Czy bieganie uzależnia (i dlaczego tak bardzo)?

Kilka tygodni temu zostałem poproszony o wypowiedź na temat biegania dla jednej ze stacji telewizyjnych. Co prawda stacja była z tych mniej poważnych (SuperStacja) a materiał kręcony był pod tezę, ponieważ jednak teza owa zbieżna jest z moją opinią na temat biegania, bez oporów powiedziałem, co na dany temat sądzę.
Pytanie brzmiało: „czy bieganie uzależnia”?

Odpowiedź jest prosta: otóż uzależnia jak jasna cholera. Tak samo jak wóda, prochy, papierochy, słodycze, seks i wszystko inne, co tylko może być dla człowieka nagrodą. Samo słowo „uzależnia” jest tu mocno niefortunne, ponieważ kojarzy się z czymś, czego nie potrafimy sobie odmówić; co odstawione powoduje duży dyskomfort. Biegacz na „odwyku”, np w trakcie kontuzji nie wpada w delirkę, nie robi się agresywny, nie wychodzi biegać pomimo ewidentnych zaleceń lekarza – więc przykładając tą miarę ciężko nazwać go uzależnionym. Z drugiej jednak strony coś go ciągnie do tego wysiłku, coś go mimo upałów, deszczu, czy temperatur minusowych wygania na podwórko i każe gnać przed siebie. Ponieważ nie-biegaczom, lub szerzej nie-sportowcom ciężko jest to zrozumieć, najłatwiej jest to wrzucić do worka z uzależnieniami.
No bo kto normalny z własnej woli wstanie w pół do piątej rano, by przed pracą zrobić 15 kilometrów?

Na początek zadajmy sobie podstawowe pytanie: po co człowiek biega?
Otóż na początku biega po to, by lepiej wyglądać. Najlepiej widać to wiosną, szczególnie tą późniejszą, gdy zaczyna się globalna akcja „boska sylwetka last minute”. Bieganie, szczególnie w swej początkowej fazie, to katorga, męczarnia i dobrowolne samobójstwo na raty. Nikt normalny nie wychodzi po całym dniu pracy tylko po to, by doprowadzić się do stanu krańcowego wycieńczenia. Normalny człowiek otwiera piwko/winko, odpala sobie jakiś film i spuszcza nagromadzone w ciągu całego dnia ciśnienie. Jeśli po dziesięciu/nastu godzinach wychodzisz zmęczyć się fizycznie to albo jesteś psychiczny, albo bardzo się sobie nie podobasz i desperacko chcesz to zmienić.
Ja wyszedłem biegać, ponieważ nie mogłem znieść swojego brzucha. Do tego kumpel wszedł mi na ambicję, bo biegał z jeszcze większym bębnem.
Taki był początek.

Pierwsze biegi są koszmarem, który znosi się tylko myślą o wynikach, o tym, jak zajebiście będzie się wyglądać, gdy uda się pozbyć tego, co przeszkadza, co było powodem do wyjścia z domu. Z czasem jednak pojawia się kolejny czynnik – mieszanina dumy i ambicji – bo oto nagle okazuje się, że już nie umierasz na drugim, czy trzecim kilometrze. Dystanse, które trzy tygodnie temu wydawały ci się równie abstrakcyjne co lot na Marsa, nagle są w zasięgu nóg. GPS w telefonie mówi ci, że na ostatnim treningu przebiegłeś 6km i  spaliłeś 400 kalorii. Całego pączka! Wiesz co to znaczy? To znaczy, że dokonałeś niemożliwego! Zrobiłeś coś, co wydawało się totalnie nieprawdopodobne. Pobiegłeś i nie umarłeś, choć umierałeś już tyle razy.
Wiesz co to znaczy?
To znaczy, że jesteś nieśmiertelny!

Granica nieśmiertelności to bardzo istotny moment, ponieważ od tej pory wpadasz w spiralę sprawdzania, ile mogę. Czy pobiegnę dalej? Dam radę dłużej? A może w upał? A może w deszcz? A może w mróz? A może o piątej rano? Ilość kombinacji jest przeogromna a ponieważ na każdym biegu można coś poprawić, zmienić, odkryć coś nowego, każde niemal wyjście kończy się poczuciem satysfakcji i zadowolenia. Każdy bieg niesie ze sobą nagrodę – wystarczy dać z siebie więcej i przyjemność będzie gwarantowana. Wszystko zależy od ciebie.

Po dwóch, trzech miesiącach dochodzi kolejny bodziec. Nawykłe do wysiłku ciało nie tylko wygląda lepiej, ale też „czuje się” lepiej. Codzienne aktywności typu podbiec do autobusu, zgiąć się, coś podnieść przestają być problemem. Pojawia się satysfakcja ze sprawności, ze świadomości, że gdy zajdzie potrzeba, możesz dać z siebie więcej. Czujesz się pewnej a przez to lepiej.

Mija trochę czasu i jak każda regularnie wykonywana czynność, bieganie wchodzi w krew. Już nie myślisz, po co biegasz, tylko zakładasz buty i wychodzisz – bo to oczywiste. Ludzie pytają cię, po co biegasz, a ty nie potrafisz im odpowiedzieć inaczej jak „a dlaczego ty NIE biegasz? Dlaczego siedzisz na dupie pracując na zawał z otłuszczenia? Weź wyjdź, poczuj jak to jest, gdy wpadasz w ten rytm, gdy zatracasz się w biegu, pracujesz jak dobrze utrzymana maszyna. Poczuj tą satysfakcję, poczuj tego endorfinowego kopa…”

Pierwszy start może nie idzie najlepiej, ale to uczucie płynięcia w wielotysięcznym tłumie zostaje w tobie na długo. Łapiesz smak prześcigania innych, ścigania się z samym sobą. Pamiętasz jak włosy stawały ci na sztorc, gdy kibice pozdrawiali was na trasie. Co prawda myślałeś, że zaraz umrzesz – ale przecież robiłeś to już tyle razy!  Teraz trzeba tylko mocniej przycisnąć, dać z siebie więcej i na kolejnym starcie będzie dużo lepiej.
Tylko od ciebie zależy, jaką nagrodę dostaniesz.

Nie pamiętam, gdzie zatarła się ta granica, ale dziś ciężko jest mi wyobrazić sobie życie bez sportu. Planując dni, myślę przede wszystkim, gdzie upcham jaki trening. Gdy kalendarz jest napięty – wstaję nad ranem, by choć trochę się poruszać. Gdy bolą nogi – trenuję co innego, byleby tylko nie siedzieć w miejscu. Dni regeneracyjne, tak bardzo potrzebne do prawidłowego funkcjonowania, robię sobie z rozsądku, żeby nie przegiąć, nie doprowadzić  organizmu do stanu, w którym powie „stary, przystanek na żądanie” – a nawet wtedy, tak jak dziś, myślę o tym, gdzie pobiegnę  następnego dnia.

Co mi dało/daje bieganie?
Przede wszystkim patrzę na siebie z coraz większym zadowoleniem, podobam się sam sobie. Znam swoje wady, mam swoje kompleksy, ale jest to niczym w porównaniu do dyskomfortu, jaki miałem ze sobą zanim zacząłem uprawiać sport. Bezpośrednim miernikiem tego sukcesu są spodnie, których kiedyś nie byłem w stanie zapiąć a dziś wymagają paska – w przeciwnym wypadku opadają zwisając na biodrach.
Prawdę mówiąc, do wymiany kwalifikuje się tak z pół szafy…

Czuję się sprawniejszy. Świadomość, że z miejsca, bez przygotowania jestem w stanie pobiec ponad 20 km robi mi bardzo dobrze na samopoczucie. Jestem dumny sam z siebie, że przełamałem swoje ograniczenia, pokonałem lenia, że robię coś ponad codzienny kołowrót praca/dom/komputer/telewizor.
Przełamanie fizyczne przekłada się też na psychikę – wiem, że skoro pobiegłem maraton, nie ma czegoś takiego jak „nie da się” – są tylko te rzeczy, których nie próbowałem, lub za mało się starałem.

Regularne uprawianie sportu sprawia, że czuję się lepiej. Bez względu na to, czy właśnie padła życiówka i adrenalina urywa mi głowę, czy też był to zwykły trening na utrzymanie kondycji, organizm dostaje swoją porcję endorfin. Jeśli jest to rano – jestem pozytywnie nakręcony na resztę dnia. Jeśli jest to wieczór – w biegu czyszczę głowę z nagromadzonych śmieci i zasypiam z poczuciem dobrze zakończonego dnia. W obu przypadkach czuję się lepiej, jak po dobrym, ciepłym prysznicu.

Bieganie, choć jak każdysport kontuzjogenne, nie niszczy organizmu i psychiki tak, jak alkohol. Nie zezwierzęca, nie upadla. Owszem, czasem po biegu czujesz się jak kłębek bólu, czasem nie możesz ustać na nogach i masz problemy z artykulacją słów – ale to przechodzi po pięciu minutach. Zamiast kaca masz zakwasy, ale w końcowym rezultacie nie niszczą one twojego ciała, lecz są cegiełką, z których budujesz formę.
Sportowy wysiłek, w odróżnieniu od wódy, fajek, czy prochów, czyni cię silniejszym.

Odstawienie od sportu nie wpędza w delirkę, nie czyni agresywnym. Jeśli już, to raczej wpędza w dołek – jak każda przymusowo odstawiona przyjemność. Nie ma jednak mowy o napadach szału, głodach, agresji. Biegowe uzależnienie jest absolutnie nieszkodliwe dla otoczenia.

Bieganie, jeśli czerpiesz z niego przyjemność, uzależnia. Nie jest to jednak uzależnienie w potocznym tego słowa rozumieniu. Nazwałbym to „miękkim” uzależnieniem – takim, którego chcesz, a nie takim, któremu musisz się poddać. Odstawienie biegania na tydzień, czy dwa w przypadku urlopu nie stanowi problemu. Owszem, będzie tego brakować, najpewniej zrekompensuję to sobie pływaniem, rowerem, czy spacerami po lesie, ale jedynym efektem chwilowego odstawienia będzie jeszcze większa przyjemność z biegu po powrocie.

Porównując biegowe profity do tych, które dostaje np. alkoholik, jak na dłoni widać, że mechanizm jest ten sam. Tak samo, jak po wódzie, po biegu czuję się lepiej, rośnie mi samoocena, problemy zdają się znikać. Podobnie, jak alkoholik, gdy mam chwilę wolnego, kombinuję, gdzie tu wyjść się poruszać; planuję biegi, treningi, myślę o startach, sprawdzam imprezy biegowe…

Mam na imię Krzysztof i jestem endorfinoholikiem.

Reklamy

Jedna myśl na temat “Czy bieganie uzależnia (i dlaczego tak bardzo)?”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s