Po kiego grzyba?

W trakcie niedawnej dyskusji usłyszałem ciekawe pytanie: „Czemu służy bieganie maratonów, ile razy w roku potrzebna nam jest ta umiejętność?”. Odruchowa odpowiedź biegacza brzmi :  „Jak to czemu, przecież to oczywiste” – ale jak się człowiek nad tym chwilę zastanowi, to wcale nie jest to takie oczywiste. Nieraz pokpiwałem sobie z siłowni, jako konkursu piękności dla panów i niemających żadnego przełożenia na codzienność ruchów izolowanych, toteż wypadałoby równie krytycznie przyjrzeć się bieganiu.
Będzie bolało – ale co tam – nie ma mientkiej gry!

Podstawowe pytanie brzmi: po cholerę człowiek biega maratony? Przecież to ani zdrowe, ani przydatne. Tak po prawdzie, to jest zajebiście ryzykowne igranie ze swoim ciałem. Człowiek, który 2/3 swego życia spędza albo leżąc albo siedząc (mówimy tu o standardowym mieszczuchu, praca biurowa, skurcze nadgarstków, lekkie skrzywienie kręgosłupa – wiecie, o co chodzi; zawodowców, pół zawodowców oraz kompletnych świrów zostawmy w spokoju, niech sobie biegają) wychodzi z domu i biegnie przez te 42km po asfalcie. Pół biedy, gdy jest do biegu przygotowany, swoje wybiegał i rozsądnie mierzy siły na zamiary. Bądźmy jednak szczerzy – czy można w ogóle mówić o rozsądku w sytuacji, gdy przez 4 godziny biegnie człowiek z prędkością, powiedzmy 10km/h, albo 13, a czasem nawet 14-15km/h.
Gdzie w tym sens? Gdzie logika? Po co to?

Na mój rozum, to bieganie maratonów nie ma sensu. Wiem, bluźnię, ale poważnie, nie widzę sensu w dymaniu 42km po asfalcie. Żadnego, poza jednym. Chciałem napisać „malutkim”, ale w wielu znanych mi przypadkach, jest to argument kluczowy.
Ambicja.

Chęć sprawdzenia się to wg mnie podstawowy powód ciągnący ludzi do maratonu. Najpierw ma to smak igraszek ze śmiercią: czy dobiegnę, czy dam radę? Inni dają, ale czy ja dam? Czy okażę sie równie twardy, czy może jestem mięciutki, jak jajeczko na śniadanie? A może jestem twardy? Może twardszy od innych? Trzeba pobiec, trzeba się sprawdzić.
Gdy się już pobiegnie raz, gdy okaże się, że od tego człowiek nie umiera, włącza się chęć poprawienia dystansu, sprawdzenia, czy można szybciej, lepiej. Człowiek to zwierzę rywalizujące, porównujące, sprawdzające. Nie oceniam tego, bo tak nas natura ukształtowała. Można to lubić, nie lubić – ale to tak samo, jak nie lubić faktu, że raz jest słońce a raz deszcz.
Bez sensu.

Uczciwie przyznam, że sam jest zwierzęciem MEGA rywalizującym. Głównie z samym sobą. Uwielbiam sprawdzać, co mogę, ile dam radę i z każdego kolejnego progresu cieszę się, jak dziecko z nowej zabawki. Nie zmienia to jednak faktu, że gdy sie kwestii przyjrzeć na chłodno to nie widzę sensu w bieganiu maratonów. Poważnie.

Jestem w stanie zrozumieć „maratonowanie zwiedzające” – jeżdżenie po różnych krajach/miastach i oglądanie ich w trakcie biegu. Co prawda w trakcie takiego biegu zobaczy człowiek niewiele, szczególnie jak pruje na jakiś bardziej wyśrubowany czas, ale jest w tym jakiś element wycieczkowy, można zostać trochę dłużej, pokręcić się po okolicy, coś zobaczyć – ok, to ma dla mnie jako taki sens, choć prawdę mówiąc, równie dobrze można pojechać bez biegowego pretekstu  😉

Mają dla mnie sens różnego rodzaju biegi przełajowe. Ba, są to moje ulubione biegi. Poganiać po lesie, nawdychać się powietrza, zmęczyć się, piwko po biegu wypić – tak, to jest zdecydowanie rozrywka dla mnie. Ale żeby od razu maraton?
No nie. Jakbym nie kombinował, to nie jestem w stanie odnaleźć w bieganiu maratonów sensu innego, jak rywalizacja z innymi i sprawdzenie siebie samego.

Dobra, sensu w tym brak – ale może chociaż się to do czegoś przyda?
Pomyślmy, w jakiej życiowej sytuacji przyda się człowiekowi umiejętność przebiegnięcia 42 kilometrów.
Hmmm…

Forsowny trucht przez stepy Mongolii?
Masowe migracje w czasie wojny?
Ucieczka przed kulawym, acz bardzo krewkim psem?
No sorry, ale nie składa mi sie to do kupy. No ni cholery.

Co to znaczy, że jesteś w stanie przebiec maraton?  Znaczy tyle, że w sytuacji ekstremalnej jesteś w stanie wydusić ze swoich nóg/płuc/serca absurdalną ilość energii. Niestety, energii kompletnie nieprzydatnej, bo w normalnym, codziennym życiu nie ma takich sytuacji, które by tej energii od ciebie wymagały. Jest to sztuka dla sztuki. Robisz maraton w 3h? Świetnie – pogratulować samozaparcia i poświęcenia – ale do czego się to w życiu przyda?

Argument, że jest to jakiś tam miernik wysportowania jest nie do końca trafiony. Czy fakt, że ktoś robi  200 pompek oznacza, że jest bardzo silny? Nie. Jest wytrzymały a przy okazji świetny w robieniu pompek. Tylko pompek. Tak samo z bieganiem długich dystansów. Poza dowodem na wielką siłę woli (bo dojście do poziomu +-3h na maraton wymaga dużych poświęceń i ogromu pracy) jest to też dowód na wielką odporność na wysiłek typu cardio. Ale tylko to. Mocny biegacz może nie być w stanie zrobić trzydziestu pompek – i jaki to jest miernik wysportowania?

Uważam, że poziomem minimum dla zdrowego faceta jest możliwość bezproblemowego przebiegnięcia dychy. Zaraz ktoś słusznie zapyta „hola hola, a gdzie w życiu człowiekowi potrzebna jest umiejętność przebiegnięcia dziesięciu kilometrów? Autobus gonił będzie, czy jak?”.
Dycha to miej więcej tyle, ile przebiega piłkarz w trakcie meczu. Kondycję, pozwalającą na bezproblemowe ganianie za piłką powinien mieć każdy Kowalski – stąd też owa dycha, godzinka niezbyt forsownego truchtu – akurat na zbudowanie formy niezbędnej do poganiania za piłką.
Od tego się nie umiera a i mięsień piwny nieco zmaleje 😉

Zatem czemu służy bieganie maratonów? Jaki to ma sens? Do czego się przyda?

Z praktycznego punktu widzenia, jest to sztuka dla sztuki. Na co dzień, w życiu nie przydaje się toto do niczego. Wielką zaletą biegania jest jego „aspekt socjalny”. Biegając poznałem wielu fajnych ludzi, z którymi spotykam się pozabiegowo, odwiedzamy się, bawimy – ale do tego nie potrzeba maratonów. Pretekstem do spotkania jest byle dyszka, czy weekendowe wybieganie.
Czasem nawet pretekstu nie trzeba.

Z niepraktycznego – ambicja, ambicja, ambicja… Poprawianie czasów, dystansów, życiówek. Poprawianie samopoczucia, samooceny. Niby nic wielkiego, ale to potworna siła.

Szczerze odpowiadając na postawione pytania, muszę powiedzieć, że moim zdaniem bieganie maratonów to pozbawione sensu, kompletnie nieprzydatne zaspokajanie swojej ambicji.
Totalnie nieracjonalne – ale czy wszystko w życiu musi być racjonalne?

Pieprzyć racjonalność.
Rozsądek jest dla mięczaków!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s