

Pierwszy kryzys przychodzi po 5km. Jest cukier, jest woda, jest siła w mięśniach –  więc organizm próbuje wejść na psychikę. Zaczyna się kombinowanie, szukanie wykrętów, biadolenie, jaka to kiepska pogoda na bieganie… Zduszam to i biegnę dalej, choć ciężko to biegiem nazwać – GPS cały czas pokazuje 6:50/7:05 na km – taki męczący trucht. Chciałby człowiek przyspieszyć, ale raz, że organizm nie pozwala (no gdzieś jednak jest ta granica wydajności) a dwa, że wiem, że im mocniej docisnę, tym szybciej skończę – a dziś nie chodzi o to, by szybko skończyć. Dziś mają być dożynki, doświadczenie krańcowe.

Turlam się więc po lesie licząc każde 100 metrów. Psychika cały czas balansuje na granicy odpuszczenia. Przechodzę w marsz, popijam solidnie z rurki. Woda jest ciepła jak ulepek. Niby popijam cały czas, więc woda w rurce grzeje się max 2-3 minuty a mimo to ma temperaturę 30-tu stopni. Uspokajam oddech i wracam do biegu. Do Powsina jakieś 2,5km – spróbuję zrobić to bez zatrzymania. Wody w plecaku coraz mniej, więc zaczynam ją sobie racjonować.

W Powsinie GPS pokazuje 12,5km – znaczy się bliżej, niż dalej. Dopadam wodopoju. Głowa pod kran, potem camelbak, potem snickers i dłuuuugie picie. Chwila odpoczynku i z powrotem w las. Nawodniony, nacukrzony po 500 metrach w słońcu czuję, że znowu nie mam siły. Nakładam czapkę, zwalniam, turlam się. Byle nie myśleć o wysiłku. Najlepiej się czymś lekko podkurwić – o tak – na wkurwie cudnie się biega. Ale czym tu się podgotować? Ostatnio jakoś wszystko dobrze idzie, nic mnie nie zapienia… To może o seksie – to mi zawsze dobrze głowę zajmuje. Seks i przemoc – dwa główne „nośniki” – jaki człowiek jest prosty i nieskomplikowany 🙂
Odpływam w fantazje, gdzieś mi znikają kilometry…

18km i ponowny kryzys – tym razem fizyczny. Kończy się cień, kończy się energia. Byleby dobiec do sklepu – będzie gdzieś koło 20km. Tam coś zimnego do picia i kilometr jakoś sam zleci. Byle tylko do sklepu…
W sklepie jak w raju – klima na 20 stopni –  co najmniej o połowę mniej, niż na podwórku. Staję pod nawiewem i ociekam… Podchodzę do lodówki – izotników jak na lekarstwo, za to piwa – 60, może 70 rodzajów. Przez dłuższą chwilę biję się sam ze sobą, w końcu kupuję napój energetyczny i proszę kasjerkę, by go otworzyła, bo mi się ręce ślizgają…

Ostatni kilometr. Po 300 metrach znowu chce mi się pić! Gdzie te wszystkie płyny znikają? Przecież to niemożliwe, żeby człowiek tak szybko się odwadniał, przecież cały czas popijam z camelbaka. Żar od chodnika daje niemiłosierny. Jeszcze 500metrów. Ścinam przez lasek i już prawie dom. Jeszcze tylko zakręt, drugi zakręt i już. Wyłączam GPS. Już po wszystkim.

Nie wiem, skąd się to bierze.
Normalny człowiek, gdy go boli, smaruje się jakimiś cudami, czeka aż przestanie boleć albo zwyczajnie wali browca, żeby ten ból jakoś uśmierzyć. Ja mam inaczej. Boli? To dobrze! Znaczy się człowiek żyje i daje do wiwatu.

Normalny człowiek nie lubi się zarzynać. Ja lubię. Lubię skotłować się do stanu, w którym jestem jednym splątanym kłębkiem zmęczenia. Lubię dawać po bandzie, sprawdzać, czy można jeszcze trochę. Oczywiście, słucham swojego organizmu i, wydaje mi się, potrafię rozpoznać, kiedy jest to zwykłe marudzenie a kiedy naprawdę boli i trzeba przestać. Dlatego np. dziś kilka razy przeszedłem do marszu, zamiast uparcie napierać biegiem.

Lubię robić niemożliwe. Jeśli coś jest poza moim zasięgiem – sięgnięcie po to daje podajrkę, jaką zna chyba tyko dziecko, które podpieprzy coś, co rodzice skrzętnie ukryli. Jest w tym jakaś pierwotna, zwierzęca radość. Satysfakcja z przesunięcia swoich możliwości.
Dobrze się wtedy czuję, oj dobrze 🙂
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s