Nie ma Pan racji

– Fajny film wczoraj widziałem
– Momenty były?

Ten klasyczny tekst jak ulał pasuje do filmiku, który wczoraj obejrzałem. Film był fajny, miał momenty, tylko… No najlepiej obejrzyjcie sami.

Fajny, nieprawdaż? Przypakowany, brodaty twardziel w żołnierskich słowach mówi, że nie ma co się opierdalać, tyko trenować trzeba. Że nie ma wymówek ani miękkiej gry. I dobrze gada, ma chłopisko bajerę jak trzeba.
Aż się chce spakować manele i pójść na trening, prawda?

Gdy wielki napakowany goryl mówi ci ” Your set stops when you can’t do no motherfuckin’ more – you understand what I’m saying?”  to nie ma innego wyjścia, jak mu uwierzyć. Wie, co mówi – jego postura mówi sama za siebie. Chcesz tak wyglądać – to zapierdalaj! Sztanga w dłoń i machasz aż padniesz. Mniejsza o to, że panowie na filmie robią ruch w zakresie max 45 stopni przy okazji mocno pomagając sobie ciałem – to nieistotne. Kafar mówi. Kafar wie, co mówi. Gdyby nie wiedział, nie byłby kafarem – a przecież ty też chcesz być kafarem. Nie?

Esencja prawdy zaczyna się lać z ekranu wraz ze słowami  „You overtrained motherfuckers make me sick. There ain’t no motherfucking thing as overtraining (…) I’m worried about overtraing –  you’re worried about working, motherfucker.” Kafar mówi, że przetrenowanie to wymówka, że to bzdura, wykręt wymyślony przez miękkie siurki dla usprawiedliwienia swej miękkości –  a kafar wie, co mówi. Masz wątpliwości – spójrz na jego bicepsy. Chcesz mieć takie – to walcz! Zignoruj ból i zmęczenie!
To są słowa boga wojny a ty chcesz być wojownikiem – więc walcz do kurwy nędzy!

Fajny film. Fajnie pomyślany, fajnie zmontowany.
Ma  tylko jedna malutką wadę.
Jest szkodliwy.

Metodę „trenuj do upadłego” znam bardzo dobrze. Dorobiłem się nią dwóch kontuzji. Ignorowanie bólu, lekceważenie odpoczynku – przerobiłem to na wszystkie strony. Mógłbym powiedzieć, że to najgłupsza metoda z możliwych – ale wówczas byłbym albo hipokrytą albo durniem, bo ja bardzo, ale to bardzo lubię upodlić się na treningu. Trenowanie do upadłego to ciekawe, quasi narkotyczne doświadczenie. Z jednej strony masz już prawie halucynacje i słaniasz się na nogach, z drugiej zaś uczucie dumy sprawia, że niemal lewitujesz nad ziemią. Haj jak po dobrej wódce.
Trzeba jednak pamiętać, że każdy haj ma swoją cenę.

Ceną treningu do upadłego jest długi odpoczynek. Nie dzień, czy dwa, ale solidny, kilkudniowy odpoczynek od ćwiczeń fizycznych, bez oszukiwania w stylu „oj tylko kilka pompek; oj tam, raptem dyszka truchtem”. Nie. Odpoczynek to odpoczynek. Siad na dupę i basta.

Pamiętam swoje zdziwienie, gdy po pierwszym maratonie nic mnie nie bolało. No, może nie zupełnie nic, bo byłem trochę zmęczony – ale żadnych morderczych zakwasów, żadnych problemów z chodzeniem – nic z tych akcji, którymi straszą początkujących portale biegowe. Drugiego, czy trzeciego dnia po maratonie czułem się na tyle dobrze, by wyjść i machnąć dyszkę dla rozbiegania. Wówczas był to dla mnie powód do dumy – o jaki to ja zajebiście wytrenowany nie jestem. Teraz już wiem, że była to głupota – 42km to JEST dla organizmu niecodzienny wysiłek, uruchamiane są wszystkie rezerwy, ciało podnosi alarm i działa w trybie nadzwyczajnym pompując adrenalinę, gdzie się da. Dzięki tej adrenalinie człowiek nie czuje bólu, ale nie znaczy to, że gdzieś tam w środku nie gromadzą się mikrourazy. Jak to ładnie określi mój znajomy „mikrourazy są jak darmowe minuty w abonamencie – przechodzą na kolejne miesiące”. Przechodzą, zbierają się, a gdy osiągną masę krytyczną organizm mówi „halt”.
W bardzo nieprzyjemny sposób.

Trening w trupa to dla organizmu taki mały maraton. Przekroczona została granica bezpieczeństwa (nie mylić ze strefą komfortu), organizm poczuł się zagrożony, więc zaczyna produkować substancje ochronne – min adrenalinę. Stawy, mięśnie zaczynają jechać na rezerwach, szwankuje „smarowanie”, obolałe ciało robi się coraz bardziej podatne na urazy. Im bardziej w trupa – tym bardziej podatne.
Ale adrenalinka swoje robi…

No dobra, ale co z wariatami, którzy robią codziennie maratony, czy inne ajronmeny? Co z kolesiami robiącymi po 2 treningi dziennie przez 6 dni w tygodniu? Przecież ćwiczą i żyją. Jak to tak?

Przy całym zrozumieniu dla ich pasji i ambicji, uważam, że to głupota jakich mało. Sport na poziomie wyczynowym prędzej czy później odbiera swoją „zapłatę”. Można mieć fenomenalne geny i predyspozycje, ale nikt nie jest niezniszczalny.
Ci zawodowcy (bo taka ilość treningów to już poziom zawodowy) zanim doszli do obecnego poziomu, zaczynali od „normalnych” ilości oraz intensywności treningów. Nie wierzę, by nagle po pół roku, czy po roku, weszli na poziom „codziennie w opór”, bo rok to za mało, by przygotować ciało do takich wyzwań. Jestem przekonany, że mają za sobą długie lata ćwiczeń z narastającą intensywnością, obciążeniem i w chwili obecnej są już do tego zwyczajnie przyzwyczajeni.
Problem jest w tym, że swoją „filozofię” przekazują amatorom – a to już jest zwyczajnie nieodpowiedzialne.

Miałem taki sierpniowy ciąg: upał jak szatan a u mnie na zmianę crossFit, bieganie, crossFit, półmaraton – i to nie jakieś tam luźne pierdu-pierdu, tylko treningi, po których miałem takie zakwasy, że mi całe ramię drętwiało. Pamiętam doskonale, jak z treningu na trening spadała jego jakość, jak czułem się coraz słabszy. Oczywiście – ambicja i adrenalinka robiły swoje – ale prawda jest taka, że po trzech dniach byłem już wypruty z energii i biegłem bardziej siłą woli, niż mięśni. Czy to było dobre dla organizmu? Czy wzrosła mi po tym siła? Nie jestem przekonany, bo siła (mięśnie) rośnie wtedy, gdy jemy i odpoczywamy, a nie wtedy, gdy zajeżdzamy się w trupa. Pamiętam też, że byłem cholernie niezadowolony z wyniku w półmaratonie, że ostatnie 5km biegłem na nogach z galarety.
Niby coś tam sobie udowodniłem, coś sprawdziłem, ale czy moja kondycja na tym zyskała?

Kiedy oglądam tego kafara, który mówi, że przetrenowanie to tylko wykręty miękkich siurków, to sam nie wiem, czy on naprawdę to wierzy, czy tylko tak sobie piórka stroszy. Jasne, różnica w doświadczeniu między nami jest ogromna, ale ja ze swojego doświadczenia wiem, że bzdury ten pan gada. Bzdury straszliwe, bo JEST coś takiego, jak przetrenowanie. Jest taki stan, w którym boli cię wszystko, nawet, gdy leżysz i się nie ruszasz. Oczywiście, można zacisnąć zęby i wyjść to rozruszać – ale to najkrótsza droga do kontuzji, ponieważ gdy boli, a szczególnie wtedy, gdy nie boli, tylko napierdala znaczy to, że organizm ma dość – że go przeżułeś, wyplułeś i musisz dać mu odpocząć.
Solidnie, uczciwie odpocząć.

Fajnie jest ignorować ból. Samoocena i poczucie twardzielstwa  lecą wtedy w górę szybciej niż kredyt we frankach, ale ignorowanie bólu i zmęczenia to głupota. Jasne, są sytuacje wyjątkowe, jak zawody, starty, gdzie rozsądek dostaje wolne i włącza się prymitywna rywalizacja – ale są to sytuacje wyjątkowe, raz na jakiś czas. Na co dzień bólu trzeba słuchać. Słuchać uważnie i nie ignorować  – „a tam…rozgrzeję się to przejdzie.”
Ból to są „darmowe minuty”, które odkładasz na swoim koncie. Jak odłożysz za dużo – to zaprocentują wyłączeniem systemu.

Gdybym ten film obejrzał pół roku temu, pewnie bym już był na treningu, albo w lesie – bo fajnie jest się nakręcić, poczuć się niezniszczalnym.
Ale niestety, Panie Kafarze, nie ma pan racji.
JEST coś takiego jak przetrenowanie.
Nawet Rocco nie może bez przerwy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s