Trzy mity na temat crossFitu

Moje ulubione okołocrossFitowe wspomnienie ma miejsce na „Biegnij Warszawo”.
Jest chwila przed biegiem, znajoma przedstawia mnie swojej koleżance.
– Poznajcie się to jest Krzysztof, Krzysztof uprawia crossFit
chwila konsternacji
– O Jezu, wariat…
 
Ta historia mówi wszystko o tym, jak crossFit odbierany jest wśród ludzi. CrossFit jest dla wariatów. Dla zboczeńców. Dla pojebów, którzy lubią balansować na granicy wytrzymałości. „Raz poszłam i myślałam, że się porzygam” – powiedziała mi inna znajoma, gdy zapytałem ją o Box w jej okolicy.
„Raz mi wystarczy, nie jestem masochistką…”
 
Umieranie, rzyganie – to uczucia najczęściej kojarzone z pierwszym treningiem. Człowiek idzie i zamienia się w kłębek bólu, nie ma pojęcia, co się dzieje a jedyna myśl w jego głowie to migające, niczym erka na sygnale, „niech to się kurwa skończy” – a kiedy kończy się trening, pojawia się to nieporównywalne z niczym uczucie powrotu z zaświatów.
Byłem; widziałem światło.
Wróciłem…
 
Czy crossFit jest dla wariatów? Czy trzeba być wariatem, by przez godzinę wyżymać się jak szmatę do podłogi; doprowadzać do granicy, do łez, do mdłości?
Nie. Trzeba być zdeterminowanym. Trzeba chcieć coś ze sobą zrobić Chcieć tego bardzo mocno. Tak mocno, by za każdym razem dawać z siebie maxa.
Nikt ci nie każe jechać po bandzie – to ty masz tego chcieć. Nikt Cię do tego nie zmusi – bo to nie wojsko, gdzie jeden bezmózgi frustrat terroryzuje pozostałych. Chcesz się opieprzać i udawać – silwuple – ale jedyną osoba, która w ten sposób oszukasz, będziesz ty sam.
 
CrossFit ma opinię treningu dla wariatów, ponieważ powszechnie obowiązującym standardem aktywności fizycznej dla mężczyzn jest siłownia, na której, przez większość czasu… siedzi się na dupie.
Triceps – na dupie, biceps –  na dupie, barki –  na dupie, rozpiętki –  na dupie albo na plecach, wyciskanie sztangi – na plecach, brzuszki – na plecach. Cokolwiek by człowiek na siłowni nie robił – siedzi albo leży. Tymczasem na crossFicie na cały czas jesteś na nogach – sztangi, kettle, skakanki, piłki lekarskie – wszystko robisz w ruchu, na stojąco, non-stop pilnując równowagi (wyjątkiem są tu ćwiczenia na drążku, gdy ręce przejmują większość obciążenia). Dla osoby nieprzyzwyczajonej  do ruchu, do wysiłku typu cardio, taki typ treningu może być wariacki, ponad siły – ale o to w crossFicie chodzi. Ma być non-stop w ruchu, ma być na granicy. Ma cię przeżuć i wypluć.
I wiesz co?
Będziesz z tego zajebiście zadowolony.
 
Kolejną obiegową opinią na temat crossFitu jest jego kontuzyjność. Co ciekawe – słyszałem ją tyko od osób, które crossFitu nie ćwiczyły – ale to już inna para kaloszy.
Opinia ta jest w pewnym sensie dla mnie zrozumiała. Dla człowieka, który męski fitness kojarzy z przewalaniem żelaza na siłowni, crossFitowy trening musi jawić się, jako najszybsza droga do kontuzji.  Że jak to – tak szybko, na wariata, tu sztanga, tu skakanie na skrzynie a tam piłka lekarska – no tak się nie da przecież…
 
Jedną z podstaw crossFitu jest skalowanie. Ćwiczysz z takim ciężarem, z jakim czujesz się swobodnie i bezpiecznie.  Owszem, są ciężary zalecane do danych ćwiczeń, dla pań i panów, ale jeśli czujesz się z „przepisanym” ciężarem nie halo – redukujesz go i nikt z tego powodu krzywo patrzył nie będzie. To nie siłownia, gdzie każdy ukradkiem podpatruje, kto ile na klatę bierze. Tu walczysz sam ze sobą. Bierz tyle, ile dasz radę i pamiętaj, że masz z tym ciężarem zrobić kilkadziesiąt powtórzeń. Na czas.
 
Pamiętam, jak na początku ćwiczyłem pustym gryfem. Czułem się głupio widząc, że nawet dziewczyny zakładają coś na sztangę (a są i takie, które zakładają po 5 dych i więcej) a ja z pustym kijem się szamoczę. Kusiło jak cholera, by założyć choć po małym talerzu – ale nie tędy droga. Widząc, że moim ćwiczeniom brakuje techniki i stabilizacji, że sztanga wozi mnie po sali przełknąłem własną dumę i dymałem z pustym gryfem piętnastką.
I nikt słowa nie powiedział.
I pomagali.
Doradzali.
Kibicowali.
 
Kontuzję podłapałem dużo później, gdy poczułem się nieco pewniej i postanowiłem być mądrzejszy od trenera. Podłapałem ją wskutek za dużej intensywności i zbyt małej ilości odpoczynku – dożynałem sie, dożynałem – aż dorżnąłem.
Nie kontuzjował mnie crossFit. Kontuzjowała mnie własna duma i niefrasobliwość .
Taka prawda.
 
Mówi się, że crossFit jest drogi.
Większość moich znajomych, którzy chodzą na siłownię, chodzi na dofinansowywaną przez pracę kartę multisport (czy inną, podobną) skutkiem czego siłownia kosztuje ich 1/4 ceny – płacą za to 50 zł miesięcznie i wydaje im się, że tyle to faktycznie kosztuje. Wystarczy jednak przejść się do dowolnej siłowni, która nie jest typową „osiedlówką” dla karków spod trzepaka, zapytać się ile kosztuje „normalny” karnet typu open – i nagle okazuje się, że we warsiawce trzeba wysupłać (średnio) w okolicy dwóch stów.
Kapkę drożej, niż z multisportem 😉
 
Urok kart multisport jest taki, że korzysta z nich masa osób (pardon, jeśli kogoś urażę) przypadkowych. Poczuje jeden z drugim poświąteczne wyrzuty sumienia – i huzia na crossFit, siłownię, czy co tam jeszcze. A tu zonk –  bo na crossFicie nie honorują multisportu.
A to dlaczego –  ktoś zapyta.
Ano dlatego, że crossFit to (uwaga, duże słowo) – poświęcenie. Idziesz tam, bo chcesz dać z siebie wszystko a nie po to, by wpaść raz na kilka dni. Pierwszy trening jest za friko – możesz wejść, zobaczyć, czy to twoja bajka, czy ci to odpowiada. Jeśli odpowiada, jeśli chcesz traktować to poważnie – to za to zapłać. Dostajesz porządny towar, więc dlaczego miałbyś go mieć po cenach dyskontowych?
 
Wysoka cena to też forma odsiewu niedzielnych sportowców. Powiedzmy sobie szczerze – kto płaci słono, ten szanuje to, za co płaci. Z kartą multisport, czy inny benefit system, bardzo szybko zaroiłoby się od ludzi, którzy wpadają sobie „ot tak, coś porobić”. Wysoka cena szybko takich odsiewa – bo kto płaciłby ponad dwie stówy tylko po to, by się okazjonalnie podlansować?
Nie znam takich…
 
Więc jak to jest z tym crossFitem?
Czy jest dla wariatów? Nie, jest dla zapaleńców, którzy poważnie podchodzą do treningu.
Czy jest kontuzjogenny? Tylko, gdy próbujesz być mądrzejszy od trenera.
Czy jest drogi? Nie. Jest wyceniony stosownie do swojej jakości.
No więc jaki jest?
 
Ja wam powiem
ZAJEBISTY 🙂
Reklamy

12 myśli w temacie “Trzy mity na temat crossFitu”

  1. Gdyby nie multisport to nie byłoby mnie stać na crossfit + basen w takiej częstotliwości jak chodzę. Na szczęście w Krakowie jest jeden box, gdzie można na tą kartę wejść i zdecydowanie nie ma tam "niedzielnych sportowców" (no chyba że taka słabizna jak ja też się do nich zalicza ;))

    Polubienie

  2. Pomijając wyjątki takie jak Twój, większość znanych mi "karnetowców" to tacy "okazyjni pakerzy". Gdy chodziłem na siłownię, spotykałem wielu niedzielnych sportowców, którzy bardziej lansowali się i robili tłok na sali, niż faktycznie ćwiczyli. Na CF jest tego zdecydowanie mniej – raz z powodu ceny a dwa, że w boxie nie da się "poszwendać dla lansu", tylko jak się przyjdzie, to trzeba tego WODa zrobić.

    Polubienie

  3. Wszystko zależy. W moim otoczeniu większość kumpli posiada Multisporta. Cwiczy my 4-5 x w tygodniu na siłowni. Dzięki karcie możemy czasem odwiedzać inne kluby żeby pocwiczyc na innym sprzęcie. W weekend dla odmiany jakiś basen, czasem ścianka wspinaczkowa. Ta karta to idealnie rozwiązanie dla takich jak my u takich o których piszesz, tj. tzw. niedzielnych klubowiczow. Co nie zmienia faktu, że na CF raczej nie powinno się honorowac tych kart. Po prostu właściciele boxow na tym nie zarobia.

    Polubienie

  4. Crossfit to serio jakieś mega obciążenie dla kieszeni. No efekty są super, ale przez pierwsze kilka zajęć czułam się jak wieśniaczka, przez spojrzenia lasek. Zastanawiałam się czy nie naszyć sb wielkiej łyżwy na tyłek, żeby wiedziały, że jednak najki. Po roku łażenia wyrobiłam sb na szczęście pozycję na siłowni i teraz ubieram to co chcę- stanik od YajLee, bo dbam o piersi i chcę żeby coś je trzymało porządnie, a nie ładnie na nich wyglądało, do tego w zestawie spodnie z lidla, ładne kolorki, takie kosmiczne, przepuszczanie powietrza pierwsza klasa, i nie spadają z tyłka. Jedyną firmówką w zestawie są buty, piękne różowe najaczki ❤ Pozdrawiam 🙂

    Polubienie

  5. Szczerze mówiąc w moim otoczeniu nikogo nie stać na takie zajęcia. Większość korzysta z multikarnetu OK System – tutaj info, jak nie znacie: https://www.oksystem.pl/faq – to coś jak Multisport, tylko bez karty. Też załatwiany jest przez pracodawcę. Plusem jest możliwość korzystania nie tylko z siłowni, ale również z zajęć fitness, basenów, saun, ścianek wspinaczkowych. Dzięki temu są, jesteśmy, aktywni. Domyślam się, że efekty są różne. Doceniam zamiłowanie do CrossFitu, sama jednak nie wiem, czy dałabym radę. Zastanawiam się jednak, czy nie namówić swojego faceta, bo praca biurowa mu nie służy, a siłownia nie do końca kręci.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s