Zły przykład

Gdy rok temu czytałem „Bez ograniczeń” Crissie Wellington uderzył mnie opis człowieka, który ukończył Iron Mana bez nóg. Na protezach. Przez długi czas widziałem go oczami wyobraźni, jak przystaje, zdejmuje protezy – najpierw jedną, potem drugą – i wylewa z nich krew zmieszaną z potem. Podziwiałem go za upór i niepoddawanie się. Był dla mnie wzorem twardziela, który nie daje za wygraną. Chciałem być taki jak on – rzecz jasna z obiema moimi nogami – nie poddawać się, łamać bariery, przesuwać granice.
Ów pęd do przesuwania granic doprowadził mnie do dwóch kontuzji. Szczęśliwie tyleż upierdliwych, co niegroźnych. Dzięki nim miałem czas zatrzymać się, załapać oddech i zastanowić się, czego ja od tego sportu tak naprawdę oczekuję, co w nim  jest dla mnie ważne.
Czego chcę.

Patrząc z perspektywy czasu,  te dwie kontuzje były równie ważne, co treningi.
A kto wie, czy nie ważniejsze?

Gdy człowiek łapie zajawkę na sport, z miejsca chce być najlepszy. To normalny i oczywisty mechanizm –  wystarczy spojrzeć na dzieciaki biegające za piłką. Czyje nazwiska noszą na koszulkach? Oczywiście tych najlepszych, najbardziej rozpoznawanych, znanych ze spektakularnych akcji.
Dorośli nie są inni (w końcu to tylko duże dzieci). Zaczynają biegać i dostają wypieków przy lekturze Scotta Żurka. Skoro jego kolega mógł pobiec maraton z połamaną kością (bodaj) stopy, to znaczy że da się, że nie ma co się rozmieniać na drobne, nie ma co rozczulać, tylko wciągać chlorellę ze spiruliną i dokręcać śrubę – bo bez bólu nie ma efektów.

Czytając o ludziach biegających codziennie maraton, czy robiących 33 Iron Many pod rząd (dzień w dzień) nakręcamy się na podobne wyniki. Przestaje wystarczać „zwykły” codzienny ruch, nawet jeśli ten ruch to ok 200km miesięcznie czyli, jak na prowadzącego siedzący tryb życia mieszczucha, bardzo dużo. Przestaje się doceniać codzienny wysiłek,  bo liczą się tylko największe, spektakularne efekty. Jak te dzieciaki biegające w koszulkach „Ronaldo” chcemy dokonywać rzeczy wielkich, z przytupem. Chcemy być jak nasi idole.

Problem w  tym, że pomiędzy księgowym Kowalskim a sportowcem z piedestału zionie olbrzymia przepaść. Kowalski ma siedzącą pracę, lekką nadwagę, postępujące skrzywienie kręgosłupa, rodzinę i związanie z tym obowiązki domowe. Dla Kowalskiego sport jest formą spędzania wolnego czasu, przyjemnością, małym luksusem wciśniętym między obowiązki. Porównywanie go z człowiekiem, który żyje sportem i ze sportu, poświęca mu wszystko łącznie ze zdrowiem to jak stawianie wrotek obok buldożera. Mimo to, Kowalski patrzy na ten buldożer z podziwem i myśli sobie „też taki będę, po prostu mocniej się przyłożę,  wypruję sobie flaki, wyjdę z siebie i trzasnę drzwiami –  bo skoro oni dali radę, to i ja dam”.

Ale po co?

To banalne pytanie jest kluczem do wszystkiego. Po co? Po co mam się zarzynać i napinać? Co mi to da? Co chcę przez to osiągnąć? Co w moim życiu zmieni, że pobiegnę IronMana, ultramaraton, czy maraton poniżej trzech godzin?
Najprostsza odpowiedź brzmi „żeby się sprawdzić”. No dobrze, ale po co?  Co mi to da, że się sprawdzę? Powiedzmy, że pobiegnę i dobiegnę –  czy ta chwila euforii tuż po dobiegnięciu jest tego warta? Czy warto dla niej ryzykować zdrowiem?
Pytanie to towarzyszy mi zawsze, gdy czuję moc w nogach, pogoda jest ładna, droga prosta i aż korci żeby docisnąć oporowo, czy pobiec dodatkowych kilka kilometrów.
Ale po co? Co mi to da? Czy tych kilka km, czy ten moment euforii jest tego wart? Dziś docisnę a potem trzy dni spauzuję, bo organizm upomni się o swoje. I po co to? Co sobie tym udowodnisz, chłopaku?

Żyjemy w kulturze przesterowania – wszystko musi być super, hiper, mega –  albo jest zajebiste albo nikt nie zwraca na to uwagi (ergo: nie istnieje).Wariaci są widoczni, bo są nośni, medialni, ale żadne z tych noszących ich mediów nie mówi o tym, jaką cenę za swoje wariactwo płacą, bądź dopiero przyjdzie im zapłacić.

Przed kontuzją w sporcie najbardziej kręciło mnie zatracenie. Pobiec w trupa, trenować do zarzygu, do granicy, za którą zawroty głowy i drżenie rąk. Być jak ci wariaci, być jednym z nich. Być zajebistym. Kontuzja pokazała mi, że to błąd. Nie chodzi o to, by sprawdzać, gdzie jest ściana i jak głośno da się do niej krzyknąć „spierdalaj mi z drogi”. Choćbym zdarł sobie gardło, ściana nie zniknie – grzecznie się przesunie i poczeka aż się o nią rozbiję – i tyle mojego krzyku.

Branie przykładu z najlepszych, z wariatów, z tych którzy dokonują rzeczy spektakularnych to błąd. W ogóle, branie przykładu z kogokolwiek to błąd. Istotne jest by nie dać się wkręcić w spiralę napinki: szybciej, dalej, na większym hardkorze. Gówno prawda! Olać to i robić swoje. Ktoś zdublował twoje osiągnięcia –  i co z tego? Robisz swoje dla poklasku, dla akceptacji, dla lepszego miejsca w szeregu, czy robisz to, bo to lubisz?
Po co to robisz?
Dla kogo?

Robić swoje i dla siebie –  to jest wg mnie klucz do normalności. Wypieprzyć  wszystkie książki biegowe, odlajkować  na fejsbuniu  wszystkie „strony motywacyjne”, przestać oglądać się na innych i robić swoje. Dać sobie prawo do słabości, do błędu, do gorszego dnia. Oceniać się realistycznie i takie stawiać sobie cele – bez celowania w kosmos i osiągi olimpijskie.
Nie porównywać, nie oceniać tylko cieszyć się tym, co jest.

W kulturze napinki i rywalizacji zdrowo jest „olać system” i zostać anarchistą. W dupie mieć opinię innych i pęd do sukcesu. Odrzucić parcie na czas, czy dystans – bo tak naprawdę liczy się przyjemność i spokój ducha.
Oraz brak kontuzji 😉

Reklamy

6 myśli na temat “Zły przykład”

  1. to ja mam tylko małe "ale" (tak chyba dochodzi do dyskusji) – sam napisałeś, że przed kontuzją frajdę sprawiała ci właśnie ta jazda po bandzie, to balansowanie na krawędzi własnych możliwości. To skoro robi się to-to dla frajdy, a frajdę daje właśnie zajechanie – to czy należy się stopować?

    Polubienie

  2. Jeśli chcesz się sportem cieszyć dłużej, niż jeden sezon – to tak, trzeba się stopować. Pojedziesz po bandzie raz, drugi, trzeci a potem kontuzja i trzy miesiące z głowy. I dopiero wtedy jest frustracja – bo nie tylko nie możesz dawać po bandzie, ale nie możesz nic.
    To się nie opłaca.

    Polubienie

  3. Bardzo ciekawy artykuł. Zgadzam się z autorem. Sama wkręciłam się w tą spiralę "zajebistości", po której zostało mi kalectwo do końca życia. Nic na siłę bo można się przejechać i to ostro. Pozdrawiam.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s