Jak zostałem celebrytą

Popularne w muzycznym światku powiedzenie głosi, że slayer nie ma fanów, tylko wyznawców.  Ja, jako ateusz do grona wyznawców zaliczyć się nie mogę, niemniej statystyki lastFM z ostatnich sześciu lat dobitnie pokazują, że żadnego zespołu nie słucham tak często, jak Tomka Arayi i spółki. Ze slayerem wiąże się tez mój mały biegowy obyczaj –  otóż przekraczając linię mety zawsze krzyczę „slejeeeeeeer”. Nie pytajcie dlaczego –  sam nie wiem 😉
W trakcie zeszłorocznego półmaratonu białostockiego fotograf uchwycił mnie dokładnie w momencie owego okrzyku. Foto wyszło, bez fałszywej skromności, zajebiste. Jedno z lepszych, jakie kiedykolwiek widziałem.

Minęło czasu mało wiele i ktoś ze znajomych podesłał mi linka do „obrazka motywacyjnego” z tymże zdjęciem. Zignorowałbym sprawę, gdyby nie fakt, że obrazek ten autor opatrzył bzdurnym komentarzem w stylu „Nie jest cudem, że wyszedłem biegać, ale to, że dobiegłem”. Że jak? Cudem? żadnym cudem do cholery, tylko ciężką pracą!
Szczęśliwie Facebook dośc żwawo reaguje w temacie naruszenia praw autorskich, więc obrazek zniknął z profilu autora.

Nieco później zacząłem dowiadywać się od znajomych, że owe foto firmuje półmaraton białostocki. Bannery, grafiki facebookowe, mailingi. Zaczynało to wyglądać, jakby bez mojej wiedzy zrobiono ze mnie „twarz półmaratonu”.

focie

Zajrzałem w regulamin biegu (ostatni raz czytałem go jakiś rok temu) a tam stoi jak byk:

Organizator zastrzega sobie, a także podmiotom z nim powiązanym, prawo do przeprowadzenia z każdym z Uczestników wywiadów, robienia zdjęć i/lub filmowania, używania imion i nazwisk, wizerunku, głosu oraz innych materiałów pochodzących lub związanych z uczestnictwem w Biegu na potrzeby reklamowe, promocyjne, a także możliwość ich wykorzystania w Internecie lub transmisjach radiowo-telewizyjnych oraz na wszelkie inne potrzeby komercyjne z prawem do ich modyfikowania. Organizator zastrzega sobie, a także podmiotom powiązanym prawo do nieodpłatnego wykorzystania wszelkich zdjęć, materiałów filmowych, wywiadów i nagrań przedstawiających Uczestników, które mogą być bezpłatnie umieszczane na wybranych nośnikach elektronicznych, katalogach oraz mediach: telewizja, radio, gazety, magazyny, strony internetowe na potrzeby reklamowe i promocyjne. Uczestnik oświadcza, że Organizator nie jest i nie będzie zobligowany do uiszczenia jakichkolwiek opłat związanych z działaniami opisanymi w niniejszym punkcie, udzielając tym samym nieograniczonej licencji na używanie wypowiedzi, informacji bez powiadomienia w celu reklamy i promocji Biegu.

Do tej pory tego typu zapisy traktowałem jako dupochrony na wypadek, gdyby jakiś sfrustrowany człowiek awanturował się, że nie życzy sobie publikowania zdjęcia, na którym wyszedł niekorzystnie, albo okłamał żonę, że jedzie w delegację a naprawdę pobiegł półmaraton. Rok temu uczestnik jednego z maratonów zażądał od organizatorów usunięcia go z listy wyników ponieważ… nie był zadowolony z uzyskanego czasu –  więc rozumiem zasadność takich zapisów. Świrów nie brakuje.
Czym innym jest jednak zapis „na wypadek” a czym innym jest robienie sobie z czyjejś gęby wizytówki biegu.

Sytuacja z półmaratonem białostockim wygląda tak, że chcąc nie chcąc zostałem jego wizytówką. Przeczytałem regulamin, zrozumiałem – wszystko jasne, nie mam pretensji. Poza regulaminami jest jednak jeszcze coś takiego, jak dobre wychowanie. Jeśli się bierze czyjąś gębę na afisz, w dobrym tonie jest zapytać, czy dana osoba nie ma nic przeciwko. Tak po prostu.  To jest jakieś minimum kultury i dobrego wychowania. Jeśli człowiek odpowie „nie” – powinno się to uszanować –  tym bardziej, gdy działa się pod hasłem promocji sportowego, zdrowego stylu życia, fair play, wspólnej dobrej zabawy itp.  Zabawa –  zawsze i wszędzie –  ale nie cudzym kosztem.

Z jednej strony rozumiem organizatorów półmaratonu białostockiego – mają do dyspozycji zajebiste foto, mają zapis w regulaminie – więc dlaczego mieliby z tego nie skorzystać. Mają do tego pełne prawo, ale z kulturowego punktu widzenia, biorąc pod uwagę tzw. dobre maniery to niestety, ale wioseczka tańczy i śpiewa.

Znajomi pytają mnie, czy zaoferowano mi chociaż pakiet startowy.
Śmiejąc się, zgodnie z prawdą odpowiadam, że nie –  jeszcze stać mnie, by samemu zapłacić za swój start. Jako grafik z zawodu ubolewam tylko nad jakością materiałów, które swoją twarzą firmuję i z lekkim niepokojem myślę o zapisie mówiącym o prawie do modyfikowania.
Graficy-amatorzy to zło okrutne 😉

Ktoś mógłby się zapytać –  ale w czym problem – mam darmową promocję, jestem „gwiazdą” itd.
Prawdę mówiąc to ani to promocja (bom anonimowy), ani ze mnie gwiazdor (Dorocińskim to ja się nie urodziłem, niestety). Nie ma problemu – zapisy są jasne i nie ma co się ciskać. Jest za to spory niesmak, bo całą sprawę można było załatwić jak ludzie – zapytać, poinformować, dogadać się jak dorośli –  a tymczasem sprawę załatwiono „na komornika” , w stylu „mam na to paragraf i może mi pan skoczyć”.
Słabizna…

Czy cała ta sytuacja czegokolwiek uczy? Niczego. W  regulaminie każdego biegu jest taki, albo podobny zapis dający prawo do wykorzystywania wizerunku -dupochron na GIODO, frustratów i innych pazernych, którzy mogliby próbować wyłudzić coś od organizatorów. Nie godzisz się na zapis – to nigdzie nie biegniesz. Możesz wybierać, ale tak naprawdę nie masz żadnego wyboru.
Po naszemu albo wcale.

Tak, czy owak pobiegnę sobie tą połówkę, choćby po to, by po biegu zjeść pizzę z dawno nie widzianymi znajomymi. Piwem wypłuczę niesmak i zapomnę o sprawie.
„Niech się wstydzi ten, co robi a nie ten, co widzi”.

Reklamy

Zły przykład

Gdy rok temu czytałem „Bez ograniczeń” Crissie Wellington uderzył mnie opis człowieka, który ukończył Iron Mana bez nóg. Na protezach. Przez długi czas widziałem go oczami wyobraźni, jak przystaje, zdejmuje protezy – najpierw jedną, potem drugą – i wylewa z nich krew zmieszaną z potem. Podziwiałem go za upór i niepoddawanie się. Był dla mnie wzorem twardziela, który nie daje za wygraną. Chciałem być taki jak on – rzecz jasna z obiema moimi nogami – nie poddawać się, łamać bariery, przesuwać granice.
Ów pęd do przesuwania granic doprowadził mnie do dwóch kontuzji. Szczęśliwie tyleż upierdliwych, co niegroźnych. Dzięki nim miałem czas zatrzymać się, załapać oddech i zastanowić się, czego ja od tego sportu tak naprawdę oczekuję, co w nim  jest dla mnie ważne.
Czego chcę.

Patrząc z perspektywy czasu,  te dwie kontuzje były równie ważne, co treningi.
A kto wie, czy nie ważniejsze?

Gdy człowiek łapie zajawkę na sport, z miejsca chce być najlepszy. To normalny i oczywisty mechanizm –  wystarczy spojrzeć na dzieciaki biegające za piłką. Czyje nazwiska noszą na koszulkach? Oczywiście tych najlepszych, najbardziej rozpoznawanych, znanych ze spektakularnych akcji.
Dorośli nie są inni (w końcu to tylko duże dzieci). Zaczynają biegać i dostają wypieków przy lekturze Scotta Żurka. Skoro jego kolega mógł pobiec maraton z połamaną kością (bodaj) stopy, to znaczy że da się, że nie ma co się rozmieniać na drobne, nie ma co rozczulać, tylko wciągać chlorellę ze spiruliną i dokręcać śrubę – bo bez bólu nie ma efektów.

Czytając o ludziach biegających codziennie maraton, czy robiących 33 Iron Many pod rząd (dzień w dzień) nakręcamy się na podobne wyniki. Przestaje wystarczać „zwykły” codzienny ruch, nawet jeśli ten ruch to ok 200km miesięcznie czyli, jak na prowadzącego siedzący tryb życia mieszczucha, bardzo dużo. Przestaje się doceniać codzienny wysiłek,  bo liczą się tylko największe, spektakularne efekty. Jak te dzieciaki biegające w koszulkach „Ronaldo” chcemy dokonywać rzeczy wielkich, z przytupem. Chcemy być jak nasi idole.

Problem w  tym, że pomiędzy księgowym Kowalskim a sportowcem z piedestału zionie olbrzymia przepaść. Kowalski ma siedzącą pracę, lekką nadwagę, postępujące skrzywienie kręgosłupa, rodzinę i związanie z tym obowiązki domowe. Dla Kowalskiego sport jest formą spędzania wolnego czasu, przyjemnością, małym luksusem wciśniętym między obowiązki. Porównywanie go z człowiekiem, który żyje sportem i ze sportu, poświęca mu wszystko łącznie ze zdrowiem to jak stawianie wrotek obok buldożera. Mimo to, Kowalski patrzy na ten buldożer z podziwem i myśli sobie „też taki będę, po prostu mocniej się przyłożę,  wypruję sobie flaki, wyjdę z siebie i trzasnę drzwiami –  bo skoro oni dali radę, to i ja dam”.

Ale po co?

To banalne pytanie jest kluczem do wszystkiego. Po co? Po co mam się zarzynać i napinać? Co mi to da? Co chcę przez to osiągnąć? Co w moim życiu zmieni, że pobiegnę IronMana, ultramaraton, czy maraton poniżej trzech godzin?
Najprostsza odpowiedź brzmi „żeby się sprawdzić”. No dobrze, ale po co?  Co mi to da, że się sprawdzę? Powiedzmy, że pobiegnę i dobiegnę –  czy ta chwila euforii tuż po dobiegnięciu jest tego warta? Czy warto dla niej ryzykować zdrowiem?
Pytanie to towarzyszy mi zawsze, gdy czuję moc w nogach, pogoda jest ładna, droga prosta i aż korci żeby docisnąć oporowo, czy pobiec dodatkowych kilka kilometrów.
Ale po co? Co mi to da? Czy tych kilka km, czy ten moment euforii jest tego wart? Dziś docisnę a potem trzy dni spauzuję, bo organizm upomni się o swoje. I po co to? Co sobie tym udowodnisz, chłopaku?

Żyjemy w kulturze przesterowania – wszystko musi być super, hiper, mega –  albo jest zajebiste albo nikt nie zwraca na to uwagi (ergo: nie istnieje).Wariaci są widoczni, bo są nośni, medialni, ale żadne z tych noszących ich mediów nie mówi o tym, jaką cenę za swoje wariactwo płacą, bądź dopiero przyjdzie im zapłacić.

Przed kontuzją w sporcie najbardziej kręciło mnie zatracenie. Pobiec w trupa, trenować do zarzygu, do granicy, za którą zawroty głowy i drżenie rąk. Być jak ci wariaci, być jednym z nich. Być zajebistym. Kontuzja pokazała mi, że to błąd. Nie chodzi o to, by sprawdzać, gdzie jest ściana i jak głośno da się do niej krzyknąć „spierdalaj mi z drogi”. Choćbym zdarł sobie gardło, ściana nie zniknie – grzecznie się przesunie i poczeka aż się o nią rozbiję – i tyle mojego krzyku.

Branie przykładu z najlepszych, z wariatów, z tych którzy dokonują rzeczy spektakularnych to błąd. W ogóle, branie przykładu z kogokolwiek to błąd. Istotne jest by nie dać się wkręcić w spiralę napinki: szybciej, dalej, na większym hardkorze. Gówno prawda! Olać to i robić swoje. Ktoś zdublował twoje osiągnięcia –  i co z tego? Robisz swoje dla poklasku, dla akceptacji, dla lepszego miejsca w szeregu, czy robisz to, bo to lubisz?
Po co to robisz?
Dla kogo?

Robić swoje i dla siebie –  to jest wg mnie klucz do normalności. Wypieprzyć  wszystkie książki biegowe, odlajkować  na fejsbuniu  wszystkie „strony motywacyjne”, przestać oglądać się na innych i robić swoje. Dać sobie prawo do słabości, do błędu, do gorszego dnia. Oceniać się realistycznie i takie stawiać sobie cele – bez celowania w kosmos i osiągi olimpijskie.
Nie porównywać, nie oceniać tylko cieszyć się tym, co jest.

W kulturze napinki i rywalizacji zdrowo jest „olać system” i zostać anarchistą. W dupie mieć opinię innych i pęd do sukcesu. Odrzucić parcie na czas, czy dystans – bo tak naprawdę liczy się przyjemność i spokój ducha.
Oraz brak kontuzji 😉

Takiego wała

Jak już człowiek chwilę ten sport pouprawia, gdy już wie, że nie jest to chwilowe zauroczenie tylko poważniejszy związek, zaczyna obrastać w gadżety.
Nie w TAKIE „gadżety”, świntuchu!
W sportowe.

Gadżetem, bez którego trudno byłoby mi sie obejść jest wałek rehabilitacyjny. Nazwa trochę myląca, gdyż może stwarzać złudzenie że jest to zabawka tylko dla tych kontuzjowanych. Otóż nie – jest to gadżet dla wszystkich a jego głównym zadaniem jest przeciwdziałać kontuzjom i zakwasom. Gdyby ode mnie to zależało, nazwałbym go pieprzonym narzędziem tortur, wałkiem śmierci,  albo coś w ten deseń.

Ktoś zapyta (i słusznie) po kiego wała komuś taki wałek. Żeby na to odpowiedzieć trzeba opowiedzieć (sam nie czuję jak rymuje) o technikach rehabilitacyjnych, które w głównej mierze opierają się na masażu. A czym jest masaż? Masaż to nic innego jak ukrwienie oraz drobny, miejscowy stan zapalny. Organizm dostaje sygnał „oho, coś się dzieje” i posyła w „zapalone” miejsce substancje leczące a ponieważ miejsce jest dobrze ukrwione, substancje owe przybywają szybko i tłumnie, toksyny zostają usunięte, w efekcie czego następuje miejscowa poprawa, czyli leczenie.

Powiedzmy sobie, że machnęliśmy solidny trening, w trakcie którego w mięśniach nazbierało się sporo produktów przemiany materii, kwasu i innego syfu. Jeśli nie rozmasujemy nóg usunięcie wszystkich tych śmieci zajmie standardową ilość czasu (powiedzmy 48godzin). Jeśli jednak solidnie je rozmasujemy, organizm wejdzie w tryb awaryjny (stan zapalny), usunięcie toksyn potraktuje priorytetowo i nazajutrz będzie można ponownie stawać do akcji.
Testowałem to na sobie.
Działa.

Masowanie wałkiem ma dwie, nie takie znowu drobne, wady.
Po pierwsze boli.
Boli, bo nie da się bezboleśnie „rozbić” skurczonych mięśni. Musi boleć. Chyba, że masz czas na półgodzinne lajtowe mizianki – nie próbowałem, ale zakładam, że boli mniej od dziesięciominutowego konkretu.

Druga wada to cena. Porządny wałek kosztuje 150 złotych. Na allegro można kupić wałki tańsze, bez wypustek (czasem za 1/3 tej ceny) ale z mojego doświadczenia nie mają one startu do porządnego wałka z bajerami. Serce boli, ręka drży, ale nie ma drogi na skróty. Chcesz mieć porządny wałek – płacz i płać.

Można się zastanawiać, czy to na pewno potrzebne, czy to nie zbędny gadżet, który wala się po domu i nawet podlansować się nim za bardzo nie można (za taką kasę można już jakiś fajny ciuch kupić).
Moim zdaniem lepiej zrezygnować z kolejnej pary butów i pieniądze przeznaczyć na sprzęt, dzięki któremu szybciej wrócimy do formy.  Nie oszukujmy się – ciuchów i gadżetów kupujemy ponad normę. Oczywiście, każdy z nich się przyda –  ale co innego „przyda się” a co innego „dzięki niemu poczuję sie lepiej”.

No, chyba, że ktoś lubi jak go zakwasy napieprzają. Wówczas zamiast wałka lepiej kupić pałkę.
I walnąć się w łeb 😉

Najgorszy trening

Czekałem na ten trening. Specjalnie zrobiłem sobie weekend wypoczynkowy – niech ciało odpocznie, niech psychika nabierze chcicy i w poniedziałek dam takiego ognia, że kettle będą fruwały.
Taki był plan.

Całą noc z niedzieli na poniedziałek lało. Zanim zaprowadziłem córę do przedszkola miałem już mokro w butach.  Może odpuścić? Nie, nie po to czekałem, żeby mnie teraz deszcz wystraszył. Więc siup do autobusu, godzinka w korku (bo to przecież poniedziałek rano i deszcz pada), chwilka z buta przez Lemingrad i cyk, jestem w boxie.

W planach była zmodyfikowana Annie – pół kilometra wkupnego z dziesiątką na ramieniu, następnie Double Unders i X-crunch w opcji 50-40-30-20-10 i na koniec, w ramach deseru kolejne pół km z piłą lekarską.
Znam tego WODa, lubię go – więc zapowiadała się fajna zabawa.

Rozgrzewka poszła super. Skakaneczka śmigała jak wściekła, double coraz lepiej wychodziły. Troszkę kettla, troszkę sztangi (coraz lepiej mi te przysiady idą) i bierzemy się za robotę.
Zegar start.

Wkupne poszło jak bajka – pół km w 3 minuty z lekkim hakiem. Myślami odhaczając kolejny mały sukces chwytam się za skakankę i po chwili czuję piekący ból łydek. Co to jest? Przecież się rozskakałem. Jeszcze raz, no ojciec, dajesz…
Ciach po łydkach.
No co to kurwa  jest, weź się chłopie w garść.
Ciach po łydkach.
Nie no, spokojnie. Skup sie na tym, co robisz.
Ciach.
WEŹ SIĘ SKUP.
Ciach.
WEŹ.SIĘ.KURWA.SKUP.
Ciach. Ciach. Ciach…

Powiedzieć, że nie idzie mi skakanie, to duży komplement. Porażka po całości. Skaczę po 4, 5 singli – jak na pierwszym treningu, jakbym nigdy w życiu nie skakał. Wściekam się, bo jeszcze chwilę temu powietrze furczało od skakanki – a tu  gówno, rondo – tłukę sobie tą linką po nogach i tyle mojego skakania.
Noż kurwa mać…

Zaczynam kombinować jak prima balerina: a może w złym miejscu skaczę, może podłoga jest nierówna. Przesuwam się w bok – to samo. W drugi bok – to samo. Może coś ze skakanką? A gdzie tam – boxowymi walę po łydkach tak samo, jak własną. Planowo powinienem już drugą rundę robić – a tu jeszcze połowy pierwszej nie widać. Wściekam się i miotam. Mam ochotę jebnąć skakanką o ścianę, rzucić ten trening w pizdu i pójść do domu.
No nie jest to mój dzień.

Zara zara, jakie do domu? To po to się tu tłukłeś, żeby teraz podwinąć ogon? Taki z ciebie fajter? Może się jeszcze kurwa popłaczesz, co? Tak, weź się rozhisteryzuj, na pewno chłopaki cię pocieszą i pogłaszczą po głowie. Na pewno podziękują za szczeniackie zachowanie i niepotrzebne nerwy. Weź się kurwa w garść i rób swoje tak długo, aż zrobisz. Dziś nie idziesz na rekord, dziś walczysz o przetrwanie. Bierz tą skakankę i nakurwiaj, choćby sobie po łydkach. Rozumiesz?
Dajesz ojciec, dajesz!

Ostatnia runda zastaje mnie w trzydziestej trzeciej minucie. Z ulgą zarzucam dychę na ramię i zapierniczam 6 kółek wokół boxa. Niech to się jak najszybciej skończy. Chcę wyjść i zapomnieć o tym treningu.
Gdy rzucam piłkę na ziemię zegar pokazuje 36:45.
Co za porażka. Idź ty ojciec w pizdu…

Szum prysznica uspokaja i zaczynam myśleć trochę rozsądniej.
Kolejno odlicz:
– przyjechałeś na trening mimo dupnej pogody? Przyjechałeś.
– jest progres z przysiadami? Jest.
– wypróbowałeś nowe ćwiczenia z kettlami? Wypróbowałeś.
– zrobiłeś dobre rozciąganie? Zrobiłeś.
Więc jedynym, co ci nie wyszło, był WOD. Jest  4do 1 – więc nie ma co płakać. Nawet, jeśli zjebałeś tego WODa (a nie oszukujmy się, tak właśnie było) to nie odpuściłeś, walczyłeś do końca i zrobiłeś, co było do zrobienia. Może na tablicy rekordów tego nie zapiszesz, ale zrobiłeś to – i tylko to się liczy. Szło jak kurwie w deszcz a ty nie wymiękłeś – więc nie marudź ojciec i bierz się w garść. Reszta dnia przed tobą…

I naprawdę, przestań się nad sobą rozczulać. Dostałeś lekcję pokory, że nie wszystko zawsze od ciebie zależy. Czasem po prostu coś się zesra i nic na to nie poradzisz.
I wtedy nie ważne, jak walczysz. Ważne, że do końca.

Nie ma stylówki – nie ma wyników

Dość powszechne w crossfitowym światku jest utyskiwanie na ceny ciuchów od reeboka, które to ceny, jeśli chodzi o akcesoria do CF, są delikatnie rzecz ujmując przepałowane. Nie tylko w Polsce. Znajomy, który niedawno był w stanach pisze, że i jankesi, choć zarabiają od nas nieporównywalnie lepiej, dostrzegają, że coś tu jest z cenami nie kaman.
Ale co poradzić, lans kosztuje…

Dla mnie sprawa jest jasna: coś jest modne – to jest drogie. Jest moda na crossFit – to i ceny ciuchów lecą w kosmos.
Co z tym zrobić?
Ja na ten przykład nie robię z tym nic. Dosłownie. Po prostu nie kupuję crossFitowych ciuchów i mam problem z bani.  Trenuję w gatkach z decathlonu za 29zł sztuka, skarpetki kalenji złotych 16zł za trójpak, buty biegowe, koszulki pobiegowe, frotki 10tki asica 18zł za dwie sztuki – i siup, tyle mojego crossfitowego lansu.

Ale żeby nie było, że jestem taki święty hipster, co  ma na lans wyjebane.
Mam koszulkę biegową z długim rękawem. Piękną jak marzenie. Niestety, na razie mogę ją nosić tylko pod kurtkę, gdyż albowiem na podwórku luty i piździ jak w Kieleckiem. Pewnego razu nie wytrzymałem i zabrałem ją na trening. Wytrwałem w niej może do połowy rozgrzewki – już po biegu i pajacykach miałem serdecznie dość , toteż rzuciłem ją w kąt i resztę trenignu zrobiłem półnagi.
Tyle było mojego lansu.

Oglądając crossfitowe filmiki niejednokrotnie zastanawiam się, dlaczego niektórzy ćwiczą w koszulkach z długim rękawem, długich spodniach, czy czapkach. Widząc kolesia w czapce trzaskającego toes to bary automatycznie zastanawiam się, jak on to wytrzymuje. Mi w trakcie treningu przeszkadza wszystko – pot leje się jak z zarzynanego prosiaka, ręce ślizgają, gorąco jak piecu hutniczym. Za cholerę nie jestem sobie w stanie wyobrazić, że miałbym ćwiczyć w długich rękawach/nogawkach.
Crossfitowe Memy mówią, że we własnym pocie jeszcze nikt się nie utopił.
Ja byłbym pierwszy.

Można pomyśleć, że to kwestia charakterystyki treningów – ja robię głównie kardio/core/wytrzymałość – więc silą rzeczy pocę się jak hydraulik przy pracy – ale ta teoria pada szybciej od rzuconej sztangi. Każdy WOD to praca na szalonej intensywności, która wyciska z człowieka wszystkie soki. O ile na zajęciach technicznych można mówić o „spokojnej” pracy, o tyle WOD to jazda po bandzie, gdzie nie ma zmiłuj. Człowiek zapierdala na granicy wytrzymałości i nie ma takiej opcji żeby, delikatnie rzecz ujmując, nie zrobiło mu się odrobinę gorąco. Ja na letnich zajęciach nosiłem ze sobą dwa ręczniki – jeden do wycierania w trakcie treningu, drugi pod prysznic. Z czasem, gdy okazało się, że po pięciu minutach rozgrzewki i tak ściągam koszulkę, zacząłem jej używać jako ręcznika, dzięki czemu przynosiłem tylko ten prysznicowy – zawsze to trochę więcej miejsca w torbie 😉

Rozumiem lans i modę, ale ćwiczenie w długich rękawach/nogawkach to dla mnie równoznacznik zakładania futra na boże ciało. Ok, polansić się fajna rzecz, ale są rzeczy od lansu ważniejsze. Gdy robię 70te burpee to prawdę mówiąc w dupie mam to, co noszę i jak w tym wyglądam. Gdy zarzynam się, by zmieścić jeszcze jedną rundę interesuje mnie tylko to, by nic mi nie przeszkadzało, niech nic mnie nie krępuje, nic oblepia.
Niech mnie nic nie wkurwia.

Co cię nie zabije – to Cię zmęczy: Wall Ball Shots

Idę o zakład, że gdyby zapytać sto przypadkowych osób, z czym kojarzy im się piłka lekarska, 95% przywołałoby jakieś traumatyczne wspomnienie ze szkolnych lekcji wuefu. Sam takie miałem. Nauczyciel frustrat, jakieś bezsensowne rzucanie piłką na ocenę. Kogo to interesowało, gdy obok było boisko do nogi i kosza?
Minęło 20 lat i piła lekarska stała się jednym z moich ulubionych rekwizytów. Polubiłem ją jeszcze bardziej, gdy na okoliczność kontuzji musiałem obstawić większość ciężarów i skupić się na ogólnorozwojówce. Obecnie dodaję ją niemal do każdego treningu.

Piłka lekarska jest jednym z filarów crossFitu, zaś flagowe ćwiczenie z jej wykorzystaniem – Wall Ball Shots to jeden lepszych CrossFitowych killerów.
Na czym polegają WBS pokazuje filmik poniżej

Na pierwszy rzut oka wydaje się to banalne. Bierzesz piłkę, kucasz, wyrzucasz wstając, łapiesz kucając – proste jak konstrukcja cepa.
Nie dajcie się zwieść pozorom – w tej prostocie tkwi wielka siła i morderczy potencjał.

Jednym z podstawowych założeń treningu funkcjonalnego jest zaangażowanie jak największej liczby stawów i mięśni. Jak do tego dochodzi jeszcze koordynacja i ogólne ogarnięcie – to już w ogóle są delicje i mamy ćwiczenie idealne.
Czy takie są WallBallShoty?
Popatrzmy.

Najpierw kucamy – pracują wszystkie stawy w nogach + biodra.
Następnie jest wyrzut – poza nogami pracuje teraz brzuch, plecy i cały szeroko rozumiany „core”. Do tego dochodzą ramiona, które muszą te sześć/dziesięć kilo wyrzucić w powietrze.
Złapanie piłki to moment, w którym najważniejsze staje się ogarnięcie, bo mówiąc bez ogródek, kto piłki nie złapie ten w mazak wyłapie (uwierzcie mi, 6kilo na twarz to żadna radość – dostałem nie raz).
Ostatni element to powrót do przysiadu – czyli znowu plecy, dół brzucha i nogi po całości.
I jedziemy od nowa 🙂

W jednym ćwiczeniu angażujemy, tak pi razy oko 70% posiadanych mięśni. Uczymy się poprawnego przysiadu (pięty na ziemi), ruchów eksplozywnych (wyrzut) i psychomotorycznego ogarnięcia (pamiętajcie, piłka spada).
Czy jest to ćwiczenie idealne? Pewnie nie dla wszystkich. Można się spierać, czy nie lepsze jest rwanie sztangi z podrzutem. Dla mnie WBS to ćwiczenie skończone. Gdybym na treningu miał robić tylko jedną rzecz, byłaby to zabawa z piłką lekarską.

Poza Shotami, piłka lekarska przydaje się do biegania. Pierwsze sto metrów z dziesiątką na ramieniu wydaje się dziecinnie proste, ale już po dwustu jedynym, na co ma człowiek ochotę, to rzucić tą piłkę w cholerę. Plus biegania z piłą jest taki, że znacząco wzrasta siła i wytrzymałość. Podczas niedawnego wybiegania po lesie byłem zaskoczony, że pomimo świeżego śniegu i ślizgania się na ubitym, czas na kilometr miałem o 30 sekund mniejszy, niż w normalnych warunkach. Ewidentnie był to wynik siłowego biegania z piłką lekarską.
Pół kilometra przed i po treningu robi swoje.

Drugim fajnym ćwiczeniem z piłką jest „ruski twist”. Tu pójdę na łatwiznę i posłużę się filmikiem.

Wygląda niepozornie, ale jak większość niepozornych ćwiczeń, daje w dupę, że hej. Poczujesz brzuch, poczujesz ręce.
Poczujesz, że masz ochotę  komuś tą piłką pier*** ekhem, ten teges…

Moim piłkowym faworytem (a raczej faworytą) jest WOD oparty tylko na piłce lekarskiej. Karen – bo tak się ów WOD nazywa –  wymaga od ciebie tylko jednego: 150 Wall Ball Shotów w czasie poniżej 12 minut.
Brzmi banalnie? To zapraszam do zabawy z Karen.
Nie raz nazwiesz ją suką.
A potem do niej wrócisz 😉