Jak zrobiłem 105 podciągnięć, czyli o braku rzeczy niemożliwych

Plan był banalnie prosty – sto podciągnięć na drążku. Każde puszczenie drążka to przerywnik w postaci dwadziestu brzuszków. Całość robiona bez przerw między ćwiczeniami.
Nauczony oświadczeniem wiedziałem, że każdy, pozornie prosty trening to wyżymaczka, co się zowie i lekko nie będzie (czy kiedykolwiek było?)
 Pikanterii dodawał jeszcze fakt, że w podciąganiu jestem zwyczajnie cienki.
Szykowało się sporo powtórzeń…

Na rozgrzewkę poszły trzy minuty skakanki, 50m chodzenia na czworaka, trochę rozciągania, 20 pompek i jeszcze 240 skakanek.  Po dziesięciu minutach byłem już solidnie spocony.

Pierwsze podciągnięcie poszło nieźle- 10 sztuk bez zadyszki. Drugie – znowu dycha. Trzecie – sześć – i tu zaczęła się równia pochyła. Od tej pory ciułałem po 5-6 podciągnięć – i z powrotem na podłogę dymać brzuszki. Do 66 doszedłem z jedenastoma „przerywnikami”, ostatnie powtórzenia robiłem po 3-4 podciągnięcia, na kości ogonowej miałem już zdartą skórę od brzuszków. Dotarło do mnie, że chyba porwałem się z motyką na słońce. Odpuściłem.

Ale zaraz? Jak to odpuścić? Miała być stówa – będzie stówa. Nie mogę robić brzuszków, to w ramach przerywnika będzie 100 skakanek i 10 burpees. Co to za odpuszczanie? Z powrotem na drążek! Raus!
Trzy minuty przerwy i znowu ciułanie, po pięć, po siedem podciągnięć. Dzięki dłuższym przerywnikom ręce odpoczywały co nieco – więc i na drążku wychodziło z tego jedno, dwa podciągnięcia więcej. Zanim jednak dobiłem do setki zrobiłem 600 skakanek i 60 burpees. Po 57 minutach i 27 sekundach Zeskoczyłem z drążka po raz ostatni. Na liczniku miałem 105 podciągnięć. Byłem tyleż dumny, co skonany.

Ponieważ po przekroczeniu granicy umordowania jest mi z reguły wszystko jedno, postanowiłem dorżnąć się na nowym RIGu. Na pierwszy ogień poszły toes to bar (wznosy nóg nad głowę w zwisie na drążku) w konfiguracji 21-15-9 z minutową przerwą miedzy powtórzeniami. Drugim i kończącym akcentem było 40 pompek z nogami na boxie (60 cm).
Byłem tak skotłowany, że miałem problemy z umyciem się pod prysznicem…

Jestem dumny z dzisiejszego treningu. To, że zrobiłem te 105 podciągnięć, to mniejsze halo. Duże halo to fakt, że pomimo chwilowego załamania nie odpuściłem i krok po kroczku wykonałem założony plan. Nie było że boli, że zmęczenie. Siłą woli pokonałem opór organizmu i z tego jestem za-je-bi-ście dumny. Zyskałem kolejny argument w wewnętrznych rozmowach, kolejną ripostę dla wewnętrznego głosu, kolejny knebel dla rozsądku.

Gdy znowu poczuję, że nie dam rady będę mógł sobie uczciwie powiedzieć:  Co ty pieprzysz, ojciec? Jakie nie dam rady? Wtedy dałeś – to i teraz dasz! Dupa w troki i z powrotem na drążek.
Rozsądek jest dla mięczaków!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s