Jak nie pobiegłem maratonu warszawskiego ( i poznańskiego też)

Piątek wieczorem. Dwa dni do maratonu warszawskiego. Znajomi biegacze na ostatniej prostej – ładowanie węglem, wysypianie, szykowanie – a ja siedzę popijając rum z colą i limonką.
Nie biegnę.

Dziesiątki treningów, grube setki wybieganych kilometrów, kilka większych startów i… głupia kontuzja nie wiadomo skąd. Choć w zasadzie wiadomo. Nie oszczędzałem się, dawałem z siebie na maxa, polubownie traktowałem regenerację i w końcu organizm powiedział „dość”. Co prawda w trakcie treningu nie czułem niczego niespotykanego, ból był taki, jaki zawsze jest przy dystansach 25+, ale gdzieś tam pod skórą zebrały się te mikrourazy, przeciążenia osiągnęły punkt krytyczny i ciach – pojawił się ból, który choć mały, od trzech tygodni nie chce przejść. Smarowałem toto, robiłem okłady z lodu, chodziłem w opasce kompresyjnej – wszystko na nic. Boli.
Nie jest to ból, który uniemożliwiałby bieganie – o co to, to nie – kilka razy nie usiedziałem na dupie i pobiegłem. Wiem jednak, że skoro nie przechodzi od trzech tygodni, to nie jest to jakiś tam sobie zwykły ból. Tam się naprawdę coś dzieje i nie ma co cwaniakować, bo może NAPRAWDĘ zacząć boleć.

Gdyby był to mój pierwszy maraton pobiegłbym bez zastanowienia. Emocje, ambicja –  to potworne siły i musiałbym chyba poruszać się o kulach, by nie pobiec swojego pierwszego maratonu. Ale jak to mawiają Angole „been there, done that” i wiem, że maraton, jakkolwiek może wydawać się banalny, bo teraz wszyscy biegają maratony, wcale nie jest takim hop-siup. To jest kawał zajebistego wysiłku. To jest wyzwanie dla zdrowego, wypoczętego organizmu. Bieganie z kontuzją, choć romantyczne i wpisujące się w konwencję sportowego poświęcenia mimo wszystko, jest –bardzo– głupie. Nie romantyczne, nie lekko nieodpowiedzialne, nie z deka szalone, tylko najzwyczajniej w świecie głupie –  bo to najkrótsza droga do rozpieprzenia się na długie miesiące.

Cholera mnie bierze.
Znajomi się ekscytują, organizują, umawiają – a ja stoję na uboczu tego. Stoję, bo nie biegnę a kibicować nie umiem. Nigdy nie ekscytowało mnie oglądanie sportu, bycie widzem. Cokolwiek mnie kręciło – chciałem w tym uczestniczyć. Sport jara mnie jako forma łamania samego siebie, przekraczania ograniczeń, podnoszenia poprzeczki – to jest źródło moich endorfin. Nie wyobrażam sobie, że miałbym stać na poboczu i dopingować tych, którzy robią to, czego ja robić nie mogę, choć bardzo bym chciał. Chyba by mi serce pękło, albo pobiegłbym z nimi na wariata i skończyłoby się wielomiesięczną rekonwalescencją.
Rozumiem kibicowanie po biegu, gdy sam jestem już „po” i noszony adrenaliną dopinguję finiszujących znajomych. Jest w tym jakieś poczucie wspólnoty, jakiś pierwotny, plemienny rytualizm. Jesteśmy w tym razem. Razem się umordowaliśmy i razem świętujemy. Kibicowanie „na sucho”… nie wyobrażam sobie tego i prawdę mówiąc, nie chcę próbować. Nie chcę tam być. Nie chcę myśleć o tym, jak bardzo chciałbym razem z nimi pobiec, jak bardzo chciałbym zdychać po trzydziestym kilometrze, ciągnąć się nawzajem, motywować…A na końcu czuć tą zajebistą ulgę, to rozpieprzające głowę uderzenie endorfin, że to już, że udało się, że zrobiłem to.
Może i o to w tym wszystkim chodzi… By odsunąć się trochę na bok, by ochłonąć, nabrać dystansu i pokory. Może to jest właśnie ten moment? Może musi zaboleć?  Może trzeba stracić dwa ważne maratony, by usiąść na dupie i przemyśleć swoje podejście? Może to wcale nie jest takie głupie –  cofnąć się do biegania po kilka km i od nowa zbudować formę, tylko nieco spokojniej, nie na wariata.

A może to zwykły zbieg okoliczności, do którego próbuję dorobić ideologię, żeby jakoś to wszystko zracjonalizować, nadać sens.
Może po prostu za długo siedzę w domu i szukam  trzeciego dna w zwykłym  sygnale ostrzegawczym od organizmu? Może trzeba pójść na crossFit i pieprznąć dwieście burpees żeby się w głowie poukładało?
Oto są pytania na najbliższy czas.
Nie biegam – więc posiedzę i pomyślę.
Mam czas…
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s