O odchudzaniu po raz kolejny (i na pewno nie ostatni)

Ponieważ „sport a odchudzanie” to absolutny i niekwestionowany temat nr 1 całej okołosportowej publicystyki,  obrósł on tyloma opiniami i teoriami, że połapanie się w nich to zadanie przerastające zwykłego śmiertelnika. Dlatego też nie mam najmniejszego zamiaru porywać się na jakąkolwiek ich klasyfikację, czy syntezę.
Dziś sprzedam wam kilka ciekawostek.
Ot tak, po prostu.

Najpopularniejsza „sportowo-odchudzaniowa” teoria mówi, że „tłuszcz spala się w ogniu węglowodanów”. Po przełożeniu z polskiego na nasze brzmi to mniej więcej tak: przez pierwsze 20-45 minut wysiłku organizm zużywa cukry, które ma pod ręką (najłatwiej z nich wyciągnąć energię) a dopiero, gdy skończy mu się łatwa energia, sięga po tłuszcz.
Już sam rozrzut czasowy daje tu do zastanowienia.
20-45 minut? Nie za szerokie te widełki?

Gdyby zastosować tą logikę do treningu typu TABATA, który w ciągu czterech minut potrafi doprowadzić do stanu przedzawałowego, trzeba by stwierdzić, że z fitnessowego punktu widzenia jest on bezużyteczny. Tymczasem prawda jest diametralnie inna. Rozkręcony do absurdu organizm wchodzi w tryb awaryjny i spala wszystko, co ma pod ręką. Podwyższony metabolizm utrzymuje się przez ok 1,5 godziny po skończonym treningu – a to oznacza, że tłuszcz spala się sam np. w trakcie jazdy autobusem do domu, albo podczas oglądania ulubionego serialu.
Fajnie? Pewnie że fajnie! Tylko trzeba najpierw przeżyć trening 😉

Jakby tego było mało, trening stricte siłowy ma jeszcze inną „filozofię” spalania tłuszczu. Jak wszyscy wiemy, rosnące bicepsy to nic innego jak zabliźniająca się tkanka mięśniowa. Blizna na bliźnie. Jedna wielka „blizna mięśniowa”.
Żeby te blizny wytworzyć organizm potrzebuje energii. A skąd ma ją wziąć? Ano z tego, co ma pod ręką (odżyweczki, gainerki, te sprawy…) a jak nie ma – to pali sadło – bo skądś musi wziąć paliwo do regeneracji.
Fajnie?
No ja myślę 🙂

Zabrałem kiedyś na crossFit pulsometr, żeby sprawdzić, ile kalorii spala się w trakcie standardowego WODa.  Wynik był całkiem niezły – wyszło tego jakieś 700kcal, czyli tyle, ile w trakcie godziny truchtania średnim tempem. Dużym zaskoczeniem były dla mnie wahania w spalaniu kalorii. Ćwiczenia cardio – biegi, skoki na pudło i wszystko inne, co wpędza organizm w delirkę, utrzymywały stałe 170 uderzeń serca na minutę (a co z tym idzie stosowne spalanie kalorii), natomiast w trakcie ćwiczeń siłowych, tętno spadało do 100-110 uderzeń, co miało bezpośrednie przełożenie na obniżone spalanie. Już wtedy wydało mi się to cokolwiek podejrzane – bo niby jakim cudem palące od planka mięśnie brzucha, czy gotujące się od pistolsów czworogłowe potrzebują   mniej energii, niż takie np pajacyki, czy burpees?
W czym lepsze jest cardio od siłówki?

Rzecz jasna – to nie kwestia tego, co jest lepsze a co gorsze, tylko tego, że pulsometr, jak sama nazwa wskazuje, mierzy puls, ergo nie jest narzędziem do mierzenia wysiłku stricte mięśniowego. Świetnie radzi sobie z przeliczaniem wagi i uderzeń serca na pokonany dystans, ale jest kompletnie bezradny wobec pytania „ile spaliłem biorąc wór ziemniaków w martwym ciągu”.

Mając na uwadze różnorodność bodźców, rodzajów i faz metabolizmu; wiedząc ile czynników wpływa na treningowe spalanie (i jak różne są na ten temat teorie) liczenie kalorii spalonych w trakcie treningu mieszanego (siła/cardio) to w dużej mierze wróżenie z fusów.

Co zatem robić?
Najlepiej to samo, co do tej pory – tylko szybciej, dalej i więcej.
A przynajmniej nie mniej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s