Jak nie pobiegłem maratonu warszawskiego ( i poznańskiego też)

Piątek wieczorem. Dwa dni do maratonu warszawskiego. Znajomi biegacze na ostatniej prostej – ładowanie węglem, wysypianie, szykowanie – a ja siedzę popijając rum z colą i limonką.
Nie biegnę.

Dziesiątki treningów, grube setki wybieganych kilometrów, kilka większych startów i… głupia kontuzja nie wiadomo skąd. Choć w zasadzie wiadomo. Nie oszczędzałem się, dawałem z siebie na maxa, polubownie traktowałem regenerację i w końcu organizm powiedział „dość”. Co prawda w trakcie treningu nie czułem niczego niespotykanego, ból był taki, jaki zawsze jest przy dystansach 25+, ale gdzieś tam pod skórą zebrały się te mikrourazy, przeciążenia osiągnęły punkt krytyczny i ciach – pojawił się ból, który choć mały, od trzech tygodni nie chce przejść. Smarowałem toto, robiłem okłady z lodu, chodziłem w opasce kompresyjnej – wszystko na nic. Boli.
Nie jest to ból, który uniemożliwiałby bieganie – o co to, to nie – kilka razy nie usiedziałem na dupie i pobiegłem. Wiem jednak, że skoro nie przechodzi od trzech tygodni, to nie jest to jakiś tam sobie zwykły ból. Tam się naprawdę coś dzieje i nie ma co cwaniakować, bo może NAPRAWDĘ zacząć boleć.

Gdyby był to mój pierwszy maraton pobiegłbym bez zastanowienia. Emocje, ambicja –  to potworne siły i musiałbym chyba poruszać się o kulach, by nie pobiec swojego pierwszego maratonu. Ale jak to mawiają Angole „been there, done that” i wiem, że maraton, jakkolwiek może wydawać się banalny, bo teraz wszyscy biegają maratony, wcale nie jest takim hop-siup. To jest kawał zajebistego wysiłku. To jest wyzwanie dla zdrowego, wypoczętego organizmu. Bieganie z kontuzją, choć romantyczne i wpisujące się w konwencję sportowego poświęcenia mimo wszystko, jest –bardzo– głupie. Nie romantyczne, nie lekko nieodpowiedzialne, nie z deka szalone, tylko najzwyczajniej w świecie głupie –  bo to najkrótsza droga do rozpieprzenia się na długie miesiące.

Cholera mnie bierze.
Znajomi się ekscytują, organizują, umawiają – a ja stoję na uboczu tego. Stoję, bo nie biegnę a kibicować nie umiem. Nigdy nie ekscytowało mnie oglądanie sportu, bycie widzem. Cokolwiek mnie kręciło – chciałem w tym uczestniczyć. Sport jara mnie jako forma łamania samego siebie, przekraczania ograniczeń, podnoszenia poprzeczki – to jest źródło moich endorfin. Nie wyobrażam sobie, że miałbym stać na poboczu i dopingować tych, którzy robią to, czego ja robić nie mogę, choć bardzo bym chciał. Chyba by mi serce pękło, albo pobiegłbym z nimi na wariata i skończyłoby się wielomiesięczną rekonwalescencją.
Rozumiem kibicowanie po biegu, gdy sam jestem już „po” i noszony adrenaliną dopinguję finiszujących znajomych. Jest w tym jakieś poczucie wspólnoty, jakiś pierwotny, plemienny rytualizm. Jesteśmy w tym razem. Razem się umordowaliśmy i razem świętujemy. Kibicowanie „na sucho”… nie wyobrażam sobie tego i prawdę mówiąc, nie chcę próbować. Nie chcę tam być. Nie chcę myśleć o tym, jak bardzo chciałbym razem z nimi pobiec, jak bardzo chciałbym zdychać po trzydziestym kilometrze, ciągnąć się nawzajem, motywować…A na końcu czuć tą zajebistą ulgę, to rozpieprzające głowę uderzenie endorfin, że to już, że udało się, że zrobiłem to.
Może i o to w tym wszystkim chodzi… By odsunąć się trochę na bok, by ochłonąć, nabrać dystansu i pokory. Może to jest właśnie ten moment? Może musi zaboleć?  Może trzeba stracić dwa ważne maratony, by usiąść na dupie i przemyśleć swoje podejście? Może to wcale nie jest takie głupie –  cofnąć się do biegania po kilka km i od nowa zbudować formę, tylko nieco spokojniej, nie na wariata.

A może to zwykły zbieg okoliczności, do którego próbuję dorobić ideologię, żeby jakoś to wszystko zracjonalizować, nadać sens.
Może po prostu za długo siedzę w domu i szukam  trzeciego dna w zwykłym  sygnale ostrzegawczym od organizmu? Może trzeba pójść na crossFit i pieprznąć dwieście burpees żeby się w głowie poukładało?
Oto są pytania na najbliższy czas.
Nie biegam – więc posiedzę i pomyślę.
Mam czas…

święte krowy w leginsach

Od kilku dni biegowym środowiskiem wstrząsa oburzenie na buracko-cebulane zachowanie wilanowskich słoików, które to słoiki w napadzie egoizmu i totalnym braku zrozumienia dla sportowych emocji Warszawiaków zagroziły blokadą części trasy 35tego Maratonu Warszawskiego.
Histeria jest podobna do tej, która podnosi się przy jakiejkolwiek próbie rozmowy na temat Karola Wojtyły, czy Powstania Warszawskiego.
Biją naszych! Na koń! Za ojczyznę i nowe najki!

Cała rzecz rozbija się o to, że na kilka godzin zablokowana zostanie ulica Arbuzowa, która to ulica jest jedyną drogą dojazdową dla części mieszkańców. Innymi słowy, ludzie są uziemieni we własnych domach i jedyną opcją niedzielną jest kibicowanie albo spacer. Organizatorzy twierdzą, że wszystko było uzgodnione ze stosownymi służbami, administracjami  i  ja tym organizatorom wierzę. Rzecz w tym, że nikt tego nie uzgadniał z mieszkańcami…

Rozumiem wkurw mieszkańców Arbuzowej. Wziął człowiek  kredyt na grube lata, wypruwa się co miesiąc na  spłatę i nagle ktoś mu mówi, że nie wyjedzie w niedzielę z domu.
Ale zara, jak to? Jakim prawem ktoś mi mówi, że nie wyjadę w niedzielę z domu? Nie chodzi o to, że akurat w tą konkretną niedzielę zaplanowałem sobie pierdylion ultra- mega-ważnych spraw do załatwienia. Chodzi o to, że nikt mnie o zdanie nie zapytał. Zostałem potraktowany jak przemiot. Pasuje nam ta ulica –  to ją zablokujemy -pomyślał sobie urzędnik.  Nic dziwnego, że na tak bezduszne podejście do tematu  jeden z drugim się zirytował i powiedział: wy nas jak przedmioty –  to my was też! I chuj nas ten wasz maraton obchodzi! Nie liczycie się z nami – to my nie liczymy się z wami. Chcecie się bawić –  to się pobawimy…
I prawdę mówiąc, ja się takiemu podejściu wcale nie dziwię.
Ja je wręcz popieram.

Tak, jak lubię bieganie, tak nie znoszę głupoty. Głupota, brak pomyślunku budzą we mnie skrajną niechęć.  Jeżeli ktoś nie pomyślał – a moim zdaniem blokowanie jedynej drogi dojazdowej bez uzgodnienia z mieszkańcami jest bezmyślne – to choćby nosił na sobie cały outlet Asicsa, będzie baranem i nie będę go szanował. Po prostu.

Blokowanie drogi  na cztery godziny to pójście na łatwiznę. Przecież każdy wie, że biegacze nie będą tam przez bite cztery godziny cięgiem szurać w sznureczku jeden za drugim, tylko będą biegli falami. Co za problem postawić policjanta, który przyhamuje auto, gdy biegacze będą na drodze i puści, gdy zrobi się luźniej? Postawić po sztuce, na wjeździe i wyjeździe, niech się komunikują przez krótkofalówki, niech monitorują sytuację. Takie rozwiązania widziałem w Białymstoku, Krasnymstawie, na Wigrach – więc da się. Problem w tym, że się nie chciało, że się poszło po najmniejszej linii oporu. Bo po cholerę się wysilać, skoro można ludzi potraktować przedmiotowo?

Biegacze histeryzują, że to będzie hańba, blamaż i siara na świecie; jednocześnie sami nie przyjmują do głowy, że nie są świętymi krowami. Towarzystwo w lajkrach sprawia wrażenie, jakby było z innej gliny i całe miasto miało się do nich nagiąć. A ja się pytam z jakiej racji? Dlaczego w imię mojego pobiegania ktoś ma być udupiony na pół dnia? Skro płacę niemałe wpisowe za start, oczekuję, że organizator ruszy głową i pospina wszystko tak, by miało to ręce i nogi. Jak nie pospinał – to co? To, że jeden z drugim chce pobiegać, to znaczy, że można innych ludzi przestawiać jak meble?
Łatwo mi tak pisać, bo z okazji kontuzji nie pobiegnę w tegorocznym maratonie warszawskim ( a może pobiegnę? Zobaczę, jak będzie z samopoczuciem w piątek/sobotę) i nie będę się wściekał na wilanowskie arbuzy. Rzecz w tym, że to nie na mieszkańców Arbuzowej trzeba się wściekać, tylko na organizatorów, którzy poszli na łatwiznę i, nazwijmy rzecz po imieniu, w dupie mają ludzi, którym zablokują dojazd/wyjazd.

Ktoś odpowie „bo tak jest na całym świecie”. A ja odpowiem, że w takim Białymstoku dało się to puścić wahadłowo. Dało się też puścić ludzi jednym pasem jezdni, podczas gdy drugim jeździły auta i nikt nie zginął. Jasne, jest różnica skali imprezy, ale do cholery, Arbuzowa to nie jest pierwszy kilometr, gdzie tysiące ludzi wali szeroką ławą. Arbuzowa to już druga połówka i stawka zdąży się solidnie rozciągnąć. Nikt mi nie powie, że jedynym wyjściem jest totalna blokada drogi na cztery godziny (najszybszy biegacz dotrze tam dopiero po gdzinie). Dupa a nie blokada! Chyba, że mówimy o blokadzie głowy…

Rozumiem przedmaratonową napinkę, rozumiem emocje, rozumiem konflikt interesów i  dogadywanie się z tysiącem służb. Nie rozumiem  zachowania a’la święta krowa i prawdę mówiąc mam nadzieję, że coś się jednak na tej Arbuzowej wydarzy.
Bo prawda jest taka, że dopiero gdy coś pierdolnie, to w końcu jeden z drugim się zastanowi i na przyszły rok pomyśli.
Gdy nie wydarzy się nic – za rok będzie tak samo. Tylko bardziej.

Dlaczego każdy biegacz to dupek

Przeczytawszy na pewnym blogu, jak to biegacze są irytujący, jak wszystkich w około zanudzają swoim bieganiem, chwaleniem o bieganiu, rozmowami o bieganiu, o ciuchach do biegania, wyjazdach biegowych i ogólnie rzecz biorąc odmieniając bieganie przez zestaw słowników PWN, poczułem się troszeczkę wywołany do tablicy. Poczułem, że to o mnie, że ja tak mam – więc warto by napisać  kilka słów wyjaśnienia.

Tak, ględzę w kółko o bieganiu. Gdyby ktokolwiek zadał sobie nieco trudu i przeanalizował moje wpisy w facebooka okazałoby się, że bieganie to tak z 50% tego, o czym piszę, ale nie zagłębiajmy się w takie detale. Dla uproszczenia sprawy uznajmy, że o niczym innym nie piszę.
Wyjaśniwszy sobie tą kwestię fundamentalną przejdźmy do kwestii pośledniejszego sortu.

Dlaczego biegacz w kółko ględzi o bieganiu?

Otóż dlatego, że bieganie jest dla niego ważne, jest istotną częścią jego życia. Tak jak kibic o swojej ulubionej drużynie , kobieciarz o kobietach, kobiety o ciuchach i kosmetykach, te dzieciate o dzieciach, dzieci o grach komputerowych – tak biegacz gada o bieganiu, bo owo bieganie go kręci. Każdy mówi o tym, czym żyje. Przecież nie będzie mówił o tym, jak zapieprzał w pracy, dawał się pomiatać szefowi kutasinie, przepłacił na ubezpieczeniu i całej masie innych rzeczy, które go irytują!
Zaraz? Napisałem, że nie będzie?
Wróć!
Nie dotyczy Polaków.


Dlaczego biegacz musi spamować swoimi wynikami na fejsbuniu?

Otóż dlatego, że jest z nich dumny. Jeśli tego nie rozumiesz – załóż buty, strzel dychę na granicy wyrzygania i zobacz, czy gdy okaże się, że te głosy, które słyszałeś w swojej głowie to jednak nie są chóry anielskie, nie będziesz pękał z dumy. Czy nie będziesz chciał się tym pochwalić. Idę o zakład, że wszyscy się o tym dowiedzą. I bardzo dobrze! Dycha na granicy zgonu to wyczyn nie lada.

No tak, ale z drugiej strony – po jakiego grzyba się tak męczyć? Nie lepiej usiąść z browarkiem i coś obejrzeć w tivi? Tyle dobrego kabaretu na lokalnych stadionach mamy…

Jeśli pytasz, po co się tak męczyć to znaczy że kompletnie nic nie rozumiesz i, o ile nie masz jakichś hiper-mega genów, najpewniej wyhodowałeś już taki bębęn, że własnego ptaka ostatni raz widziałeś na zdjęciach z dzieciństwa – więc szkoda mojego pisania. I tak nic nie pojmiesz.

Biegacz postuje wyniki, żeby się pochwalić. Nie, nie tylko Tobie, chyba, że jesteś jego jedynym znajomym. Biegacz ma innych znajomych biegaczy i chwaląc się wynikami nakręca treningową spiralę. Ileż ja treningów pobiegłem, bo ktoś ze znajomych nakręcił mnie swoim wynikiem! Ba; biegać zacząłem, bo już cholery od tych postów na fejsbuku dostawałem! Już tak mnie wkurwiały, tak uwierały, tak mnie bolało, że znajomi coś robią a mnie bęben rośnie, że się wściekłem i pobiegłem.

Wróćmy jednak do sedna. Postowanie, poza nakręcaniem znajomych, jest przede wszystkim – powiedzmy to szczerze – chwaleniem się osiągnięciami.
I bardzo dobrze. W tej naszej skundlonej polskiej kulturze nie wychylania się, nie wywyższania, stania w równym szarym szeregu, biegacz jest jak ten wrzód na dupie. Odstaje i uwiera. Krzyczy „patrzcie, jaki kozak jestem. Mam siłę i samozaparcie do zrobienia czegoś z sobą, a wy nie – i dlatego was tak te moje posty irytują. Lenie jedne!

I co? Teraz mi powiesz, że nic Cię te moje wyniki obchodzą?
Bzdura! Gdyby cię nie obchodziły, tobyś się nimi tak nie irytował.
Poza tym, ja bym się nie afiszował z nieumiejętnością filtrowania wiadomości na facebooku. Powaga. W tych czasach to prawie jak wtórny analfabetyzm.
Cholera.
Znowu nie dotyczy Polaków…

Dlaczego biegacz musi wyglądać jak pedał?

Pewnie dlatego, że każdy biegacz  to pedał!
No bo kto z własnej woli ubiera obcisłe gatki, koszulki, kurteczki w neonowych kolorach, buty jak dyskoteka w remizie? Wszyscy wiemy, jak ubiera się i wygląda „normalny facet” – na pewno nie jak pedał!

Dla tych, którzy mimo wszystko chcą coś z tego zrozumieć, śpieszę z wyjaśnieniem: otóż lajkry są zwyczajnie wygodne i minimalizują otarcia. Spocone ciało, wykonujące kilkadziesiąt tysięcy tych samych ruchów powoduje tarcie. Cholernie. Bolesne. Tarcie. Takie do krwi a czasem do mięsa wręcz.  Jeśli coś do ciała ściśle przylega – to się o nie nie ociera. O ile na dystansie pięciu kilometrów różnica będzie niezauważalna, o tyle na piętnastym odczuwa się ją bardzo dotkliwie. Wiem, o czym mówię, bo sam uważałem lajkrowe gatki za szczyt gejozy.
Do czasu aż zacząłem biegać dłuższe dystanse.

Ale czy nie można na te lajkry założyć jakichś szortów? Przecież to tak gejowo wygląda!
Jak wygląda – to się nie patrz. Nie będę zakładał dodatkowej warstwy ciuchów tylko dlatego, że jakiś zakompleksiony frustrat odczuwa jakiś dziwny niepokój na widok mojej chudej wysportowanej dupy. Jakbym miał obwisłą i spasioną to może bym rozważył taką opcję, ale w obecnej sytuacji –  mowy nie ma! Kto wie, może ta dupa rozświetli ponury dzień sfrustrowanej recepcjonistki w bezdusznym korpo. Może minąwszy tą dupę o poranku Pani Krysia z Sądu najwyższego wyda łagodniejszy wyrok?
Dupa może uratować komuś życie, zdajesz sobie z tego sprawę?

Dlaczego z biegaczem nie można się napić?

Ponieważ każdy mój wyjazd biegowy odbywa się z towarzyszeniem izotoników chmielowych, nie bardzo wiem, jak na to pytanie odpowiedzieć… Z biegaczem można się napić, zazwyczaj po treningu/ biegu, czy innej imprezie biegowej. Pewne kłopoty sprawia weekendowe zbetonowanie w klubie – a to dlatego, że weekend to czas długich wybiegań i mocniejszych treningów. W tygodniu z czasem i formą bywa różnie, dlatego grubsze treningi zostawia się na weekend. Bieganie po przepiciu… jest słabe – na siłę, na zmęczenie, wbrew rozsądkowi i ostatkiem sił. Poza tym, nie po to człowiek cały tydzień czeka na trening, żeby na nim dogorywać z powodu przepicia. Ale umiera się tylko jeden dzień – ktoś powie. Owszem, jeśli na drugi dzień nie planujesz niczego, poza oglądaniem TV. Jeśli jednak myślisz o zrobieniu 20-25km, poczujesz ten alkohol szybciej niż myślisz i będziesz umierać po wielokroć.

Biegacz pije wtedy, kiedy może. Okazji, jak u każdego, znajdzie się wiele – toteż trzeba ostrożnie wybierać i mierzyć siły na zamiary. Piwko po biegu –  bardzo chętnie –  ale bądźmy szczerzy, kto wychodzi z kolegami na JEDNO piwko? Jednym piwem to nie ma co ciśnienia podnosić i smaka robić. Po drugim chce się trzeciego a po trzecim…
Prawda jest taka, że jedno piwo z kolegami występuje w sześciopakach.
Na głowę.

Piwo to także 300 kalorii a 300 kalorii to pół godziny biegania. Ponieważ biegamy po to, by dobrze wyglądać, każde piwko to pół godziny zmęczenia wywalone psu w dupę.
Lubicie robić robotę, która jest męcząca, nikomu nie potrzebna i z góry wiadomo, że nic z niej nie będzie?
No, to bez głupich pytań, dlaczego z biegaczem nie idzie się umówić na melanżyk.

Dlaczego biegacze zapieprzają nie zwracając uwagi na innych ludzi, światła, samochody, samoloty, sputniki i przemarsz wojsk radzieckich?

A ty jesteś taki  porządny? Zwalniasz na pomarańczowym, parkujesz tylko w miejscach dozwolonych? Nie chodzisz po ścieżkach rowerowych?
No.
Prawda jest taka, że jak każdy sport masowy bieganie przyciąga też idiotów. Rzecz jasna, o rząd wielkości mniej, niż np piłka nożna, której kibice słyną z wysoce kulturalnych i racjonalnych zachowań, ale umówmy się, że nie równamy w dół.
No więc są debile wśród biegaczy. Jak wszędzie. Śmiem jednak twierdzić, że są mniej groźni od frustratów w samochodach, czy zapieprzających przed siebie niedzielnych rowerzystów na wynajętych rowerach. Dlaczego? Bo mają najwięcej do stracenia. W przypadku jakiejkolwiek kolizji, biegacz jest bez szans – więc siłą rzeczy, musi myśleć z wyprzedzeniem. Musi też myśleć perspektywicznie, bo byle złamanie, naciągnięcie, zerwanie, nie mówiąc już o spotkaniu z kierowcą, święcie przekonanym o tym, że WARUNKOWA strzałka do skrętu w prawo daje mu pierwszeństwo przejazdu, każda kontuzja to dla biegacza kilka miesięcy biegowego odwyku – a nie ma dla biegacza kary większej, nad niemożność biegania.

Dlaczego biegacze muszą blokować ulice?

A dlaczego muszą robić to kierowcy? Dlaczego w korkach tyle aut z tylko jednym pasażerem? Nie prościej byłoby pojechać autobusem/metrem/tramwajem? Bo co? Bo niewygodnie? Bo ludzie śmierdzą? Dlaczego w imię komfortu kierowców osobówek mają cierpieć ci, którzy jeżdżą komunikacją miejską?

Maratony organizowane są raz, góra dwa razy w roku w jednym mieście. Informacje o utrudnieniach dostępne są dużo wcześniej. Zatrzymanie ruchu ma miejsce w niedzielę, z reguły od  9 do 14. Miejsca, na których nie ma już biegaczy udostępniane są stopniowo w trakcie biegu – więc max czeka się pół godziny. Więc proszę mi tu nie brzęczeć, że niemożność pojechania do galerii handlowej, czy innego kościoła raz w cholernym roku to jakiś wielki dramat jest. Dzień w dzień stoimy w korkach i jakoś nikt z tego powodu scen nie robi, ale wystarczy raz do roku przyblokować kawałek miasta i zaczyna się miauczenie, jaka to wielka krzywda się dzieje.
No bez żartów…

Powodów, dla których każdy biegacz to dupek znalazłoby się pewnie więcej, ale już mi się pisać nie chce. Inna kwestia, że wedle współczesnych prawideł dziennikarskich nie należy czytelnika zamęczać zbyt długimi tekstami, bo się bidul gubi i wątek traci.


Polecam za to lekturę posta, który mnie do powyższego wpisu sprowokował.
Warto czasem spojrzeć na siebie w krzywym zwierciadle 😉

Czy bieganie uzależnia (i dlaczego tak bardzo)?

Kilka tygodni temu zostałem poproszony o wypowiedź na temat biegania dla jednej ze stacji telewizyjnych. Co prawda stacja była z tych mniej poważnych (SuperStacja) a materiał kręcony był pod tezę, ponieważ jednak teza owa zbieżna jest z moją opinią na temat biegania, bez oporów powiedziałem, co na dany temat sądzę.
Pytanie brzmiało: „czy bieganie uzależnia”?

Odpowiedź jest prosta: otóż uzależnia jak jasna cholera. Tak samo jak wóda, prochy, papierochy, słodycze, seks i wszystko inne, co tylko może być dla człowieka nagrodą. Samo słowo „uzależnia” jest tu mocno niefortunne, ponieważ kojarzy się z czymś, czego nie potrafimy sobie odmówić; co odstawione powoduje duży dyskomfort. Biegacz na „odwyku”, np w trakcie kontuzji nie wpada w delirkę, nie robi się agresywny, nie wychodzi biegać pomimo ewidentnych zaleceń lekarza – więc przykładając tą miarę ciężko nazwać go uzależnionym. Z drugiej jednak strony coś go ciągnie do tego wysiłku, coś go mimo upałów, deszczu, czy temperatur minusowych wygania na podwórko i każe gnać przed siebie. Ponieważ nie-biegaczom, lub szerzej nie-sportowcom ciężko jest to zrozumieć, najłatwiej jest to wrzucić do worka z uzależnieniami.
No bo kto normalny z własnej woli wstanie w pół do piątej rano, by przed pracą zrobić 15 kilometrów?

Na początek zadajmy sobie podstawowe pytanie: po co człowiek biega?
Otóż na początku biega po to, by lepiej wyglądać. Najlepiej widać to wiosną, szczególnie tą późniejszą, gdy zaczyna się globalna akcja „boska sylwetka last minute”. Bieganie, szczególnie w swej początkowej fazie, to katorga, męczarnia i dobrowolne samobójstwo na raty. Nikt normalny nie wychodzi po całym dniu pracy tylko po to, by doprowadzić się do stanu krańcowego wycieńczenia. Normalny człowiek otwiera piwko/winko, odpala sobie jakiś film i spuszcza nagromadzone w ciągu całego dnia ciśnienie. Jeśli po dziesięciu/nastu godzinach wychodzisz zmęczyć się fizycznie to albo jesteś psychiczny, albo bardzo się sobie nie podobasz i desperacko chcesz to zmienić.
Ja wyszedłem biegać, ponieważ nie mogłem znieść swojego brzucha. Do tego kumpel wszedł mi na ambicję, bo biegał z jeszcze większym bębnem.
Taki był początek.

Pierwsze biegi są koszmarem, który znosi się tylko myślą o wynikach, o tym, jak zajebiście będzie się wyglądać, gdy uda się pozbyć tego, co przeszkadza, co było powodem do wyjścia z domu. Z czasem jednak pojawia się kolejny czynnik – mieszanina dumy i ambicji – bo oto nagle okazuje się, że już nie umierasz na drugim, czy trzecim kilometrze. Dystanse, które trzy tygodnie temu wydawały ci się równie abstrakcyjne co lot na Marsa, nagle są w zasięgu nóg. GPS w telefonie mówi ci, że na ostatnim treningu przebiegłeś 6km i  spaliłeś 400 kalorii. Całego pączka! Wiesz co to znaczy? To znaczy, że dokonałeś niemożliwego! Zrobiłeś coś, co wydawało się totalnie nieprawdopodobne. Pobiegłeś i nie umarłeś, choć umierałeś już tyle razy.
Wiesz co to znaczy?
To znaczy, że jesteś nieśmiertelny!

Granica nieśmiertelności to bardzo istotny moment, ponieważ od tej pory wpadasz w spiralę sprawdzania, ile mogę. Czy pobiegnę dalej? Dam radę dłużej? A może w upał? A może w deszcz? A może w mróz? A może o piątej rano? Ilość kombinacji jest przeogromna a ponieważ na każdym biegu można coś poprawić, zmienić, odkryć coś nowego, każde niemal wyjście kończy się poczuciem satysfakcji i zadowolenia. Każdy bieg niesie ze sobą nagrodę – wystarczy dać z siebie więcej i przyjemność będzie gwarantowana. Wszystko zależy od ciebie.

Po dwóch, trzech miesiącach dochodzi kolejny bodziec. Nawykłe do wysiłku ciało nie tylko wygląda lepiej, ale też „czuje się” lepiej. Codzienne aktywności typu podbiec do autobusu, zgiąć się, coś podnieść przestają być problemem. Pojawia się satysfakcja ze sprawności, ze świadomości, że gdy zajdzie potrzeba, możesz dać z siebie więcej. Czujesz się pewnej a przez to lepiej.

Mija trochę czasu i jak każda regularnie wykonywana czynność, bieganie wchodzi w krew. Już nie myślisz, po co biegasz, tylko zakładasz buty i wychodzisz – bo to oczywiste. Ludzie pytają cię, po co biegasz, a ty nie potrafisz im odpowiedzieć inaczej jak „a dlaczego ty NIE biegasz? Dlaczego siedzisz na dupie pracując na zawał z otłuszczenia? Weź wyjdź, poczuj jak to jest, gdy wpadasz w ten rytm, gdy zatracasz się w biegu, pracujesz jak dobrze utrzymana maszyna. Poczuj tą satysfakcję, poczuj tego endorfinowego kopa…”

Pierwszy start może nie idzie najlepiej, ale to uczucie płynięcia w wielotysięcznym tłumie zostaje w tobie na długo. Łapiesz smak prześcigania innych, ścigania się z samym sobą. Pamiętasz jak włosy stawały ci na sztorc, gdy kibice pozdrawiali was na trasie. Co prawda myślałeś, że zaraz umrzesz – ale przecież robiłeś to już tyle razy!  Teraz trzeba tylko mocniej przycisnąć, dać z siebie więcej i na kolejnym starcie będzie dużo lepiej.
Tylko od ciebie zależy, jaką nagrodę dostaniesz.

Nie pamiętam, gdzie zatarła się ta granica, ale dziś ciężko jest mi wyobrazić sobie życie bez sportu. Planując dni, myślę przede wszystkim, gdzie upcham jaki trening. Gdy kalendarz jest napięty – wstaję nad ranem, by choć trochę się poruszać. Gdy bolą nogi – trenuję co innego, byleby tylko nie siedzieć w miejscu. Dni regeneracyjne, tak bardzo potrzebne do prawidłowego funkcjonowania, robię sobie z rozsądku, żeby nie przegiąć, nie doprowadzić  organizmu do stanu, w którym powie „stary, przystanek na żądanie” – a nawet wtedy, tak jak dziś, myślę o tym, gdzie pobiegnę  następnego dnia.

Co mi dało/daje bieganie?
Przede wszystkim patrzę na siebie z coraz większym zadowoleniem, podobam się sam sobie. Znam swoje wady, mam swoje kompleksy, ale jest to niczym w porównaniu do dyskomfortu, jaki miałem ze sobą zanim zacząłem uprawiać sport. Bezpośrednim miernikiem tego sukcesu są spodnie, których kiedyś nie byłem w stanie zapiąć a dziś wymagają paska – w przeciwnym wypadku opadają zwisając na biodrach.
Prawdę mówiąc, do wymiany kwalifikuje się tak z pół szafy…

Czuję się sprawniejszy. Świadomość, że z miejsca, bez przygotowania jestem w stanie pobiec ponad 20 km robi mi bardzo dobrze na samopoczucie. Jestem dumny sam z siebie, że przełamałem swoje ograniczenia, pokonałem lenia, że robię coś ponad codzienny kołowrót praca/dom/komputer/telewizor.
Przełamanie fizyczne przekłada się też na psychikę – wiem, że skoro pobiegłem maraton, nie ma czegoś takiego jak „nie da się” – są tylko te rzeczy, których nie próbowałem, lub za mało się starałem.

Regularne uprawianie sportu sprawia, że czuję się lepiej. Bez względu na to, czy właśnie padła życiówka i adrenalina urywa mi głowę, czy też był to zwykły trening na utrzymanie kondycji, organizm dostaje swoją porcję endorfin. Jeśli jest to rano – jestem pozytywnie nakręcony na resztę dnia. Jeśli jest to wieczór – w biegu czyszczę głowę z nagromadzonych śmieci i zasypiam z poczuciem dobrze zakończonego dnia. W obu przypadkach czuję się lepiej, jak po dobrym, ciepłym prysznicu.

Bieganie, choć jak każdysport kontuzjogenne, nie niszczy organizmu i psychiki tak, jak alkohol. Nie zezwierzęca, nie upadla. Owszem, czasem po biegu czujesz się jak kłębek bólu, czasem nie możesz ustać na nogach i masz problemy z artykulacją słów – ale to przechodzi po pięciu minutach. Zamiast kaca masz zakwasy, ale w końcowym rezultacie nie niszczą one twojego ciała, lecz są cegiełką, z których budujesz formę.
Sportowy wysiłek, w odróżnieniu od wódy, fajek, czy prochów, czyni cię silniejszym.

Odstawienie od sportu nie wpędza w delirkę, nie czyni agresywnym. Jeśli już, to raczej wpędza w dołek – jak każda przymusowo odstawiona przyjemność. Nie ma jednak mowy o napadach szału, głodach, agresji. Biegowe uzależnienie jest absolutnie nieszkodliwe dla otoczenia.

Bieganie, jeśli czerpiesz z niego przyjemność, uzależnia. Nie jest to jednak uzależnienie w potocznym tego słowa rozumieniu. Nazwałbym to „miękkim” uzależnieniem – takim, którego chcesz, a nie takim, któremu musisz się poddać. Odstawienie biegania na tydzień, czy dwa w przypadku urlopu nie stanowi problemu. Owszem, będzie tego brakować, najpewniej zrekompensuję to sobie pływaniem, rowerem, czy spacerami po lesie, ale jedynym efektem chwilowego odstawienia będzie jeszcze większa przyjemność z biegu po powrocie.

Porównując biegowe profity do tych, które dostaje np. alkoholik, jak na dłoni widać, że mechanizm jest ten sam. Tak samo, jak po wódzie, po biegu czuję się lepiej, rośnie mi samoocena, problemy zdają się znikać. Podobnie, jak alkoholik, gdy mam chwilę wolnego, kombinuję, gdzie tu wyjść się poruszać; planuję biegi, treningi, myślę o startach, sprawdzam imprezy biegowe…

Mam na imię Krzysztof i jestem endorfinoholikiem.