Jeszcze biegacze, czy już wariaci?

– no i jak maraton?
– słabo
– to znaczy jak?
– no 4:03
– no to zajebiście!
– ee tam zajebiście, chciałem złamać czwórkę a tu dupa. Pieprzone trzy minuty..

Każdy z nas zna te rozmowy. Każdy je słyszał, połowa pewnie sama tak mówiła. Planował człowiek jakiś czas, robił sobie nadzieje, wiązał się z nimi emocjonalnie – a tu nie wyszło. Mniejsza o powody, po prostu nie wyszło. I złość, i frustracja, poczucie porażki na całej linii. Osoba postronna spojrzy, posłucha i pomyśli „chyba na głowę upadł” – a dla biegacza to dramat. Te nieszczęsne trzy minuty stają się ważniejsze, niż trzy centymetry.

– no i jak tam bieganie, nic nie boli?
– wszystko w porządku, w weekend pobiegłem czternastkę i noga nawet nie pisnęła
– 14km? No ładny dystans!
– eee tam, takie treningowe pitu pitu. Trzy miesiące temu od niechcenia tyle robiłem…

Gdy rozmawiam ze znajomymi biegaczami, odnoszę czasem wrażenie, że żyjemy w jakiejś bańce absurdalnych ambicji. Dystanse, które normalnego człowieka wysłałyby na tamten świat traktujemy jako normalne jednostki treningowe. Nie mówię tu już nawet o freakach, dla których 4:50 to spokojne tempo „truchtacze” a dystanse (tu pozwolę sobie na cytat – pozdrowienia dla Adama)  klasyfikują się jako krótsze = 20-30 km, średnie 30-50, długie – 50 i więcej .
Byle biegacz z rocznym stażem, robi piętnastkę „ot tak, żeby nie wyjść z wprawy” a weekendowe dwie dychy z hakiem to w zasadzie norma.
Zaraz, zaraz. Napisałem „norma”?

Spróbujmy spojrzeć na temat w miarę obiektywnie. Pamiętacie szkolne bieganie na tysiąca, czy 800metrów? Jakie to były wyniki? Jakie samopoczucie? Ja pamiętam doskonale, jak umierałem dymając kółka wokół boiska do nogi. Z resztą, nie trzeba robić wspominkowych wykopalisk, wystarczy cofnąć się o dwa lata, do pierwszego „dorosłego” biegania. Niecałe półtorej km w piętnaście minut, mdłości, chóry anielskie – wszystko było, wszystko pamiętam doskonale. A potem pierwsza piątka, siódemka, ósemka, dycha, słodki Jezu, jestem niezniszczalny… Ale to później, bo na razie takie zakwasy, że nogi z dupy urywa. Nawet nie myślę o dziesiątce, moim marzeniem jest nie krzywić się z bólu podczas wstawania z sedesu…

Pracowałem kiedyś z chłopakami, którzy dość regularnie grali w nogę – dwa razy w tygodniu solidny, półtoragodzinny meczyk. Swoje biegali, a mimo to moje dyszki czy piętnastki były dla nich nie lada wyczynem. Dla mnie nie było to nic specjalnego, bo myślami tłukłem maratony w 3:30 a w marzeniach podszczypywałem w zadek samą Crissie Wellington. Nie przyszło mi do głowy by usiąść i się nad tym zastanowić. Szkoda było czasu na myślenie, liczyło się dymanie kilometrów. Tymczasem, gdy człowiek usiądzie i się zastanowi…

Jak się człowiek chwilę nad tym zastanowi, to wychodzi na to, że się nam, biegaczom zdrowo w głowach pomieszało, że zgubiliśmy zdrową ocenę rzeczywistości i żyjemy mieszanką marzeń i ambicji. Mocno zdradliwą mieszanką. Bo co to znaczy, że ktoś po roku, czy dwóch biegania robi sobie wyrzuty, że pobiegł maraton kilka minut poniżej zakładanego czasu? Wyrzuty takie może sobie robić zawodowiec, który cały swój czas poświęca budowaniu kondycji a nie ktoś, dla kogo bieganie jest formą spędzania wolnego czasu. W ogóle co to za pomysł, robienie sobie wrzutów, bo nie pobiegłem na zakładany czas. Do cholery, człowieku, przebiegłeś 42 kilometry – dystans, na myśl o którym większość ludzi puka się w głowę. Zresztą mniejsza o ludzi. 42 kilometry to prawie dwukrotność dziennego zapotrzebowania na kalorie wypalona w  1/6 doby. Przez kilka godzin biegniesz z sercem w gardle, tętno świruje, nogi dygoczą, organizm pracuje w trybie „japierdolęumieram” a na koniec ma sobie człowiek za złe, że zabrakło mu kilku minut.
Co za absurd!

Mam wrażenie, że wraz z popularnością biegania wkładany weń wysiłek uległ zrelatywizowaniu. 10km w godzinę? Pfff, też mi coś. Nie ważne, że dychę to robi nasza kadra piłkarska w ciągu półtoragodzinnego meczu (z przerwą!). Dycha w godzinę to tak sobie, lipka panie. Półmaraton w dwójkę, maraton w cztery? Mogło być lepiej… W zasadzie ten maraton to też nic wielkiego, bo teraz co drugi biega maratony. Ultra jakieś, stówka po górach – no tak, jest o czym pogadać, a nie jakaś tam dycha za dychę…

A propos ultra – zauważam ciekawy trend wśród swoich biegających znajomych. Coraz więcej osób zaczyna brać udział w biegach powyżej 42km. Dystans królewski przestał wystarczać, został oswojony na tyle, że zrobił się zwyczajny, udomowiony jak pies, czy kot. Przestał być wyzwaniem – bo w sumie co to jest maraton? Ot, takie dłuższe wybieganie, trochę bardziej na czas, z mniejszą lub większą napinką, ale już bez chórów anielskich, bez szału.
Dupy nie urywa.

Daleki jestem od oceniania tego trendu – każdy biega tak, jak czuje się na siłach. Zresztą, sam mam spore doświadczenie w porywaniu się na rzeczy absurdalne, więc jestem ostatnią osobą do komentowania takich zachowań 😉 Ciekawi i na swój sposób fascynuje mnie, jak szybko relatywizuje się wysiłek. Jak dystanse powszechnie uważane za ekstremalne (bo 42km biegiem to JEST ekstrema, nikt mi nie powie, że to normalne) nagle się relatywizują, powszednieją. Jak pięknie się nakręca ta spirala doznań krańcowych.

Był taki czas, że na dychę to mi się wychodzić nie chciało – szkoda przepacać ciuchy na takie drobiazgi. Jak już trenować – to porządnie – niech to będzie jakiś konkret a nie fiu-bździu. Czas powyżej 2 godzin na 21 km uważałem za „taki sobie”, dobry maraton zaczynał się poniżej czwórki.
Bzdura jak Cie mogę.

Nie wiem, czy to kwestia kultury, w której żyjemy, nieustannego porównywania się do lepszych, śrubowania standardów; czy też typowe dla każdej grupy wzajemne się nakręcanie, ale mam wrażenie, że nie biegniemy przed siebie, tylko zapierniczamy wzdłuż jakiejś spirali dalej-więcej-szybciej. Robimy sobie ciśnienie, napędzamy ambicje, robimy jakieś wariackie plany, żeby pierwszy bieg pyknąć w czasie „co najmniej przyzwoitym” zapominając o tym, jak wielki jest to wysiłek. Większość z nas prowadzi siedzący tryb życia (na dupie spędzamy minimum 8h dziennie) a potem wychodzimy z biur, rwiemy na łeb na szyję fundując ogłupionemu organizmowi  jesień średniowiecza i  jeszcze sie irytujemy, gdy biedaczysko nie nadąża za rozpędzoną ambicją.
No ale jak to?

Pamiętam, jak tłumaczyłem żonie, że niesprawiedliwe jest deprecjonowanie swojego wysiłku, tylko dlatego, że ktoś pobiegł dalej/szybciej; że jej truchtana ósemka to o całe osiem więcej od milionów ludzi, którym brak siły by podnieść dupsko sprzed telewizora/komputera. Jasne, nie ma co się porównywać do tych, którzy nie startują, ale jeszcze większą głupotą jest równać do tych, którzy w imię czasu/dystansu poświęcają swoje życie, czasem zdrowie, podczas gdy samemu biega się dla frajdy w wolnym czasie.

Prawdę mówiąc, najlepiej nie równać do nikogo, tylko robić swoje.
Biec tak, jak nogi poniosą – raz lepiej, raz gorzej.
Ważne żeby biec.

 

 

 

Reklamy

8 myśli na temat “Jeszcze biegacze, czy już wariaci?”

  1. Rozsądny głos. Chociaż nie uważam, żeby żal do siebie po „nieudanym” biegu był całkowicie nieuzasadniony. Mój przykład: miałam życiówkę w maratonie 4:28 i zamarzyło mi się zejść poniżej 4:15. Kilka miesięcy bardzo sumiennie wykonanych ciężkich treningów, wymarzony maraton, za szybki początek, umieranie na końcówce i wynik o 9 minut wolniejszy od zakładanego. Oczywiście słyszałam dziesiątki gratulacji, bo przebiegłam maraton. Ale czy to nie jest trochę tak, jakby student 3 roku filologii rosyjskiej solidnie wkuwał do ważnego egzaminu, zdał go na 3 a wszyscy wokół gratulowaliby mu, że przecież i tak tak pięknie po rosyjsku mówi? Nie nazwałabym mojego maratonu „żenadą”, start i tak dał mi wiele radości i każdy jeden poprzedzający go trening był wart ruszenia tyłka z kanapy. Po prostu niedosyt pozostał i irytuje.

    Polubienie

    1. Masz rację; naturalne jest, że człowiek robi sobie oczekiwania, że z każdym startem chciałby biegać coraz lepiej/szybciej/dalej. Problem zaczyna się wtedy, gdy te oczekiwania „fajnie by było, gdyby” przeradzają się w przekonanie, że „MUSI być lepiej bo inaczej lipa i wstyd”. Wielu biegaczy robi sobie z tego straszną napinkę, czasy biegowe stają się dla nich kryterium „fajności” biegu. Jak nie było szybciej/dalej – to niefajnie, trening do bani. Takie nastawienie ma sens u sportowca, który całe swoje życie podporządkowuje wynikom, ale u mieszczucha, który biega dla frajdy/zdrowia jest bez sensu.
      Oczywiście, takie oczekiwanie coraz lepszych wyników jest naturalne, bo chcemy robić postępy, mamy swoje ambicje – ale nie można się doprowadzić do stanu, w którym zaspokojenie ambicji decyduje o tym, czy bieg był fajny, czy nie.
      To ma być (wg mnie) przede wszystkim frajda. Cała reszta to bonus.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s