Sześciopak w godzinę

Od dłuższego czasu węszyłem podstęp. Wewnętrzny głos mówił mi, że musi w tym być jakaś ściema, że to niemożliwe, by normalny, prowadzący siedzący tryb życia człowiek, miał sześciopaka jak modele z okładek kolorowych magazynów.
Nie kleiło mi się to.

I nagle jebudu – buszując po sieci trafiłem na dwa artykuły, które potwierdziły moje podejrzenia. Tak – sześciopak w miesiąc to bujda na resorach. Internety kłamią… Jak żyć? Do czego dążyć? Jakie cele sobie stawiać?
Chwila nieuwagi w sieci i wszystko na marne…

Pewien dziennikarz (90 kg wagi, sylwetka taka sobie)postanowił przeprowadzić eksperyment.  Najpierw zrobił foto „przed zmianą”, po czym ogolił się, zrobił parę pompek, kilka podciągnięć, ustawił lepsze światło w pokoju i zrobił fotkę „po transformacji”.
Efekt jest nieprawdopodobny.
Zresztą –  sami popatrzcie.

Patrzę na te zdjęcia i oczom nie dowierzam. Z jednej strony normalny facet, jakich tysiące na ulicach, z drugiej model z magazynu dla pań. Model z dziewiętnastoma procentami tkanki tłuszczowej.
Nie-do-kurwa-wiary..

Podobny eksperyment przeprowadziła instruktorka kettli. Dziewczyna żyje ze sportu – więc normalne, że ciało ma jak z obrazka. Zrobiła sobie dwie foty – rano i wieczorem (a raczej wieczorem i rano, bo obydwa zdjęcia dzieli 10 godzin snu) i efekt jest taki, że nie mam słów.

Na ujęciu wieczornym widać normalnie zbudowaną, zdrową babkę, zaś foto poranne, mówiąc kolokwialnie, urywa dupę przy samej szyi.

Więc jak to jest do cholery z tym sześciopakiem?

Zacznę od krótkiej anegdoty sprzed jakichś dwóch tygodni.
Przed wizytą u fizjo wyskoczyłem sobie na trening. Ponieważ były to pokontuzyjne początki, trenowałem głównie cardio  – box jumpy, skakanka, pistolsy, piłka lekarska, brzuch – taki sofcik lajcik, żeby powoli przygotować organizm na grubsze historie.  Żadnego drążka, sztangi, kettli – nic z tych rzeczy.
Wchodzę do fizjo, kładę się na stół i słyszę:
– A ty spompowany dzisiaj jesteś…
– Ale jaki spompowany, przecież głównie biegałem i skakałem…
– A pompek dziś nie robiłeś?
– Nie, raptem kilka burpees
– O widzisz, kilka burpees a ręce masz napompowane, że nie mogę się do mięśnia dostać – tak jest wszystko napuchnięte…

To mi znowu przypomniało inną anedgotę, a w zasadzie wspomnienie z czasów siłownianych, jak to w piątkowe wieczory towarzystwo robiło głównie bica i klatę – bo trzeba się spompować przed imprezą. Bo wiesz, potem przytulasz lalę i ona to wszystko czuje…

No, ale dość już tych anegdot. Wracamy do sześciopaka.
Wiemy już, że nic tak dobrze nie robi jak małe pompowanko. Mięśnie dostaną kopa, wybiją się spod skóry – i ciach + 3 do lansu odhaczone.

Jak wygląda człowiek po całym dniu – wszyscy wiemy. Nawet instruktorki fitness po całym dniu wyglądają…jak po całym dniu. Nie ma co się bujać – jemy, pijemy, puchniemy, gazy chodzą nam po organizmie i w efekcie człowiek robi się coraz bardziej obły.
Znowuż rano, organizm przetrawił wszystko, co miał do przetrawienia, wodę wchłonął, jest wyposzczony, mięśnie skórą obciągnięte – wygląda jak młody bóg.
Nic, tylko focie trzaskać.

Nieraz mnie zastanawiało, jak to jest, że wychodząc rano spod prysznica patrzę na siebie z zadowoleniem, zaś wieczorem, rozbierając się do snu wolałbym na siebie nie patrzeć. Albo na kacu –  o wtedy to wyglądam jak Apollo niemalże. Odwodniony, odchudzony, co prawda zdziebko zielonkawy na twarzy, ale do cholery, widzę ten pieprzony sześciopak. Na swoim brzuchu!
Znaczy się warto było popić 🙂

O tym, jak ważne jest oświetlenie wie każdy, kto pracował w reklamie/fotografii/filmie/makijażu –  słowem wszędzie tam, gdzie oszukuje się innych ludzi. Światło doda dramatyzmu, światło odmłodzi, światło wyzwoli cień, który ze zwykłych mięśni stworzy kamienne buły. Przypomnijcie sobie zakupy z Allegro, jak wiele można spieprzyć kiepskim zdjęciem ze starej Nokii i jak byle chłam staje się atrakcyjniejszy w odpowiednim ujęciu i świetle.
To my jesteśmy takim produktem .

Warto jeszcze wspomnieć o dwóch kategoriach ludzi
Pierwsza to ludzie o super genach – tacy, którzy nie tyją. Wszyscy ich znamy, wpieprza taki na hałdy i nic po nim nie widać. Ani grama sadełka. Nic.
Nienawidzimy ich serdecznie. Niech giną w mękach.

Druga to ci, którzy mieszkają na siłowni. Instruktorzy, albo fanatycy. Jedni i drudzy cały czas żyją sportem, więc dobrą sylwetkę mają niejako z automatu. Nie da się latami ćwiczyć dzień w dzień i nie wyglądać dobrze. Nie wierzę w to.

Jedni i drudzy sześciopaka mogą robić z marszu. Chudzi – bo jakkolwiek małych mięśni by nie mieli, będą u nich super widoczne (bo nie przykrywa ich pierzynka z tłuszczu); sportowe freaki -bo żyją sportem i są świetnie „zrobieni” na co dzień.

Co jednak ma zrobić ten bidny Kowalski, który dojeżdża do pracy godzinę w jedną stronę, zawozi dzieci do przedszkola, pracuje po godzinach i wieczorem jest tak zjebany, że marzy jedynie o zimnym browarze i jakichś głupotach w telewizji? Dla Kowalskiego mamy „sześciopak instant”:  Budzimy się, robimy kupę (po opróżnieniu kiszek brzunio będzie jeszcze bardziej płaski) NIC NIE JEMY I NIC NIE PIJEMY, robimy szybki trening, kto potrzebuje- goli co tam ma do ogolenia – i wio, jedziemy z aparatem.

I jak, nie lepiej?

Nie dajmy się zwariować tym wszystkim fotkom-samojebkom, czy innym sesjom z magazynów. Owszem, fajnie mieć kaloryfer na brzuchu, ale też trzeba mierzyć siły na zamiary. Głupotą jest oczekiwać od siebie sylwetki modelki, gdy prowadzi się siedzący tryb życia. Tym bardziej, że te modelki – i nie mówię tu o wieszakach/kościotrupach, tylko modelki fitness – odwadniaja się przed sesjami. Nie pamiętam już gdzie czytałem wywiad z taką modelką, która otwarcie przyznała, że trzy dni przed zawodami nie pije prawie nic. NIC. Doprowadza się toto na skraj odwodnienia, malują ją, robią foto a w efekcie tysiące babek zarzyna się i wpada w kompleksy, bo przecież „skoro ona może tak wyglądać – to i ja mogę”.
Chore, nieprawdaż?

Dwa lata temu biegnąc wzdłuż Dolinki Służewieckiej zobaczyłem billboard z hasłem „Sezon 2013 zaczyna się już dziś”. Był wrzesień, pogoda cudna i nikomu w głowie nie było robienie sześciopaka  (chyba, że mówimy o browcu na plantach). Tymczasem to hasło jest bodaj najprawdziwszym, jakie kiedykolwiek widziałem/słyszałem.

Sezon zaczyna się dziś.
No dobra, od jutra rano.
Od słit foci 😉

Reklamy

O odchudzaniu po raz kolejny (i na pewno nie ostatni)

Ponieważ „sport a odchudzanie” to absolutny i niekwestionowany temat nr 1 całej okołosportowej publicystyki,  obrósł on tyloma opiniami i teoriami, że połapanie się w nich to zadanie przerastające zwykłego śmiertelnika. Dlatego też nie mam najmniejszego zamiaru porywać się na jakąkolwiek ich klasyfikację, czy syntezę.
Dziś sprzedam wam kilka ciekawostek.
Ot tak, po prostu.

Najpopularniejsza „sportowo-odchudzaniowa” teoria mówi, że „tłuszcz spala się w ogniu węglowodanów”. Po przełożeniu z polskiego na nasze brzmi to mniej więcej tak: przez pierwsze 20-45 minut wysiłku organizm zużywa cukry, które ma pod ręką (najłatwiej z nich wyciągnąć energię) a dopiero, gdy skończy mu się łatwa energia, sięga po tłuszcz.
Już sam rozrzut czasowy daje tu do zastanowienia.
20-45 minut? Nie za szerokie te widełki?

Gdyby zastosować tą logikę do treningu typu TABATA, który w ciągu czterech minut potrafi doprowadzić do stanu przedzawałowego, trzeba by stwierdzić, że z fitnessowego punktu widzenia jest on bezużyteczny. Tymczasem prawda jest diametralnie inna. Rozkręcony do absurdu organizm wchodzi w tryb awaryjny i spala wszystko, co ma pod ręką. Podwyższony metabolizm utrzymuje się przez ok 1,5 godziny po skończonym treningu – a to oznacza, że tłuszcz spala się sam np. w trakcie jazdy autobusem do domu, albo podczas oglądania ulubionego serialu.
Fajnie? Pewnie że fajnie! Tylko trzeba najpierw przeżyć trening 😉

Jakby tego było mało, trening stricte siłowy ma jeszcze inną „filozofię” spalania tłuszczu. Jak wszyscy wiemy, rosnące bicepsy to nic innego jak zabliźniająca się tkanka mięśniowa. Blizna na bliźnie. Jedna wielka „blizna mięśniowa”.
Żeby te blizny wytworzyć organizm potrzebuje energii. A skąd ma ją wziąć? Ano z tego, co ma pod ręką (odżyweczki, gainerki, te sprawy…) a jak nie ma – to pali sadło – bo skądś musi wziąć paliwo do regeneracji.
Fajnie?
No ja myślę 🙂

Zabrałem kiedyś na crossFit pulsometr, żeby sprawdzić, ile kalorii spala się w trakcie standardowego WODa.  Wynik był całkiem niezły – wyszło tego jakieś 700kcal, czyli tyle, ile w trakcie godziny truchtania średnim tempem. Dużym zaskoczeniem były dla mnie wahania w spalaniu kalorii. Ćwiczenia cardio – biegi, skoki na pudło i wszystko inne, co wpędza organizm w delirkę, utrzymywały stałe 170 uderzeń serca na minutę (a co z tym idzie stosowne spalanie kalorii), natomiast w trakcie ćwiczeń siłowych, tętno spadało do 100-110 uderzeń, co miało bezpośrednie przełożenie na obniżone spalanie. Już wtedy wydało mi się to cokolwiek podejrzane – bo niby jakim cudem palące od planka mięśnie brzucha, czy gotujące się od pistolsów czworogłowe potrzebują   mniej energii, niż takie np pajacyki, czy burpees?
W czym lepsze jest cardio od siłówki?

Rzecz jasna – to nie kwestia tego, co jest lepsze a co gorsze, tylko tego, że pulsometr, jak sama nazwa wskazuje, mierzy puls, ergo nie jest narzędziem do mierzenia wysiłku stricte mięśniowego. Świetnie radzi sobie z przeliczaniem wagi i uderzeń serca na pokonany dystans, ale jest kompletnie bezradny wobec pytania „ile spaliłem biorąc wór ziemniaków w martwym ciągu”.

Mając na uwadze różnorodność bodźców, rodzajów i faz metabolizmu; wiedząc ile czynników wpływa na treningowe spalanie (i jak różne są na ten temat teorie) liczenie kalorii spalonych w trakcie treningu mieszanego (siła/cardio) to w dużej mierze wróżenie z fusów.

Co zatem robić?
Najlepiej to samo, co do tej pory – tylko szybciej, dalej i więcej.
A przynajmniej nie mniej.

Jeszcze biegacze, czy już wariaci?

– no i jak maraton?
– słabo
– to znaczy jak?
– no 4:03
– no to zajebiście!
– ee tam zajebiście, chciałem złamać czwórkę a tu dupa. Pieprzone trzy minuty..

Każdy z nas zna te rozmowy. Każdy je słyszał, połowa pewnie sama tak mówiła. Planował człowiek jakiś czas, robił sobie nadzieje, wiązał się z nimi emocjonalnie – a tu nie wyszło. Mniejsza o powody, po prostu nie wyszło. I złość, i frustracja, poczucie porażki na całej linii. Osoba postronna spojrzy, posłucha i pomyśli „chyba na głowę upadł” – a dla biegacza to dramat. Te nieszczęsne trzy minuty stają się ważniejsze, niż trzy centymetry.

– no i jak tam bieganie, nic nie boli?
– wszystko w porządku, w weekend pobiegłem czternastkę i noga nawet nie pisnęła
– 14km? No ładny dystans!
– eee tam, takie treningowe pitu pitu. Trzy miesiące temu od niechcenia tyle robiłem…

Gdy rozmawiam ze znajomymi biegaczami, odnoszę czasem wrażenie, że żyjemy w jakiejś bańce absurdalnych ambicji. Dystanse, które normalnego człowieka wysłałyby na tamten świat traktujemy jako normalne jednostki treningowe. Nie mówię tu już nawet o freakach, dla których 4:50 to spokojne tempo „truchtacze” a dystanse (tu pozwolę sobie na cytat – pozdrowienia dla Adama)  klasyfikują się jako krótsze = 20-30 km, średnie 30-50, długie – 50 i więcej .
Byle biegacz z rocznym stażem, robi piętnastkę „ot tak, żeby nie wyjść z wprawy” a weekendowe dwie dychy z hakiem to w zasadzie norma.
Zaraz, zaraz. Napisałem „norma”?

Spróbujmy spojrzeć na temat w miarę obiektywnie. Pamiętacie szkolne bieganie na tysiąca, czy 800metrów? Jakie to były wyniki? Jakie samopoczucie? Ja pamiętam doskonale, jak umierałem dymając kółka wokół boiska do nogi. Z resztą, nie trzeba robić wspominkowych wykopalisk, wystarczy cofnąć się o dwa lata, do pierwszego „dorosłego” biegania. Niecałe półtorej km w piętnaście minut, mdłości, chóry anielskie – wszystko było, wszystko pamiętam doskonale. A potem pierwsza piątka, siódemka, ósemka, dycha, słodki Jezu, jestem niezniszczalny… Ale to później, bo na razie takie zakwasy, że nogi z dupy urywa. Nawet nie myślę o dziesiątce, moim marzeniem jest nie krzywić się z bólu podczas wstawania z sedesu…

Pracowałem kiedyś z chłopakami, którzy dość regularnie grali w nogę – dwa razy w tygodniu solidny, półtoragodzinny meczyk. Swoje biegali, a mimo to moje dyszki czy piętnastki były dla nich nie lada wyczynem. Dla mnie nie było to nic specjalnego, bo myślami tłukłem maratony w 3:30 a w marzeniach podszczypywałem w zadek samą Crissie Wellington. Nie przyszło mi do głowy by usiąść i się nad tym zastanowić. Szkoda było czasu na myślenie, liczyło się dymanie kilometrów. Tymczasem, gdy człowiek usiądzie i się zastanowi…

Jak się człowiek chwilę nad tym zastanowi, to wychodzi na to, że się nam, biegaczom zdrowo w głowach pomieszało, że zgubiliśmy zdrową ocenę rzeczywistości i żyjemy mieszanką marzeń i ambicji. Mocno zdradliwą mieszanką. Bo co to znaczy, że ktoś po roku, czy dwóch biegania robi sobie wyrzuty, że pobiegł maraton kilka minut poniżej zakładanego czasu? Wyrzuty takie może sobie robić zawodowiec, który cały swój czas poświęca budowaniu kondycji a nie ktoś, dla kogo bieganie jest formą spędzania wolnego czasu. W ogóle co to za pomysł, robienie sobie wrzutów, bo nie pobiegłem na zakładany czas. Do cholery, człowieku, przebiegłeś 42 kilometry – dystans, na myśl o którym większość ludzi puka się w głowę. Zresztą mniejsza o ludzi. 42 kilometry to prawie dwukrotność dziennego zapotrzebowania na kalorie wypalona w  1/6 doby. Przez kilka godzin biegniesz z sercem w gardle, tętno świruje, nogi dygoczą, organizm pracuje w trybie „japierdolęumieram” a na koniec ma sobie człowiek za złe, że zabrakło mu kilku minut.
Co za absurd!

Mam wrażenie, że wraz z popularnością biegania wkładany weń wysiłek uległ zrelatywizowaniu. 10km w godzinę? Pfff, też mi coś. Nie ważne, że dychę to robi nasza kadra piłkarska w ciągu półtoragodzinnego meczu (z przerwą!). Dycha w godzinę to tak sobie, lipka panie. Półmaraton w dwójkę, maraton w cztery? Mogło być lepiej… W zasadzie ten maraton to też nic wielkiego, bo teraz co drugi biega maratony. Ultra jakieś, stówka po górach – no tak, jest o czym pogadać, a nie jakaś tam dycha za dychę…

A propos ultra – zauważam ciekawy trend wśród swoich biegających znajomych. Coraz więcej osób zaczyna brać udział w biegach powyżej 42km. Dystans królewski przestał wystarczać, został oswojony na tyle, że zrobił się zwyczajny, udomowiony jak pies, czy kot. Przestał być wyzwaniem – bo w sumie co to jest maraton? Ot, takie dłuższe wybieganie, trochę bardziej na czas, z mniejszą lub większą napinką, ale już bez chórów anielskich, bez szału.
Dupy nie urywa.

Daleki jestem od oceniania tego trendu – każdy biega tak, jak czuje się na siłach. Zresztą, sam mam spore doświadczenie w porywaniu się na rzeczy absurdalne, więc jestem ostatnią osobą do komentowania takich zachowań 😉 Ciekawi i na swój sposób fascynuje mnie, jak szybko relatywizuje się wysiłek. Jak dystanse powszechnie uważane za ekstremalne (bo 42km biegiem to JEST ekstrema, nikt mi nie powie, że to normalne) nagle się relatywizują, powszednieją. Jak pięknie się nakręca ta spirala doznań krańcowych.

Był taki czas, że na dychę to mi się wychodzić nie chciało – szkoda przepacać ciuchy na takie drobiazgi. Jak już trenować – to porządnie – niech to będzie jakiś konkret a nie fiu-bździu. Czas powyżej 2 godzin na 21 km uważałem za „taki sobie”, dobry maraton zaczynał się poniżej czwórki.
Bzdura jak Cie mogę.

Nie wiem, czy to kwestia kultury, w której żyjemy, nieustannego porównywania się do lepszych, śrubowania standardów; czy też typowe dla każdej grupy wzajemne się nakręcanie, ale mam wrażenie, że nie biegniemy przed siebie, tylko zapierniczamy wzdłuż jakiejś spirali dalej-więcej-szybciej. Robimy sobie ciśnienie, napędzamy ambicje, robimy jakieś wariackie plany, żeby pierwszy bieg pyknąć w czasie „co najmniej przyzwoitym” zapominając o tym, jak wielki jest to wysiłek. Większość z nas prowadzi siedzący tryb życia (na dupie spędzamy minimum 8h dziennie) a potem wychodzimy z biur, rwiemy na łeb na szyję fundując ogłupionemu organizmowi  jesień średniowiecza i  jeszcze sie irytujemy, gdy biedaczysko nie nadąża za rozpędzoną ambicją.
No ale jak to?

Pamiętam, jak tłumaczyłem żonie, że niesprawiedliwe jest deprecjonowanie swojego wysiłku, tylko dlatego, że ktoś pobiegł dalej/szybciej; że jej truchtana ósemka to o całe osiem więcej od milionów ludzi, którym brak siły by podnieść dupsko sprzed telewizora/komputera. Jasne, nie ma co się porównywać do tych, którzy nie startują, ale jeszcze większą głupotą jest równać do tych, którzy w imię czasu/dystansu poświęcają swoje życie, czasem zdrowie, podczas gdy samemu biega się dla frajdy w wolnym czasie.

Prawdę mówiąc, najlepiej nie równać do nikogo, tylko robić swoje.
Biec tak, jak nogi poniosą – raz lepiej, raz gorzej.
Ważne żeby biec.

 

 

 

Po kiego grzyba?

W trakcie niedawnej dyskusji usłyszałem ciekawe pytanie: „Czemu służy bieganie maratonów, ile razy w roku potrzebna nam jest ta umiejętność?”. Odruchowa odpowiedź biegacza brzmi :  „Jak to czemu, przecież to oczywiste” – ale jak się człowiek nad tym chwilę zastanowi, to wcale nie jest to takie oczywiste. Nieraz pokpiwałem sobie z siłowni, jako konkursu piękności dla panów i niemających żadnego przełożenia na codzienność ruchów izolowanych, toteż wypadałoby równie krytycznie przyjrzeć się bieganiu.
Będzie bolało – ale co tam – nie ma mientkiej gry!

Podstawowe pytanie brzmi: po cholerę człowiek biega maratony? Przecież to ani zdrowe, ani przydatne. Tak po prawdzie, to jest zajebiście ryzykowne igranie ze swoim ciałem. Człowiek, który 2/3 swego życia spędza albo leżąc albo siedząc (mówimy tu o standardowym mieszczuchu, praca biurowa, skurcze nadgarstków, lekkie skrzywienie kręgosłupa – wiecie, o co chodzi; zawodowców, pół zawodowców oraz kompletnych świrów zostawmy w spokoju, niech sobie biegają) wychodzi z domu i biegnie przez te 42km po asfalcie. Pół biedy, gdy jest do biegu przygotowany, swoje wybiegał i rozsądnie mierzy siły na zamiary. Bądźmy jednak szczerzy – czy można w ogóle mówić o rozsądku w sytuacji, gdy przez 4 godziny biegnie człowiek z prędkością, powiedzmy 10km/h, albo 13, a czasem nawet 14-15km/h.
Gdzie w tym sens? Gdzie logika? Po co to?

Na mój rozum, to bieganie maratonów nie ma sensu. Wiem, bluźnię, ale poważnie, nie widzę sensu w dymaniu 42km po asfalcie. Żadnego, poza jednym. Chciałem napisać „malutkim”, ale w wielu znanych mi przypadkach, jest to argument kluczowy.
Ambicja.

Chęć sprawdzenia się to wg mnie podstawowy powód ciągnący ludzi do maratonu. Najpierw ma to smak igraszek ze śmiercią: czy dobiegnę, czy dam radę? Inni dają, ale czy ja dam? Czy okażę sie równie twardy, czy może jestem mięciutki, jak jajeczko na śniadanie? A może jestem twardy? Może twardszy od innych? Trzeba pobiec, trzeba się sprawdzić.
Gdy się już pobiegnie raz, gdy okaże się, że od tego człowiek nie umiera, włącza się chęć poprawienia dystansu, sprawdzenia, czy można szybciej, lepiej. Człowiek to zwierzę rywalizujące, porównujące, sprawdzające. Nie oceniam tego, bo tak nas natura ukształtowała. Można to lubić, nie lubić – ale to tak samo, jak nie lubić faktu, że raz jest słońce a raz deszcz.
Bez sensu.

Uczciwie przyznam, że sam jest zwierzęciem MEGA rywalizującym. Głównie z samym sobą. Uwielbiam sprawdzać, co mogę, ile dam radę i z każdego kolejnego progresu cieszę się, jak dziecko z nowej zabawki. Nie zmienia to jednak faktu, że gdy sie kwestii przyjrzeć na chłodno to nie widzę sensu w bieganiu maratonów. Poważnie.

Jestem w stanie zrozumieć „maratonowanie zwiedzające” – jeżdżenie po różnych krajach/miastach i oglądanie ich w trakcie biegu. Co prawda w trakcie takiego biegu zobaczy człowiek niewiele, szczególnie jak pruje na jakiś bardziej wyśrubowany czas, ale jest w tym jakiś element wycieczkowy, można zostać trochę dłużej, pokręcić się po okolicy, coś zobaczyć – ok, to ma dla mnie jako taki sens, choć prawdę mówiąc, równie dobrze można pojechać bez biegowego pretekstu  😉

Mają dla mnie sens różnego rodzaju biegi przełajowe. Ba, są to moje ulubione biegi. Poganiać po lesie, nawdychać się powietrza, zmęczyć się, piwko po biegu wypić – tak, to jest zdecydowanie rozrywka dla mnie. Ale żeby od razu maraton?
No nie. Jakbym nie kombinował, to nie jestem w stanie odnaleźć w bieganiu maratonów sensu innego, jak rywalizacja z innymi i sprawdzenie siebie samego.

Dobra, sensu w tym brak – ale może chociaż się to do czegoś przyda?
Pomyślmy, w jakiej życiowej sytuacji przyda się człowiekowi umiejętność przebiegnięcia 42 kilometrów.
Hmmm…

Forsowny trucht przez stepy Mongolii?
Masowe migracje w czasie wojny?
Ucieczka przed kulawym, acz bardzo krewkim psem?
No sorry, ale nie składa mi sie to do kupy. No ni cholery.

Co to znaczy, że jesteś w stanie przebiec maraton?  Znaczy tyle, że w sytuacji ekstremalnej jesteś w stanie wydusić ze swoich nóg/płuc/serca absurdalną ilość energii. Niestety, energii kompletnie nieprzydatnej, bo w normalnym, codziennym życiu nie ma takich sytuacji, które by tej energii od ciebie wymagały. Jest to sztuka dla sztuki. Robisz maraton w 3h? Świetnie – pogratulować samozaparcia i poświęcenia – ale do czego się to w życiu przyda?

Argument, że jest to jakiś tam miernik wysportowania jest nie do końca trafiony. Czy fakt, że ktoś robi  200 pompek oznacza, że jest bardzo silny? Nie. Jest wytrzymały a przy okazji świetny w robieniu pompek. Tylko pompek. Tak samo z bieganiem długich dystansów. Poza dowodem na wielką siłę woli (bo dojście do poziomu +-3h na maraton wymaga dużych poświęceń i ogromu pracy) jest to też dowód na wielką odporność na wysiłek typu cardio. Ale tylko to. Mocny biegacz może nie być w stanie zrobić trzydziestu pompek – i jaki to jest miernik wysportowania?

Uważam, że poziomem minimum dla zdrowego faceta jest możliwość bezproblemowego przebiegnięcia dychy. Zaraz ktoś słusznie zapyta „hola hola, a gdzie w życiu człowiekowi potrzebna jest umiejętność przebiegnięcia dziesięciu kilometrów? Autobus gonił będzie, czy jak?”.
Dycha to miej więcej tyle, ile przebiega piłkarz w trakcie meczu. Kondycję, pozwalającą na bezproblemowe ganianie za piłką powinien mieć każdy Kowalski – stąd też owa dycha, godzinka niezbyt forsownego truchtu – akurat na zbudowanie formy niezbędnej do poganiania za piłką.
Od tego się nie umiera a i mięsień piwny nieco zmaleje 😉

Zatem czemu służy bieganie maratonów? Jaki to ma sens? Do czego się przyda?

Z praktycznego punktu widzenia, jest to sztuka dla sztuki. Na co dzień, w życiu nie przydaje się toto do niczego. Wielką zaletą biegania jest jego „aspekt socjalny”. Biegając poznałem wielu fajnych ludzi, z którymi spotykam się pozabiegowo, odwiedzamy się, bawimy – ale do tego nie potrzeba maratonów. Pretekstem do spotkania jest byle dyszka, czy weekendowe wybieganie.
Czasem nawet pretekstu nie trzeba.

Z niepraktycznego – ambicja, ambicja, ambicja… Poprawianie czasów, dystansów, życiówek. Poprawianie samopoczucia, samooceny. Niby nic wielkiego, ale to potworna siła.

Szczerze odpowiadając na postawione pytania, muszę powiedzieć, że moim zdaniem bieganie maratonów to pozbawione sensu, kompletnie nieprzydatne zaspokajanie swojej ambicji.
Totalnie nieracjonalne – ale czy wszystko w życiu musi być racjonalne?

Pieprzyć racjonalność.
Rozsądek jest dla mięczaków!

Faceci wolą deski

Na razie jeszcze cisza i spokój. Sen zimowy w pełni, w siłowniach tylko koksowniki ze stażem albo noworoczni zapaleńcy. Zimno, mroźno, nikomu nie chce się z domu wychodzić.
Styczeń pełną gębą
Niech no tylko wiosna przyjdzie – wszystko stanie na głowie. Znowu zacznie się ogólnopolski szał na fit sylwetkę i sześciopak w sześć tygodni. Znowu zacznie się odmienianie szóstki Weidera przez wszystkie przypadki. Znowu zewsząd będzie słychać „umpfff, umpff, umpff” i akcja „pompa na sześciopak” ruszy z przytupem oraz przyświstem.

Zanim jednak dostaniemy zbiorowego zajoba, warto przeczytać (krótki!) artykuł o pewnym eksperymencie, z którego wynika, że brzuszki, skłony, ławeczki itd, wcale nie są najlepszym sposobem na zbudowanie sześciopaka. Amerykańscy naukowcy (no bo którzy inni mają kasę na takie badania) przeprowadzili eksperyment, w którym grupie ludzi popodłączali przewody do brzucha i kazali im robić różne na ów brzuch ćwiczenia.
I co się okazało?
Otóż okazało się, że największa aktywność mięśniowa w okolicach sześciopacznych miała miejsce podczas robienia… deski.

O tym, jakim deska jest killerem wiedzą ci, którzy jej spróbowali.  Nie wygląda może tak spektakularnie jak brzuszki na skośnej ławce, ale nie dajcie się zwieść pozorom – deska was przeżuje, deska was wypluje, po desce będziecie leżeć jak kłoda.
To, co się podczas deski dzieje z organizmem bardzo ładnie obrazuje focie poniżej.

plank

Ponieważ ćwiczenie deski nie wymaga ani sprzętu ani czasu (kto wytrzyma pięć minut ten jest zuch, co się zowie) wymyśliłem sobie taki prosty czelendż o słodkiej nazwie „miesiąc na desce”. Plan jest banalny – codziennie poświęcam kilka minut na deskę w trybie minuta ćwiczenia/minuta odpoczynku, powiedzmy, cztery serie po minucie na start. Codziennie też wydłużam czas o 10 sekund.
Po miesiącu powinno to dać 4 serie po 5 minut. Brzmi wariacko – ale przecież nie takie wariactwa się robiło 😉

Poza tym, najwyżej mi się nie uda.
A jak się jednak uda…

Nie ma Pan racji

– Fajny film wczoraj widziałem
– Momenty były?

Ten klasyczny tekst jak ulał pasuje do filmiku, który wczoraj obejrzałem. Film był fajny, miał momenty, tylko… No najlepiej obejrzyjcie sami.

Fajny, nieprawdaż? Przypakowany, brodaty twardziel w żołnierskich słowach mówi, że nie ma co się opierdalać, tyko trenować trzeba. Że nie ma wymówek ani miękkiej gry. I dobrze gada, ma chłopisko bajerę jak trzeba.
Aż się chce spakować manele i pójść na trening, prawda?

Gdy wielki napakowany goryl mówi ci ” Your set stops when you can’t do no motherfuckin’ more – you understand what I’m saying?”  to nie ma innego wyjścia, jak mu uwierzyć. Wie, co mówi – jego postura mówi sama za siebie. Chcesz tak wyglądać – to zapierdalaj! Sztanga w dłoń i machasz aż padniesz. Mniejsza o to, że panowie na filmie robią ruch w zakresie max 45 stopni przy okazji mocno pomagając sobie ciałem – to nieistotne. Kafar mówi. Kafar wie, co mówi. Gdyby nie wiedział, nie byłby kafarem – a przecież ty też chcesz być kafarem. Nie?

Esencja prawdy zaczyna się lać z ekranu wraz ze słowami  „You overtrained motherfuckers make me sick. There ain’t no motherfucking thing as overtraining (…) I’m worried about overtraing –  you’re worried about working, motherfucker.” Kafar mówi, że przetrenowanie to wymówka, że to bzdura, wykręt wymyślony przez miękkie siurki dla usprawiedliwienia swej miękkości –  a kafar wie, co mówi. Masz wątpliwości – spójrz na jego bicepsy. Chcesz mieć takie – to walcz! Zignoruj ból i zmęczenie!
To są słowa boga wojny a ty chcesz być wojownikiem – więc walcz do kurwy nędzy!

Fajny film. Fajnie pomyślany, fajnie zmontowany.
Ma  tylko jedna malutką wadę.
Jest szkodliwy.

Metodę „trenuj do upadłego” znam bardzo dobrze. Dorobiłem się nią dwóch kontuzji. Ignorowanie bólu, lekceważenie odpoczynku – przerobiłem to na wszystkie strony. Mógłbym powiedzieć, że to najgłupsza metoda z możliwych – ale wówczas byłbym albo hipokrytą albo durniem, bo ja bardzo, ale to bardzo lubię upodlić się na treningu. Trenowanie do upadłego to ciekawe, quasi narkotyczne doświadczenie. Z jednej strony masz już prawie halucynacje i słaniasz się na nogach, z drugiej zaś uczucie dumy sprawia, że niemal lewitujesz nad ziemią. Haj jak po dobrej wódce.
Trzeba jednak pamiętać, że każdy haj ma swoją cenę.

Ceną treningu do upadłego jest długi odpoczynek. Nie dzień, czy dwa, ale solidny, kilkudniowy odpoczynek od ćwiczeń fizycznych, bez oszukiwania w stylu „oj tylko kilka pompek; oj tam, raptem dyszka truchtem”. Nie. Odpoczynek to odpoczynek. Siad na dupę i basta.

Pamiętam swoje zdziwienie, gdy po pierwszym maratonie nic mnie nie bolało. No, może nie zupełnie nic, bo byłem trochę zmęczony – ale żadnych morderczych zakwasów, żadnych problemów z chodzeniem – nic z tych akcji, którymi straszą początkujących portale biegowe. Drugiego, czy trzeciego dnia po maratonie czułem się na tyle dobrze, by wyjść i machnąć dyszkę dla rozbiegania. Wówczas był to dla mnie powód do dumy – o jaki to ja zajebiście wytrenowany nie jestem. Teraz już wiem, że była to głupota – 42km to JEST dla organizmu niecodzienny wysiłek, uruchamiane są wszystkie rezerwy, ciało podnosi alarm i działa w trybie nadzwyczajnym pompując adrenalinę, gdzie się da. Dzięki tej adrenalinie człowiek nie czuje bólu, ale nie znaczy to, że gdzieś tam w środku nie gromadzą się mikrourazy. Jak to ładnie określi mój znajomy „mikrourazy są jak darmowe minuty w abonamencie – przechodzą na kolejne miesiące”. Przechodzą, zbierają się, a gdy osiągną masę krytyczną organizm mówi „halt”.
W bardzo nieprzyjemny sposób.

Trening w trupa to dla organizmu taki mały maraton. Przekroczona została granica bezpieczeństwa (nie mylić ze strefą komfortu), organizm poczuł się zagrożony, więc zaczyna produkować substancje ochronne – min adrenalinę. Stawy, mięśnie zaczynają jechać na rezerwach, szwankuje „smarowanie”, obolałe ciało robi się coraz bardziej podatne na urazy. Im bardziej w trupa – tym bardziej podatne.
Ale adrenalinka swoje robi…

No dobra, ale co z wariatami, którzy robią codziennie maratony, czy inne ajronmeny? Co z kolesiami robiącymi po 2 treningi dziennie przez 6 dni w tygodniu? Przecież ćwiczą i żyją. Jak to tak?

Przy całym zrozumieniu dla ich pasji i ambicji, uważam, że to głupota jakich mało. Sport na poziomie wyczynowym prędzej czy później odbiera swoją „zapłatę”. Można mieć fenomenalne geny i predyspozycje, ale nikt nie jest niezniszczalny.
Ci zawodowcy (bo taka ilość treningów to już poziom zawodowy) zanim doszli do obecnego poziomu, zaczynali od „normalnych” ilości oraz intensywności treningów. Nie wierzę, by nagle po pół roku, czy po roku, weszli na poziom „codziennie w opór”, bo rok to za mało, by przygotować ciało do takich wyzwań. Jestem przekonany, że mają za sobą długie lata ćwiczeń z narastającą intensywnością, obciążeniem i w chwili obecnej są już do tego zwyczajnie przyzwyczajeni.
Problem jest w tym, że swoją „filozofię” przekazują amatorom – a to już jest zwyczajnie nieodpowiedzialne.

Miałem taki sierpniowy ciąg: upał jak szatan a u mnie na zmianę crossFit, bieganie, crossFit, półmaraton – i to nie jakieś tam luźne pierdu-pierdu, tylko treningi, po których miałem takie zakwasy, że mi całe ramię drętwiało. Pamiętam doskonale, jak z treningu na trening spadała jego jakość, jak czułem się coraz słabszy. Oczywiście – ambicja i adrenalinka robiły swoje – ale prawda jest taka, że po trzech dniach byłem już wypruty z energii i biegłem bardziej siłą woli, niż mięśni. Czy to było dobre dla organizmu? Czy wzrosła mi po tym siła? Nie jestem przekonany, bo siła (mięśnie) rośnie wtedy, gdy jemy i odpoczywamy, a nie wtedy, gdy zajeżdzamy się w trupa. Pamiętam też, że byłem cholernie niezadowolony z wyniku w półmaratonie, że ostatnie 5km biegłem na nogach z galarety.
Niby coś tam sobie udowodniłem, coś sprawdziłem, ale czy moja kondycja na tym zyskała?

Kiedy oglądam tego kafara, który mówi, że przetrenowanie to tylko wykręty miękkich siurków, to sam nie wiem, czy on naprawdę to wierzy, czy tylko tak sobie piórka stroszy. Jasne, różnica w doświadczeniu między nami jest ogromna, ale ja ze swojego doświadczenia wiem, że bzdury ten pan gada. Bzdury straszliwe, bo JEST coś takiego, jak przetrenowanie. Jest taki stan, w którym boli cię wszystko, nawet, gdy leżysz i się nie ruszasz. Oczywiście, można zacisnąć zęby i wyjść to rozruszać – ale to najkrótsza droga do kontuzji, ponieważ gdy boli, a szczególnie wtedy, gdy nie boli, tylko napierdala znaczy to, że organizm ma dość – że go przeżułeś, wyplułeś i musisz dać mu odpocząć.
Solidnie, uczciwie odpocząć.

Fajnie jest ignorować ból. Samoocena i poczucie twardzielstwa  lecą wtedy w górę szybciej niż kredyt we frankach, ale ignorowanie bólu i zmęczenia to głupota. Jasne, są sytuacje wyjątkowe, jak zawody, starty, gdzie rozsądek dostaje wolne i włącza się prymitywna rywalizacja – ale są to sytuacje wyjątkowe, raz na jakiś czas. Na co dzień bólu trzeba słuchać. Słuchać uważnie i nie ignorować  – „a tam…rozgrzeję się to przejdzie.”
Ból to są „darmowe minuty”, które odkładasz na swoim koncie. Jak odłożysz za dużo – to zaprocentują wyłączeniem systemu.

Gdybym ten film obejrzał pół roku temu, pewnie bym już był na treningu, albo w lesie – bo fajnie jest się nakręcić, poczuć się niezniszczalnym.
Ale niestety, Panie Kafarze, nie ma pan racji.
JEST coś takiego jak przetrenowanie.
Nawet Rocco nie może bez przerwy.

Nie znam się – więc się wypowiem

Raptem kilka dni temu napisałem na temat tyleż obiegowych, co fałszywych opinii na temat crossFitu – a dziś natknąłem się na idealny przykład takich opinii. Przykład o tyle jaskrawy, że opublikowany na sportowym portalu – więc wypadałoby oczekiwać, że autor wpisu będzie miał jakieś pojęcie o tym, o czym pisze. Nic podobnego – w artykule bzdura bzdurę pogania.  Kto jest ciekaw i ma czas – zapraszam do poczytania tego artykułu.  Ja pozwolę sobie od razu przejść do konkretów.

Zasadnicze zarzuty autora wobec crossFitu są trzy, a mianowicie, że:
– jest „do wszystkiego czyli do niczego”
– jest kontuzyjny (a to ci zaskoczenie!)
– nie jest idealnym systemem rozwoju siły i mięśni.

Na początek może wyjaśnię, co to jest crossFit i o co w nim chodzi.
Celem crossFitu jest rozwój całościowej wydajności ciała, takie zgranie i „nasmarowanie” wszystkich mięśni, ścięgien i stawów, by organizm rozumiany jako całość był w stanie sprostać nawet najtrudniejszym wyzwaniom. Stąd też jego „podtytuł” – „trening funkcjonalny”. CrossFit ma pomóc  w coraz lepszym codziennym funkcjonowaniu. Nazywany jest „the sport of fitness” – i określenie to świetnie oddaje jego założenia.  Celem crossFitu nie jest hodowanie „pokazowej” muskulatury. Jego celem jest zbudowanie takiego organizmu, który podoła większości życiowych sytuacji, nawet tych najbardziej ekstremalnych.

Za tą filozofią idzie struktura i logika treningów. Klasyczny WOD (czyli crossFitowy trening) składa się z ok kwadransa solidnej rozgrzewki, kwadransa zajęć technicznych, dwudziestominutowego treningu właściwego i dziesięciu minut rozciągania. Ćwiczenia dobrane są tak, by angażowały jak największą liczbę mięśni i stawów, by organizm nauczył się „całościowego” wysiłku, by układ nerwowy nauczył się koordynacji ruchów, mówiąc krótko, by organizm działał jak świetnie zgrana i naoliwiona maszyna. Podejście to jest diametralnie różne od tego, które stoi za siłownią i bodybuildingiem. Pisałem już o tym tutaj, więc żeby za bardzo się nie rozwlekać wspomnę, że siłownia to ruchy izolowane, często jedno, góra dwustawowe, ukierunkowane na jak najszybszy rozrost konkretnego mięśnia. Siłowniana filozofia to większa masa, crossFitowa zaś – to większa wydajność. Na tym polu są to dwa, biegunowo od siebie odległe systemy i porównywanie ich nie ma najmniejszego sensu. To tak, jakby porównywać tira z terenówką.
Można, tylko po co?

Weźmy prosty przykład: Siłowniany kark może i szarpnie dwie stówy na klatę, czy cztery dychy na bica, ale każmy mu się podciągnąć z 10 razy (ewentualnie chociaż raz na kółkach olimpijskich) albo lepiej – niech cyknie 100 burpees – będzie to dla takiego „pakera” zabójcze. Tymczasem po kilku miesiącach crossFitu takie osiągi nie są niczym nadzwyczajnym.
No dobrze, ale… Ale crossFitowiec nie szarpnie 2 stów na klatę. Pomijam to, że są tacy, którzy szarpną – rzecz w tym, że crossFitowca nie interesują te dwie stówy. Po cholerę komu dwie stówy na klatę? Gdzie to się w życiu przyda? Ludzi trenujących crossFit interesuje ogólna wydolność organizmu – on chce być w stanie zrobić prawie wszystko, dać radę w większości życiowych sytuacji a nie sapać przy wchodzeniu na czwarte piętro.

W crossFicie priorytetem jest funkcjonalność. Wygląd, mięśnie są do tego tylko bonusem. Miłym, fajnym, ale tyko bonusem. CrossFitowcy są jak terenówka, która chce wszędzie wjechać i z każdego bagna wyjechać. Nie interesuje ich obwód bica, interesuje ich to, co przy pomocy tego bica mogą osiągnąć.

Co się tyczy kontuzyjności – pisałem o tym wcześniej – więc nie będę powtarzał tego samego. Kto ma ochotę, może o tym poczytać. Kto nie chce – niech się zastanowi, skąd tak powszechny wśród kulturystów ból stawów.  Sąd ten zapach maści ben-gay w szatniach?
Skąd to się bierze?

Twierdzenie, że crossFit nie jest idealnym systemem rozwoju siły i mięśni jest tak bzdurne, że po prawdzie nie wiem, jak się do niego zabrać, ale spróbuję.
Zacznijmy od tego, że NIE MA systemu idealnego. Nie ma systemu, który zrobi wszystkim dobrze – takich rzeczy nie umie nawet Teresa Orlovski – więc nie oczekujmy tego od crossFitu.

Jeśli chodzi o moje zdanie – crossFit zaspokaja wszystkie moje sportowe potrzeby, ponieważ w trakcie godzinnego WODa:
– złacham się. Po godzinnym treningu jestem zmordowany jak po solidnym biegu. Różnica względem biegu jest jednak taka, że w ciągu tej godziny ćwiczyłem większość posiadanych grup mięśni a na deser poprawiłem to rozciąganiem.
A do tego endorfiny urywają głowę.

– utrzymuję fajną sylwetkę. Godzinny trening to 700-800kcal w plecy. Spada poziom sadła, mięśnie robią się bardziej zwarte, wydajne, lepiej wyglądają.
Chlupało Ci kiedykolwiek w butach od własnego potu? Mi nie raz…

– wrasta siła. Dość powiedzieć, że kiedyś sukcesem było dla mnie samo stanięcie na rękach. Mój ostatni treningowy sukces to trzynaście pompek w tej pozycji.

– wzrasta wytrzymałość: Tętno maksymalne to mój dobry znajomy. Mogę zmusić organizm do krańcowego wycieńczenia i trwać w nim przez bardzo długi czas (ostatni benchmark to dwie godziny).

– przekraczam swoje granice – tak fizyczne jak i psychiczne. Kiedy patrzę na trening z danego dnia wydaje mi się on absurdalny a potem przebieram się i robię 150 Wall Ball Shotów w 12 minut.
Niemożliwe? Bzdura! Po prostu jeszcze tego nie próbowałeś.

Wróćmy jednak do pytania: czy crossFit jest idealnym system rozwoju siły i mięśni? Wszystko zależy od tego, czego od swoich mięśni oczekujesz. Jeśli myślisz o szybkim przyroście masy mięśniowej i za choinkowie pieniądze kupiłeś już trochę koksu – to faktycznie, crossFit nie jest dla Ciebie. W tym celu lepiej ćwiczyć ruchy izolowane, tylko nie zdziw się proszę, gdy stawy przestaną nadążać za mięśniami a prochy przeciwbólowe na stałe wejdą do twojego jadłospisu. Taka cena szybkich efektów.

CrossFit nie da ci wielkiej masy, ponieważ zamiast przez 45 minut ćwiczyć jedną grupę mięśniową, oćwiczy cię całościowo. Sprawdzi twoje serce płuca, stawy, mięśnie – przepuści cię przez maszynkę do mięsa i wypluje jak przeżuty glut. Obwód w bicu ci od tego nie urośnie, ale ogólna kondycja, uwierz mi, wypieprzy w kosmos jak sputnik. Będziesz robił rzeczy, o których nawet bałeś się pomyśleć a sylwetka… Co ja ci będę opowiadał – sam sobaczysz.

CrossFit NIE JEST sytemem bodybuildingowym w klasycznym tego słowa rozumieniu. To nie jest jego celem. CrossFit jest systemem ogólnorozwojowym kładącym nacisk na „zgranie” całego organizmu. Priorytetem w crossFicie jest wydajność. Tuż za nim jest siła. CrossFitter, jak żołnierz w wojsku, ma być w stanie nie tylko unieść 30kg plecak, ale też maszerować z nim przez pół dnia, a gdy zajdzie potrzeba przebiec z nim kilometr, czołgać się, przeskoczyć rów czy wejść na ścianę.

Raz jeszcze powtórzę.
W crossFicie nie chodzi o to, jak wielkiego masz bica, tylko co potrafisz z niego wycisnąć.
Parafrazując znane powiedzonko – nie liczy się rozmiar, tylko technika.
I kondycja 😉