Maraton Wigry: Mazurska lekcja pokory

Na żaden bieg nie czekałem tak, jak na Wigry.
Od czasu, gdy na białostockiej połówce zobaczyłem ludzi w koszulkach Maratonu Wigry wiedziałem, że chcę tam pobiec. Myślałem, że będę musiał czekać do przyszłego roku, że bieg już się od odbył – tymczasem okazało się, że biegacze w koszulkach z bobrem byli ruchomą reklamą biegu zaplanowanego na długi weekend sierpniowy. Nie było nad czym się zastanawiać – wróciłem do domu, odpaliłem internet i się zapisałem.
Pozostało tylko czekać.

Pojechaliśmy w pięć osób. Ja na maraton, dwie koleżanki na krótszy, 13km dystans „Pogoni za bobrem” i żona jako wolontariuszka. Do tego zabraliśmy biegaczkę z Białegostoku i upakowanym po sufit autem pojechaliśmy na Mazury.



Baza biegu mieściła się w szkole we wsi Stary Folwark 10 km od Suwałk. Już sam odbiór pakietu startowego przeniósł nas w inny świat. Mała wiejska szkoła, tablice poglądowe na ścianach, harmider w korytarzach. Przy mapie okolicy ktoś ostrzegał, że na trasie będzie sporo przewyższeń i podbiegów, ale nie chciałem go słuchać. Wolę nie wiedzieć, co mnie czeka – przynajmniej spokojnie wyśpię się przed biegiem.



Wieczorny poczęstunek w ramach ziemniak party idealnie trafił w mój smak. Placki ziemniaczane kiszka, babka – nie każdemu musi to smakować, ale ja zajadałem się jak dziecko cukierkami. Uwielbiam te wszystkie niezdrowe regionalne smakołyki. Zresztą, jutro spalę ze 3-4 tysiące kalorii. Mogę jeść pod korek 🙂



Od 3 rano budzę się co godzinę. Niby spokój i wyciszenie, a gdzieś podskórnie organizm czuje, że coś się święci. Wstaję o 6 rano. Kubek kawy, solidny kawał sękacza, pakowanie, zaklejanie i jestem gotów do drogi.
Szybki spacer nad jezioro i idziemy pod szkołę.




Na start u stóp klasztoru pokamedulskiego zawożą nas pomarańczowe, szkolne autokary udostępnione przez wójta. Z łowionych jednym uchem rozmów dowiaduję się, że jadący ze mną panowie lat 40-50 dali wczoraj ostro w gaz i startują na kacu. Co kto lubi… Z pewnością wytrzeźwieją na trasie.

Pod klasztorem pierwsze rozgrzewki i oczekiwanie na chipy. Wyciągam wazelinę i smaruje się wszędzie tam, gdzie nie chciałbym się poocierać. „Panowie, smarujecie się?” –  zagaduję siedzących nieopodal biegaczy wyciągając do nich rękę z tubką. Patrzą na mnie, jakbym właśnie ogłosił tęczowy coming out. No trudno – nie chcecie to nie, nie będę się narzucał 😉



W końcu przyjeżdżają chipy. Stare, wysłużone – ale dla mnie to tylko kolejny element tej lokalnej amatorskiej układanki. Czy ktokolwiek jadąc do malutkiej wioseczki na Suwalszczyźnie spodziewał się chipów wprasowanych w numery startowe? No kaman, może jeszcze krewetek w tempurze…



Zbieramy się do startu, który zupełnie nie wygląda jak start – kawałek biało-czerwonej taśmy, policja, skromne nagłośnienie – można by pomyśleć, że to pobojowisko po wczorajszym festynie; że pijany technik zapomniał pozbierać sprzęt, że zaraz przyjdzie i zwinie manele. Nie ma nic, nawet napisu „start” – ale nikomu to nie przeszkadza. Wszyscy razem odliczamy 10-9-8-7 i wiooo, po-szli przed siebie przy wtórze pikających garminów.



Pierwsze kilometry idą podręcznikowo – spokojnie 5:50-6 na  kilometr. Zbijamy sie w grupki, gadamy – każdy wie, że to dopiero początek i nie ma co szaleć. Na pierwszym wodopoju nawet sie nie zatrzymujemy – jest dobre tempo, jest woda w camelbakach. Po chwili dogania nas chłopak z Augustowa, z którym przebiegnę cały maraton. „Dobrze mi się z wami biegnie, wiec lecę z wami” – rzuca dobiegając i od tej pory biegniemy we trójkę.
Gdzieś w głowie nieśmiało kolebią się myśli o złamaniu czwórki…




Około siódmego kilometra wbiegamy do lasu. Chwila ulgi dla głowy, bo zdecydowałem nie brać czapki na trasę (głupio! głupio! głupio!). Cień, piękne mazurskie lasy. Raz po raz przystaję by zrobić zdjęcie, po czym muszę doganiać pozostałych. Po jednym z takich przystanków odbijają na tyle daleko, że gonię ich przez 2km, ale udaje mi się dognać tylko Darka. Agata wyrwała hen do przodu i po pewnym czasie zniknęła nam z oczu. Wybiega trzecie miejsce w swojej kategorii wiekowej – ale o tym dowiemy się dopiero na ogłoszeniu wyników.



Na drugim punkcie przystajemy. Jest sękacz, jest arbuz, jest woda – aż szkoda byłoby się nie skusić. Zjadam arbuza razem z pestkami. Błąd! Biorę kawałek sękacza w dłoń i dalej przed siebie.



W okolicach piętnastego kilometra zaczyna brakować energii. Wciągam marcepana, po którym piję jak smok, ale nie przynosi to żadnego efektu. Nie nadaje się marcepan na biegi – o nie. Może i ma to furę kalorii, ale strasznie zapycha i nie nadaje się do jedzenia w biegu. Szczęśliwie Darek poczuł zew natury – więc przystaję i czekam na niego. Trochę za wcześnie na kryzys. Piętnasty kilometr? W życiu mi się nic takiego nie przydarzyło. Wyspałem się, naładowałem węglami, psychicznie wszystko ok – więc skąd takie niespodzianki?


Po dziesięciu minutach przy jednej z chat trzy kobiety tak po 50/60 lat ustawiły punkt z wodą. Z cudownie lodowatą wodą prosto ze studni. Dolewam do camelbaka i czuję jak chłód rozpływa się po plecach. Pomaga, ale tylko na chwilę. Wiem, że zwalniam, więc mówię do Darka, że jeśli chce niech gna do przodu, bo mnie jakaś niemoc dopadła. W odpowiedzi słyszę, że biegniemy razem i nie ma co sie przejmować. Od tej pory będzie się to powtarzać co 3-4km – ja będę mówił mu, by biegł, na co on będzie odpowiadał, że biegniemy razem.



W Bryzglu mijamy kolejny „ochotniczy punkt z wodą”. Co prawda nikogo przy nim nie ma, ale podbiegamy się napić. „Pijcie, to dla was” – dobiega nas głos z głębi ogrodu. Właściciel, na oko w naszym wieku, donosi wiadro z wodą. Dziękujemy i wybiegamy z wioski w las. Jest koło południa, 25 stopni, ani jednej chmurki na niebie.



„W Płocicznej jest knajpa” – zagaja Darek – „może by tak wpaść na jedno”?
Myślałem, że żartuje, ale kiedy dobiegamy do wioski, skręca prosto do sklepu. W sklepie tłok, ale w ułamku sekundy, któryś z lokalsów rzuca „sportowcy bez kolejki, bo biegną na czas” – i faktycznie, kupujemy bez stania w kolejce. Zanim zdążę otworzyć loda Darek dochodzi do dna puszki – musiało go nieźle suszyć 😉 Panowie nas zagadują, pytają, czy nie podwieźć. Dziękujemy i marszem ruszamy dalej. Po kilkuset metrach mijamy ochotniczy punkt, na którym gromada kilkulatków pokazuje dalszy bieg trasy. Na asfalcie kolorową kredą napisane hasła „Dajecie, się nie poddajecie”. Co zatem zrobić –  trzeba dawać i się nie poddawać.




Łatwo powiedzieć – trudniej pobiec. Cukru z loda wystarczyło na 2-3 km. Do punktu kontrolnego dobiegam tłukąc się z myślami. Nie są to myśli o rezygnacji – o tym mowy nie ma. Tłukę się z własną głową. Kryzys ciągnie się już dziesiąty kilometr. Podjadam, popijam, ale ni cholery nie daje to efektu. Już mnie to męczy. Gdzie jest to cholerne przełamanie?



Na punkcie pomiar czasu i dalej przed siebie. Ciężko nazwać to biegiem – truchtamy w okolicach 7 minut na kilometr. Okolica jest przecudna, ale zamiast napawać się widokami raz po raz powtarzam sobie „tylko do pełnego kilometra, potem chwila marszu”. Wściekam się, gdzie jest ta kondycja, gdzie moje wybiegania, skąd ta niemoc? Co kilka km powtarzam Darkowi, by zostawił mnie i gnał do przodu, ale za każdym razem słyszę tą samą odpowiedź. „Biegniemy biegniemy”. No to biegniemy, choć to bardziej trucht niż bieg.


28km wita nas nachyleniem tak ze 35-40 stopni. Biegniemy skrajem jeziora. Błoto, zryty piach, ponadgryzane przez bobry korzenie. Raz po raz potykamy się. Mijamy pierwszych maszerujących, sami też przechodzimy w marsz. Myślami jestem przy kolejnym punkcie kontrolnym. Odliczam metry, nerwowo zerkam na GPS.



Punkt na 32gim kilometrze. Najważniejszy punkt tego biegu, bo stoi na nim moja żona. Biorę buziaka, wodę, jeszcze jednego buziaka i gonimy dalej. Za dużo nie gonimy, bo zaczyna się solidne nachylenie. Od tej pory przechodzimy w tryb „bieg po płaskim, marsz pod górkę”.

Po kilku minutach zauważamy siedzącego w poprzek drogi biegacza. Rozpoznaję go, to jeden z tych, który mocniej dociskali. Podbiegamy. Okazuje się, że złapał go skurcz, ale taki, że nie da rady wstać o własnych siłach. Próbujemy go rozmasować – ale bez efektu. Po kilku próbach prosi, by zadzwonić pod numer alarmowy, który podano nam przed startem. Dzwonię, zgłaszam i biegniemy dalej.



Na zbiegach ostrożnie. I tak nie szarżujemy za bardzo, ale spotkanie z kontuzjowanym biegaczem dało jasno do zrozumienia, że są rzeczy ważniejsze niż wynik. Trasa jest trudna, w zasadzie non-stop z górki pod górkę, środkiem lasu a przed nami jeszcze dycha. Nie ma co szaleć – trzeba dobiec – a co się po drodze uda ugrać to nasze.

Ostatni punkt, trzydziesty ósmy kilometr. Uzupełniamy wodę, kawałek arbuza, chwila oddechu i powoli przed siebie. Nogi już ciężkie i obolałe, ale zaczynamy od zbiegu, więc jakoś udaje się nabrać prędkości. Biegniemy kładką widokową przez bagna, widoki są bajkowe. Kończy się las i wybiegamy na wiejską szutrówkę – znowu patelnia i pył. 



W okolicach 40tego km ostatni punkt z wodą –  tym razem pod chatą sołtysa. Darek polewa się wodą, ja wykorzystuję ten moment na sfotografowanie wywieszonego na traktorze bannera motywacyjnego. Jestem skonany, ale czuję, że to ostatnie metry. Dam radę. Nie obchodzi mnie czas – chcę po prostu dobiec i mieć to za sobą.



Biegniemy przez plażę pomiędzy zaparkowanymi przyczepami kempingowymi i namiotami. Ludzie nas dopingują. „To już koniec” – krzyczą, ale zupełnie im nie wierzę. W Parchatce ten koniec ciągnął się przez 1,5km. Wybiegamy na prostą, Darek dostaje spida. 300 metrów przed nami stoi grupka ludzi –  pewnie kibice. Ale zara zara, co tam robi elektroniczny pomiar czasu? To już meta? Zegar pokazuje 4:59:00. Przyśpieszam. Więc jednak uda mi się zmieścić poniżej piątki.

Jestem tak skonany, że nie mam siły na zwyczajowego „Slayera” na linii mety. Przystaję, odbieram medal, odpinam chipa. Podchodzi do mnie Agata i częstuje piwem. Jest ciepłe, ale teraz to najlepsze piwo, jakie kiedykolwiek piłem. Ściągam przepocony podkoszulek i powoli, krok za krokiem zbieram się do pokoju. Jestem tak zakręcony że zapominam wyłączyć GPS. Minuty lecą, ale mi to nie przeszkadza. To nie był bieg na życiówkę – raczej bieg o życie  😉

Chyba nigdy nie wyjdę spod prysznica. Zostaję tu do jutra. Tu, pod tym strumieniem wody. Zapieram się o ściany, by się nie przewrócić i zamykam oczy. Cudowna, lodowata woda… Prawie tak cudowna jak chłodzący się od wczoraj desperados. Ostrożnie kładę się w hamaku. Lekki wiaterek, cień, zimne piwo…

Nie spodziewałem się, że będzie tak trudno. Poprzednie 42km poszły tak gładko i bezproblemowo, że zwyczajnie uśpiły moją czujność. Poczułem się pewnie, zbyt pewnie – odpuściłem z dystansami na rzecz krótkich wytrzymałościówek i to odpuszczenie obiło mi się bolesną czkawką. Druga kwestia to trasa – czym innym jest bieganie po płaskim, w cieniu a czymś zupełnie innym jest nieustanne bieganie z górki po górkę, po szutrach, piaskach, uważając na korzenie i efekty bobrzej aktywności. Spodziewałem się, że będzie to bieg terenowy – ale czym innym jest się tego spodziewać a czym innym pobiec. Nie byłem przygotowany na taką trasę i dostałem od niej solidną lekcję pokory.

Największym zaskoczeniem był dla mnie jednak dwudziestokilometrowy kryzys. Pojechałem wypoczęty, wyspany, naładowany węglami, bez nerwów i stresu – baza psychofizyczna była więc idealna – a mimo to, zupełne nie wiem skąd dopadła mnie ściana, z którą biłem się w zasadzie do samego końca. Nauczyło mnie to jednego: nie należy lekceważyć dystansu; nie wolno być zbyt pewnym siebie, bo nigdy nie wiadomo, co zaszwankuje, skąd wyskoczy niespodzianka. Choćby się człowiek czuł doskonale przygotowany, zawsze może być jakieś „ale”.

Potwierdziły się także słowa znajomego, że maratonu nie należy biec samemu. Trafił mi się świetny kompan biegowy, który dał mi odczuć, że naprawdę biegniemy to razem.  Za wiele nie gadaliśmy, ale swoją postawą dał mi wielkie wsparcie. Choć co kilka kilometrów „wyganiałem” go do przyspieszenia, został ze mną do samego końca i ani przez chwilę nie dał mi odczuć, że robię za ogon.
WIELKIE DZIĘKI, Darek!



Na Maraton Wigierski czekałem jak dziecko na św. Mikołaja i dostałem dokładnie to, czego oczekiwałem. Super okolica, wymagająca trasa, pyszne regionalne jedzenie (Chłodnik, przed którym klękajcie narody). Do tego super reakcje ludzi (woda, kibice), świetny kolega na trasie, bardzo sympatyczni organizatorzy no i MEGA drewniany medal – zdecydowanie najfajniejszy ze wszystkich, które do tej pory wybiegałem.



Czapkę z głowy należy zdjąć przed organizatorami. Maraton Wigry to de facto dziecko biegowego małżeństwa – dwójki ludzi, którzy sami pociągnęli tak wielkie przedsięwzięcie. Gdy wieczorem, przy ognisku opowiadali, ile pracy trzeba było w to włożyć, ile niespodzianek i ludzkiej nierzetelności wyskoczyło po drodze, ile organizacyjnych detali trzeba było podopinać – słuchaliśmy i robiliśmy coraz większe oczy. Najlepsze w tym było jednak to, że z punktu widzenia uczestnika biegu, nie było tego widać. Owszem, były jakieś drobiazgi – ale drobiazgi są zawsze. Na Orlenie też były „niespodzianki” – a gdzie impreza za grube miliony a gdzie bieg organizowany przez dwójkę zapaleńców i kilka życzliwych dusz?


Podsumowując Maraton Wigry mogę dodać tylko jedno: Pilnujcie przyszłorocznych zapisów, bo mam przeczucie, że chętnych będzie więcej, niż miejsc.
Ja tam wrócę na pewno.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s