Drugi Półmaraton Chmielakowy, Krasnystaw 2013

„Słuchaj, a może wziąłbyś samochód i zabrał dziewczyny? Nie musielibyście kombinować z dojazdem tylko pojechali jak ludzie, wyspali się.”
Zaraz zaraz… Moja żona sugeruje bym wziął auto i pojechał w drugi koniec Polski na hotelowy nocleg z trzema kobitkami?
Dla upewnienia pytam jeszcze raz i drugi.
Nie, to w cale mi się nie śni.

Zaczęło się od małej obsuwy. Mieliśmy wystartować o 18tej, ale żonie coś się w pracy przeciągnęło (jak to w piątek) i koniec końców wyruszyliśmy z półgodzinnym opóźnieniem. Na drogach czuć było wakacje, bo w korkach wyjazdowych spędziliśmy jakieś 30, może 40 minut – jak na Warszawę to tyle, co nic.

Do Krasnystawu (krasnego stawu? Ni cholery nie wiem, jak brzmi forma poprawna) przyjechaliśmy po 22giej. Stacja, Tesco, winko, piwko, ploty, żarty śmichy-chichy i ani się człowiek obejrzał a była pierwsza w nocy.
Budzik zadzwonił o 5:55…



Po odbiór pakietów pojechaliśmy jeszcze przed śniadaniem. Byliśmy jednymi z pierwszych, bo wolontariusze siedzieli jeszcze mocno zaspani.  Nie jestem pewien, co wywołało większe zdziwienie, czy wchodzące w skład pakietu puszkowane tyskie, czy podwójny numer startowy – jeden z chipem, do zwrotu a drugi bez chipa, pamiątkowy.
Po raz kolejny też okazało się, że rozmiarówka koszulek to jedna wielka loteria. Zamówiona męska M-ka okazała się mieć rozmiar L-ki. Na pocieszenie w pakiecie był jeszcze jogurt i paluszki. W sumie to nawet logiczny był ten pakiet – paluszki do piwa a jogurt na jutrzejszego kaca.
Ktoś tu jednak pomyślał 🙂



Na rynek przybiegamy ok 30 minut przed startem. Spotykamy Roberta, trochę plotkujemy, obserwujemy budzące się stanowiska z piwem. Pogoda jest idealna – jakieś 15 stopni + lekkie zachmurzenie.  Życiówki wiszą w powietrzu.

Bieg rozpoczyna się z przyczajki. Niby stoimy już w tłumie, niby zegarki pokazują, że to już za moment, ale zupełnie nie czuć tej przedbiegowej atmosfery. Nie ma zapowiedzi, nie ma lecącej z głośników muzyczki, nie ma podjarki – ot, stoi sobie kilkuset biegaczy na rynku.
Nagle masa zaczyna się ruszać. Powoli, ociężale – a więc to już, czas odpalić GPS. Biegniemy.



Ruszamy z kopyta. Od pierwszych metrów GPS oscyluje w okolicach 4:50 – 5:10. Mocne tempo jak na start, ale nie ma jak zwolnić, bo wszyscy wokół tak biegną. Pierwszy kilometr, drugi, trzeci – nikt nie myśli zwalniać – okazuje się, że wszyscy od razu weszli w tempo docelowe. Czwarty, piąty – nadal tym samym tempem. W końcu zwalniam do 5:30, bo 5min/km to okolice mojego maxa  a to dopiero 1/4 dystansu. Kiepsko na psychikę robi mi fakt, że non stop ktoś mnie wyprzedza, ale biegnę swoje. W planach jest biec 5:30 do 15km a potem cała naprzód.

Pierwszy kryzys przychodzi wraz z podbiegiem w okolicach dziewiątego km. Tempo spada do 6 z kawałkiem i po raz pierwszy w życiu słyszę głosy w stylu „stary, po cholerę ci to bieganie?”. Że co proszę!?! Bo tak! Dupa w troki i do przodu leniu cholerny! Po to dymałeś przez pół Polski żeby teraz durne pytania zadawać? Jazda przed siebie! Migusiem!
Wciągam pół batonika, popijam izo i gdy tylko zaczyna się płaskie, dociskam tempo. Jest nieźle – na dziesiątym km zegarek pokazuje 54minuty a jeszcze dwa tygodnie temu była to moja życiówka na dychę! Dostaję kopa i lecę przed siebie. Głosy zostały gdzieś z tyłu, na podbiegu…

Około 12km porywam wodę na punkcie i dalej przed siebie. Na piętnastym zegarek pokazuje 1h22min – jak uda mi się utrzymać to tempo to wykręcę życióweczkę  jak marzenie. Kończy mi się woda, ale zaraz powinien być punkt. Powinien, ale nie ma. Za to kończy się las i zaczyna podbieg po asfalcie. Temperatura podskoczyła powyżej 20 stopni – to czuć. Zwalniam, żeby się nie spalić przed ostatnim nawodnieniem, tym bardziej, że ból w nogach zaczyna robić się coraz bardziej nieprzyjemny. Biegnę, biegnę a punktu z wodą jak nie ma tak nie ma. Szesnasty kilometr, siedemnasty…  Zjadłem kawałek batonika i mam wiór w ustach. No gdzie jest ta cholerna woda? W końcu jest, na osiemnastym, do tego strażacy postawili coś w stylu kurtyny wodnej, czyli wąż tryskający wodą z niedokręconego zaworu. Popijam, polewam się, ale czuję, że jak ze mnie to już wszystko. Zjadł mnie ten podbieg z brakiem wody. Do tego ból w nogach zrobił się nieznośny. To tyle w temacie życiówki, teraz celem jest zmieścić się z dwóch godzinach – przecież nie może być gorzej, niż na majowej białostockiej połówce!



Ostatnie 3km to walka ze stricte fizycznym zmęczeniem. Żadnych głosów, żadnego zwątpienia, czyste zmęczenie i galareta z czworogłowych. Zwężam oczy i staram się trzymać rytm. Na uszach slipnkot, na ustach grymas bólu. GPS pokazuje, że to ostatni kilometr, ale nie odważam się przyspieszać. Na trasie rozrzut pomiędzy odczytem GPS a oznaczeniami wynosił średnio pół kilometra. Nie wiem, ile będę w stanie wydusić z siebie na finiszu – więc biegnę asekurancko. Dopiero, gdy zagęszczają się kibicie, gdy widzę wracających z naprzeciwka biegaczy przyduszam ostatkiem sił, ale to już pudrowanie trupa; bardziej odruch, niż jakikolwiek gest walki. Na walkę był czas przez ostatnią godzinę i 58 minut.
Teraz to już pozamiatane.
1:57:57

Wynik bez szału, ale przynajmniej bica podpompowałem

Idziemy na makaron. Lokal, do którego prowadzi nas Robert budzi we mnie lekkie obawy – bardziej wygląda to na kilkugwiazdkowy hotel, niż restaurację. W środku elegancja-francja. Kelnerka przynosi kartę – zaglądam i oczom nie wierzę. Co za ceny!  Za obiad dla pięciu osób, do tego napitki, kawki i herbatki płacimy 94zł. Dziewięćdziesiąt cztery złote! Przy samym rynku!



Festiwal chmielu trwa w najlepsze. Cały rynek obstawiony stoiskami browarów, gdzie się człowiek nie obróci – wszędzie piwo.  Tyskie, Pilsner urquell, Perła – te omijam, bo mam je pod blokiem. Interesują mnie te małe, lokalne, często kompletnie nieznane.  Na razie mogę sobie tylko popatrzeć, ponieważ czeka mnie kilkugodzinna sesja za kółkiem. Robię więc zapasy – piwko tu, piwko tam. Zapełniony Karton przynoszę dziewczętom, które na leżaczkach popijają wiśniowego portera i wracam do obchodu stoisk. Jedna reklamówka, druga. Nie liczę wydawanych pieniędzy, zastanawiam się tylko, jak my to wszystko dotaszczymy do samochodu.


Centrum rynku obstawione jest stoiskami z piwem a na jego obrzeżach trwa rasowy festyn. Są stragany z muzyką disco polo, odzież skórzana, biżuteria, obrazy, wędliny litewskie, wódki regionalne. Jak to na festynie – szwarc, mydło i powidło. Jakby kto poszukał pewnie i baba z brodą by się znalazła. Popiwszy piwka ruszamy w te bogactwo na ostatnie zakupy. Kupuję trofiejki do domu i chwilę po piętnastej ruszamy do Warszawy z gorącym przekonaniem, że za rok trzeba tu koniecznie przyjechać na dłużej.



O ile towarzysko wyjazd uważam za bardzo udany, o tyle sportowo mam po nim pewien niesmak. Robiłem sobie spore nadzieje, liczyłem na więcej a wyszło, jak wyszło – czyli słabo, a już na pewno poniżej oczekiwań.
Główną przyczyną takiego wyniku było zmęczenie organizmu. Zwykłem żartować, że życiówki na dychę robię wtedy, gdy jestem zmęczony – i faktycznie – pierwsze 10 km poszło mi bardzo dobrze. W zasadzie do piętnastego biegłem tak, jak to sobie założyłem, dopiero później, gdy zbrakło wody i zaczęły się podbiegi, dało o sobie znać zwykłe wymęczenie organizmu, który nie podołał trudniejszemu etapowi. W ciągu tygodnia przed chmielakami zrobiłem maraton, dwie dychy ( w tym jedna z nową życiówką) podwójny crossFit. O ile pary wystarczyło mi na pierwszą dychę z hakiem, o tyle na drugiej zapaliła się rezerwa. Teraz już wiem, że pobiec można zawsze, ale jeśli myśli się o wyniku, trzeba dać sobie odpocząć.

Każdy ma takiego zająca, na jakiego zasłużył


Jest to lekcja bolesna, ale jestem z niej zadowolony. Przed dwie godziny biegłem ze średnim tętnem 181, co w moim przypadku jest wartością graniczną. Skoro jestem w stanie zmusić się do takiego wysiłku, muszę tylko zadbać o wypoczynek i droga poniżej 1h50min stoi otworem.

Obsada biegu była bardzo mocna. 1/4 uczestników przybiegła z czasem poniżej godziny czterdzieści. Ponad połowa zmieściła się w godzinie pięćdziesiąt. Zwycięzca przybiegł z czasem 1h12min.
To pokazuje, że na trasie nie było miękkiej gry.

Nasze dwa harpagany.
Ola: 1h42, Robert: 1h43.

Organizacyjnie było…średnio. W Białymstoku była rozgrzewka prowadzona przez dziewczynę z (bodaj) BBL, AC/DC z głośników (Thunderstruck!), strzelający burmistrz – a w Krasnymstawie bieg zaczął się ni z gruszki ni z pietruszki. Kto wie, może coś było tylko ja nie słyszałem? Jeśli tak, trzeba pomyśleć o lepszym nagłośnieniu.



Poprawić trzeba też oznaczenia kilometrów. O ile kierunek trasy nie pozostawiał złudzeń ( były znaki, policja, wszystko, co trzeba) o tyle kilometry pojawiały się o 400-600 metrów za wcześnie, zaś od osiemnastego kilometra w ogóle ich nie widziałem, choć wypatrywałem jak zbawienia.

Dla wielu atrakcją było dostępne po biegu piwo. Ponieważ tego dnia prowadziłem, atrakcja mnie ominęła. Z drugiej strony, piwo z plastikowego kubeczka to bardziej profanacja, niż atrakcja 😉



O ile sam bieg to nic specjalnego, o tyle towarzyszący mu festiwal piwa to wystarczający powód do odwiedzenia Krasnegostawu za rok. Pobiegać, popić regionalnego piwka, smacznie zjeść za grosze – nie wiem, jak dla innych, ale dla mnie to idealny plan weekendowy.
Do zrealizowania za rok.
Koniecznie.


Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s