Biegnij Warszawo 2013

W życiu nie widziałem takiego tłumu biegaczy…
Dość powiedzieć, że w momencie startu staliśmy jeszcze w kolejce do toi-toia, po czym zdążyliśmy zrobić swoje, dojść do pasa startowego i spędzić jakieś pięć minut w tempie procesyjnym do startu. Spodziewałem się, że będą tłumy, ale frekwencja przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Przez całą trasę, bite 10 km biegliśmy w tłumie tak gęstym, że były problemy z wyprzedzaniem, czy wymijaniem. Ponieważ do biegu podszedłem bez napinki na wynik, nie przeszkadzało mi to zbytnio, jeśli jednak ktoś nastawił się na robienie życiówki – czekała go nie licha frustracja.

W życiu też nie widziałem tylu ludzi nieprzygotowanych do biegu. Nie zdążyliśmy dobiec do Chełmskiej (czyli ok 1,5km)  a już pojawili się pierwszy maszerujący. Z czasem było ich co raz więcej a na piątym, czy szóstym kilometrze zobaczyłem pierwsza osobę ratowaną przez zespół medyczny. Z czasem minąłem jeszcze dwie a na koniec dowiedziałem się, że na mecie 30latek zszedł na zawał…

Dycha to bardzo zdradliwy dystans. Ludziom wydaje się, że dychę to każdy może przebiec; że dwie godziny to w zasadzie można ją przemaszerować. Jak widać nie każdy. Mijaliśmy rosłych facetów z solidną nadwagą, którzy ledwo dysząc człapali przed siebie. Kobiety, dziewczęta z biodrami jak kwiat żeglugi morskiej, które maszerowały od trzeciego kilometra. Rozumiem, że ludzie chcą coś sobie udowodnić, że chcą się sprawdzić, ale jeśli komuś przed połową dystansu zaczyna brakować sił, znaczy to tylko tyle, że zupełnie nie przygotował się do biegu i biorąc w nim udział zachowuje się po prostu głupio.

Bieg potraktowałem testowo – chciałem sprawdzić, jak zachowa się noga, która od czterech tygodni boryka się z lekką kontuzją. Trochę obawiałem się, czy nie wypadłem z formy, czy nie będzie niespodzianek…
Nic takiego. Okazało się, że formy nie traci się ot tak z tygodnia na tydzień. Biegło się lekko, rytmicznie, przyjemnie. Jedynym małym minusem była konieczność  biegu tempem rozgrzewkowym – a to z tej przyczyny, że biegłem w charakterze zająca-motywatora dla znajomej-znajomej, dla której był to pierwszy bieg w ogóle. Dziwnie się biegło… Nawykły do żyłowania ile fabryka dała musiałem co rusz hamować zapędy, ale udało mi się jakoś wejść w rytm. Inna kwestia to emocje ostatnich kilometrów, gdy prowadzi się człowieka na finisz, gdy wiesz, że to jego życiówka, największy dystans, najlepszy czas – jest w tym coś niesamowitego, gdy biegniesz, dopingujesz… „Ola, na pełnej kurwie, do wyrzygania!” – może nie jestem najlepiej wychowanym zającem, ale szczęście na twarzy Oli po przebiegnięciu mety pozwala mi wierzyć, że skutecznym 😉

Zadowolony jestem. Noga sprawdzona i jest lepiej niż było. Pierwsze szlify zającowskie zaliczone. Do tego pyszny kebab na rogu Niedpodległości i Odyńca – żyć nie umierać.
No i biegać. Nie spać. Biegać…
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s