Poza klasyfikacją

Lubię się zatracić.
Cokolwiek robię, lubię robić to na maxa. Nie przemawia do mnie mozolna „praca u podstaw”. Lubię rzeczy spektakularne, z hukiem – tylko wtedy czuję, że coś się dzieje naprawdę. W sporcie przekłada się to niechęć do treningów poukładanych, lekkich, regeneracyjnych, czy zwyczajnie dobrych. Nie. Dobry trening to taki, po którym czuję się wyżęty jak szmata do podłogi i trzęsą mi się ręce pod prysznicem.
Takie treningi lubię. Innych nie szanuję.
A to błąd.

Kontuzji łydki dorobiłem się brakiem umiaru. Każdy trening, na który wychodziłem musiał mieć „coś ekstra” – lepszy czas, większy dystans, trudniejsze warunki pogodowe, wariacka pora dnia – cokolwiek, byleby by to nie był „zwyczajny” bieg. Nie interesowały mnie „średnie” wyniki – zawsze musiało być wyjątkowo, zawsze coś więcej.
Świadomie ignorowałem ból.  „No pain, no gain” powtarzałem sobie w duchu. Naczytawszy się Scotta Jurka, czy Chrissie Wellington miałem w głowie obrazy ludzi, którzy biegli pomimo złamań, czy lejącej sie krwi. Wersję ekstremalną przyjąłem jako oczywistą, „że tak w tym sporcie jest”, że nie ma miękkiej gry, że musi boleć. Więc bolało a ja ten ból ignorowałem – zlewałem się z nim i przestawało boleć.

Łokcia tenisisty dorobiłem się dokładnie w ten sam sposób. Nie mogąc biegać z powodu kontuzji nogi, całą energię przelałem na trening „góry”.  Progres był nieprawdopodobny.  Pompki w staniu na rękach, setka podciągnięć – rzeczy, o których do tej pory mogłem pomarzyć nagle zaczęły mi wychodzić. Rozochocony robiłem benchmarki, TABATY, półtorejgodzinne sesje, w trakcie których doprowadzałem się na granicę zmęczenia – wszystko po to, by sprawdzić, czy nie dam rady jeszcze więcej.  Sprawdzanie, gdzie leży granica stało się moim nałogiem. Każdy, nawet najmniejszy progres dawał nieprawdopodobnego kopa. Samopoczucie i samoocena szybowały w stratosferę a ja chodziłem pijany nieustannym sukcesem.
Aż w końcu znalazłem tą granicę.

Najpierw byłem wściekły.
Później próbowałem to wszystko jakoś zracjonalizować.
Aż w końcu rozumiałem, gdzie był błąd.

Gdzieś tam wyczytałem, że „jesteś tak dobry, jak twój ostatni trening” i ponieważ brzmiało to nieźle, przyswoiłem to sobie bez głębszego zastanowienia.  Z radością wskoczyłem w błędną spiralę nakręcenia i niezadowolenia. Nakręcałem się, gdy coś mi wychodziło i wkurzałem, nie wtedy, gdy nie wychodziło (wtedy miałoby to jeszcze jakiś sens) ale wówczas, gdy robiłem normalny, solidny trening. Bo co to znaczy? Że jestem tylko solidny? Do cholery, nie chcę być solidny, chcę być zajebisty – więc na kolejnym treningu doprowadzałem się do skrajnego upodlenia i czułem się zajebiście.
Do czasu kolejnego „porządnego” treningu.

Założenie, że ” jesteś tak dobry, jak twój ostatni trening” jest głupie. Totalnie głupie. Do imentu.
Jest to jeden z tych komunałów, które dobrze sprawdzają się w książkach, powiedzonkach, czy powtarzanych przez podwórkowych twardzieli sloganach, ale ni cholery nie przystają do codziennej praktyki. Bo w codziennej praktyce nie jesteś supermanem. Chodzisz do pracy, masz obowiązki, rodzinę, bywasz przemęczony, podatny na wahania ciśnienia – jest pierdylion czynników, które sprawiają, że nie wespniesz się na szczyt swoich możliwości.
I co, skoro nie możesz pobić rekordu, to znaczy, że nie ma sensu ćwiczyć? Że wolno deprecjonować swój wysiłek?

To jest tak durne, że aż się wierzyć nie chce, bo idąc tym tropem myślowym, skoro Rolling Stonesi wydali kilka słabszych albumów to są przeciętnym zespołem rockowym?
Znaczy się, że „Satisfaction”, czy „Paint it black” są do wyrzucenia na śmietnik?
No bez żartów…

Moim ulubionym zawołaniem było „rozsądek jest dla mięczaków”. Niestety, rozsądek jest dla tych, którzy chcą czerpać radość ze sportu. Jasne, zaraz ktoś przytoczy przykład (bodajże) Francuza, który codziennie robi ironMana, czy innej babki, która codziennie biega maraton. Fajne to i spektakularne, tylko, jakim kosztem? Póki co oboje są zdrowi, ale pamiętajmy, że „dopóty dzban wodę nosił…”

Mi też się wydawało, że jestem niezniszczalny, że progres będzie nieprzerwany, że nieustanne sprawdzanie swoich granic będzie uchodziło mi płazem (w końcu uchodziło przez tyle miesięcy) – aż okazało się, że dupa blada, że nie da się bez przerwy balansować po krawędzi, bo się któregoś dnia człowiek z niej zwyczajnie spieprzy.

Lekcja ostatnich miesięcy jest taka, że nie da się na dłuższą metę jeździć po bandzie. Najlepiej jest wypieprzyć wszystkie książki o bieganiu, zapomnieć wszystkie slogany, przestać nastawiać się na wyniki i zająć się czerpaniem przyjemności.
Przede wszystkim przestać robić sobie ciśnienie. Ciśnienie na efekty, rekordy, czasy, dystanse. Przestawić w głowie zakładkę „wyniki” na zakładkę „przyjemność” i nie uzależniać jednego od drugiego. Zapomnieć o opcji „lepszy/gorszy”. Wypieprzyć całe wartościowanie, dzienniki treningowe, plany, ambicje.
 
Wyresetować to wszystko w pizdu i zacząć od nowa.
Dla zwykłej, czystej przyjemności.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s