święte krowy w leginsach

Od kilku dni biegowym środowiskiem wstrząsa oburzenie na buracko-cebulane zachowanie wilanowskich słoików, które to słoiki w napadzie egoizmu i totalnym braku zrozumienia dla sportowych emocji Warszawiaków zagroziły blokadą części trasy 35tego Maratonu Warszawskiego.
Histeria jest podobna do tej, która podnosi się przy jakiejkolwiek próbie rozmowy na temat Karola Wojtyły, czy Powstania Warszawskiego.
Biją naszych! Na koń! Za ojczyznę i nowe najki!

Cała rzecz rozbija się o to, że na kilka godzin zablokowana zostanie ulica Arbuzowa, która to ulica jest jedyną drogą dojazdową dla części mieszkańców. Innymi słowy, ludzie są uziemieni we własnych domach i jedyną opcją niedzielną jest kibicowanie albo spacer. Organizatorzy twierdzą, że wszystko było uzgodnione ze stosownymi służbami, administracjami  i  ja tym organizatorom wierzę. Rzecz w tym, że nikt tego nie uzgadniał z mieszkańcami…

Rozumiem wkurw mieszkańców Arbuzowej. Wziął człowiek  kredyt na grube lata, wypruwa się co miesiąc na  spłatę i nagle ktoś mu mówi, że nie wyjedzie w niedzielę z domu.
Ale zara, jak to? Jakim prawem ktoś mi mówi, że nie wyjadę w niedzielę z domu? Nie chodzi o to, że akurat w tą konkretną niedzielę zaplanowałem sobie pierdylion ultra- mega-ważnych spraw do załatwienia. Chodzi o to, że nikt mnie o zdanie nie zapytał. Zostałem potraktowany jak przemiot. Pasuje nam ta ulica –  to ją zablokujemy -pomyślał sobie urzędnik.  Nic dziwnego, że na tak bezduszne podejście do tematu  jeden z drugim się zirytował i powiedział: wy nas jak przedmioty –  to my was też! I chuj nas ten wasz maraton obchodzi! Nie liczycie się z nami – to my nie liczymy się z wami. Chcecie się bawić –  to się pobawimy…
I prawdę mówiąc, ja się takiemu podejściu wcale nie dziwię.
Ja je wręcz popieram.

Tak, jak lubię bieganie, tak nie znoszę głupoty. Głupota, brak pomyślunku budzą we mnie skrajną niechęć.  Jeżeli ktoś nie pomyślał – a moim zdaniem blokowanie jedynej drogi dojazdowej bez uzgodnienia z mieszkańcami jest bezmyślne – to choćby nosił na sobie cały outlet Asicsa, będzie baranem i nie będę go szanował. Po prostu.

Blokowanie drogi  na cztery godziny to pójście na łatwiznę. Przecież każdy wie, że biegacze nie będą tam przez bite cztery godziny cięgiem szurać w sznureczku jeden za drugim, tylko będą biegli falami. Co za problem postawić policjanta, który przyhamuje auto, gdy biegacze będą na drodze i puści, gdy zrobi się luźniej? Postawić po sztuce, na wjeździe i wyjeździe, niech się komunikują przez krótkofalówki, niech monitorują sytuację. Takie rozwiązania widziałem w Białymstoku, Krasnymstawie, na Wigrach – więc da się. Problem w tym, że się nie chciało, że się poszło po najmniejszej linii oporu. Bo po cholerę się wysilać, skoro można ludzi potraktować przedmiotowo?

Biegacze histeryzują, że to będzie hańba, blamaż i siara na świecie; jednocześnie sami nie przyjmują do głowy, że nie są świętymi krowami. Towarzystwo w lajkrach sprawia wrażenie, jakby było z innej gliny i całe miasto miało się do nich nagiąć. A ja się pytam z jakiej racji? Dlaczego w imię mojego pobiegania ktoś ma być udupiony na pół dnia? Skro płacę niemałe wpisowe za start, oczekuję, że organizator ruszy głową i pospina wszystko tak, by miało to ręce i nogi. Jak nie pospinał – to co? To, że jeden z drugim chce pobiegać, to znaczy, że można innych ludzi przestawiać jak meble?
Łatwo mi tak pisać, bo z okazji kontuzji nie pobiegnę w tegorocznym maratonie warszawskim ( a może pobiegnę? Zobaczę, jak będzie z samopoczuciem w piątek/sobotę) i nie będę się wściekał na wilanowskie arbuzy. Rzecz w tym, że to nie na mieszkańców Arbuzowej trzeba się wściekać, tylko na organizatorów, którzy poszli na łatwiznę i, nazwijmy rzecz po imieniu, w dupie mają ludzi, którym zablokują dojazd/wyjazd.

Ktoś odpowie „bo tak jest na całym świecie”. A ja odpowiem, że w takim Białymstoku dało się to puścić wahadłowo. Dało się też puścić ludzi jednym pasem jezdni, podczas gdy drugim jeździły auta i nikt nie zginął. Jasne, jest różnica skali imprezy, ale do cholery, Arbuzowa to nie jest pierwszy kilometr, gdzie tysiące ludzi wali szeroką ławą. Arbuzowa to już druga połówka i stawka zdąży się solidnie rozciągnąć. Nikt mi nie powie, że jedynym wyjściem jest totalna blokada drogi na cztery godziny (najszybszy biegacz dotrze tam dopiero po gdzinie). Dupa a nie blokada! Chyba, że mówimy o blokadzie głowy…

Rozumiem przedmaratonową napinkę, rozumiem emocje, rozumiem konflikt interesów i  dogadywanie się z tysiącem służb. Nie rozumiem  zachowania a’la święta krowa i prawdę mówiąc mam nadzieję, że coś się jednak na tej Arbuzowej wydarzy.
Bo prawda jest taka, że dopiero gdy coś pierdolnie, to w końcu jeden z drugim się zastanowi i na przyszły rok pomyśli.
Gdy nie wydarzy się nic – za rok będzie tak samo. Tylko bardziej.

Reklamy

Jedna myśl na temat “święte krowy w leginsach”

  1. Zauważyłem, że jako dobre przykłady podajesz same miasta z Polski Wschodniej i to te zlokalizowane nie dalej jak 50 km od granicy. Przypadek? Nie sądzę 😀
    A poza tym masz rację. Jak się wszyscy troszku z głową podsuniemy i profilaktycznie grzecznie powiemy „dzień dobry”, to wszyscy się pomieszczą i obędzie się bez pyskówek lub mordobicia.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s