Sezon na samobójców

Siódma czterdzieści. Wyjeżdżam spod bloku wioząc córkę do przedszkola. Jadę 20, góra 30km/h – jak to na osiedlowych uliczkach. Koło stacji benzynowej,  na przełaj, przez trawnik wyskakuje mi poranny biegacz – nawet nie zwolnił – po prostu wbija centralnie pod koła. Daję po hamulcach. Potem w klakson. On  zatrzymuje się, pokazuje mi środkowy palec – i biegnie dalej.
Głośno pozdrawiam jego matkę, córka słucha (tak, wiem, to niewychowawcze) i jedziemy do przedszkola.
No co za debil…

Zaprowadziwszy córkę do przedszkola wracam do wozu. Patrzę w lewo- i uśmiech występuje mi na lico – biegnie mój kolega w czarno-arbuzowej kurteczce. Mam cię, chujku – myślę sobie i już czuję to uderzenie adrenaliny, już się spinam, już szykuję… No, podbiegnij zajączku jeszcze kawałek…
I wtedy przychodzi chwila otrzeźwienia: Daj spokój, ojciec, będziesz bójkę pod przedszkolem wszczynał? Chcesz przez debila iść na policję? Odpuść kretynowi, nie jest tego wart. Przecież i tak niczego go nie nauczysz a ludzie poświadczą, że pierwszy zacząłeś…

Nie wiem, czy to kwestia tego sezonu, czy zwyczajnie zapomniałem jak to było rok temu, ale od czasu gdy tylko zrobiło się nieco cieplej jazda samochodem po mieście zaczyna być bardziej stresująca, niż zwykle. Zaroiło się od biegaczy, rowerzystów, deskorolkarzy – wszyscy nagle złapali sportowego bakcyla i wylegli, gdzie tylko można wylec.
No i fajnie – ktoś powie – niech biegają, niech jeżdżą, niech dbają o zdrowie i boskie ciała.
A pewnie, że fajnie – niech dbają –  tylko czemu muszą robić to tak bezmyślnie i chamsko? Dlaczego muszą pakować się pod koła, biegać na czerwonym, nie rozglądać się przy przebieganiu przez jezdnię? Dlaczego ich ciągoty sportowe muszą przypominać samobójcze skłonności?

Większość biegaczy, których mijam wieczorową porą jest niemal tak ciemna, jak aura za oknem –  i nie mówię tu o stanie intelektualnym, tylko tekstyliach.  Jakieś odblaski? Kolorowe ciuchy? A gdzie tam! Zdecydowana większość  ubrana jest na ciemno i pół biedy, gdy biega po jako tako oświetlonych ścieżkach, czy chodnikach – tam niech sobie truchta nawet w strojach maskujących. Problem zaczyna się w okolicach przejścia dla pieszych – tam niby są latarnie, niby auta jeżdżą na światłach, ale wieczorne powroty z treningów pokazują, że ubrany na ciemno biegacz bez odblasków jest widoczny z odległości max 100 metrów.
Zważywszy, że i auto i biegacz są w ruchu, to bardzo mało.

Typowa sytuacja wygląda następująco. Wracam około 21szej z treningu. Kierowcą jestem raczej wyluzowanym – jeżdżę swoje 60/70 i nigdzie mi się nie śpieszy. W odległości 150 metrów mam skrzyżowanie bez sygnalizacji. Zwalniam –  bo nigdy nic nie wiadomo – i lecę tak koło 50km/h. Dojeżdżam do skrzyżowania –  i sru – nagle ni z tego ni z owego (najczęściej z wieczornej plamy cienia) na pasy wbiega wieczorny sportowiec. Nawet się nie obejrzy, czy coś jedzie czy nie –  po prostu wbija na pasy a jedynym jego elementem odblaskowym są wystające z uszu białe kable od słuchawek.

Pół biedy, gdy jest to biegacz –  bo ci poruszają się w miarę powoli. Gdy na pasy wpada wieczorny rowerzysta -rzecz jasna  na pożyczonym veturillo bez świateł – wtedy zaczyna się thriller.

Drażni mnie głupota biegaczy. Biega toto bez odblasków, wpieprza się na ulicę nie rozglądając na boki, przebiega na czerwonym, bo o Jezu Jezu zgubi rytm i kilka sekund na garminie się doda. Pal licho gdy droga jest pusta i nie ma aut na horyzoncie – ale nierzadko pakuje się toto centralnie pod koła i jeszcze ma pretensje; albo zwyczajnie nie zdaje sobie sprawy z tego co robi, bo właśnie ajpod zapodaje niezłą nutę i jest niezły flow.

Gdy wychodzę na wieczorne bieganie nie ma takiej możliwości, bym nie miał na sobie odblasku. Albo biegam we wściekle zielonej bluzie, albo mam opaski odblaskowe (takie, jakimi rowerzyści spinają sobie nogawki). Dobiegając do ulicy zwalniam, rozglądam się dookoła a gdy na przejściu mam czerwone światło – odbijam w drugą stronę – bo co za różnica, czy do domu dobiegnę od lewej, czy od prawej strony? Ważne, żebym dobiegł.
NIGDY nie wymuszam pierwszeństwa na samochodach – nie dlatego, że jestem taki zajebiście porządny i przykładny –  tylko dlatego, że cenię sobie swoje nogi i i chciałbym na nich jeszcze trochę pobiegać. W starciu z samochodem nie mam żadnych szans a bycie ojcem na wózku inwalidzkim to moim zdaniem słaba opcja. Co z tego, że kierowca pójdzie do pudła za potrącenie pieszego na pasach, skoro ja zostanę kaleką do końca życia?
W dupie mam taki interes.

Biegaczom się wydaje, że są nieśmiertelni. Wychodzą z domu, zapuszczają muzykę na uszy i gnają przed siebie zbierając punkty z garmina. Zapominają, albo nie chcą przyjąć do wiadomości, że poza nimi też jest ktoś na drodze i ten ktoś, bez względu na to, że właśnie wchodzą w trzecią prędkość kosmiczną, może ich po prostu zabić albo okaleczyć.

Jest  adrenalina, jest ambicja – ja to wszystko rozumiem, ja też to lubię –  ale w starciu z toną metalu ta ambicja, adrenalina i życiówka razem wzięte są gówno warte.
Wtedy nie liczy się, kto ma rację i kto co komu „pokazał”.
Wtedy liczy się, kto chodzi na własnych nogach, a kto jeździ wózkiem inwalidzkim.

Rób to, czego nie potrafisz

Nie znosiłem matmy w podstawówce. W ogólniaku też. Na studiach było już łatwiej, bo mogłem wybierać i wybrałem tak, by nigdy już nie mieć do czynienia z przedmiotami ścisłymi. Szczęście moje trwało  prawie 10 lat –  do czasu, gdy w okolicach trzydziestki zajarałem się programowaniem prostej fizyki w gierkach flashowych.
Najpierw kupiłem jedną książkę do fizyki, potem drugą a potem kupiłem cyrkiel, linijkę,  podręcznik do matematyki dla pierwszej klasy gimnazjum i zacząłem przypominać sobie to, czego tak naprawdę nigdy się nie nauczyłem.
Z własnej woli…

Gdy zapytałem znajomego biegacza, „co zrobić by biegać szybciej” usłyszałem odpowiedź, która wówczas wydawała mi się bezsensowna. „Aby biegać szybciej trzeba biegać szybciej”. Ale jak szybciej, skoro nie dam rady? Gdybym mógł biec szybciej –  to bym  pobiegł. Nie mogę –  to nie biegnę –  tłumaczyłem ni to sobie ni to jemu.
Ale to nie było tłumaczenie. To były wykręty.

Moją największą crossFitową bolączką były podwójne skakanki – Double Unders. Próbowałem wiele razy i ni cholery mi nie szło. Zamiast Double Unders miałem Double Szramy na posiekanych stalową linką łydkach. Zrezygnowany stwierdziłem, że trudno – widać nie dla mnie double i skakałem single w mnożniku x4. Nawet niezły się w tych singlach zrobiłem – potrafiłem skakać je niemal tak szybko, jak inni duble – ale ciągle towarzyszył temu jakiś niesmak, że to nie to, że nie tak być powinno.

Podobnie było też ze sztangą. Jak każdy początkujący, miałem braki w technice. Prawdę mówiąc byłem jednym wielkim brakiem. Nie szło mi –  a im bardziej mi nie szło, tym bardziej jej unikałem -bo co to za frajda robić coś, co nie idzie?  W efekcie, zamiast czegoś się nauczyć, kręciłem się w koło swojej strefy komfortu.

Aż któregoś dnia się wkurwiłem i powiedziałem „Dość”. Od dzisiaj skaczę Double. TYLKO DOUBLE. Pieprzyć to, że po jednym,  skaczę aż się nauczę. Choćbym miał do krwi sobie łydki rozorać nauczę się tych cholernych Doubli.
I zacząłem skakać.
Jak wiadomo, życie to nie bajka, więc dymałem po sztuce, czasem dwie. Jak udało mi się trzy zakręcić to już był wielki sukces – ale zagryzłem zęby i powtarzałem sobie w duchu „Jak nie teraz, to już nigdy. Skacz, kurwa, aż się nauczysz”. I skakałem.
Nie raz i nie dwa miałem w oczach łzy, krzywiłem się z bólu a łydki piekły jak wściekłe – ale tłukłem swoje. Po sztuce, po dwie. Na upartego.

Moim biegowym problem od zawsze był „hamulec bezpieczeństwa”. Nie byłem w stanie pobiec na 100% możliwości, bo obawiałem się, że mnie odetnie; że tak, jak na pierwszej orlenowej dysze złapie mnie kolka i skończy się na upokarzającym marszu. Niby próbowałem mocniej dociskać, ale zawsze było to w granicach strefy komfortu. Bujałem się w tej strefie przez długi czas, aż podczas któregoś styczniowego wybiegania (było piękne słońce, minus 15 na termometrze) poniosło mnie  i po kilkumiesięcznej kontuzji pobiegłem jakbym był w szczytowej formie. Ot tak, po prostu. Biegłem coraz szybciej, szybciej – a potem już tylko pilnowałem tempa. I okazało się, że da się, że można.
Od tamtej pory na każdym biegu staram się docisnąć choć na kilka kilometrów; powoli przesuwać granicę.
Bo wiem, że da się.

Do sztangi wróciłem przez wstyd. W trakcie zajęć dla początkujących podpiąłem się pod grupę aby podszlifować to i owo. jeszcze w trakcie rozgrzewki z rurką PCV zorientowałem się, że nie mam czego szlifować, bo moja technika ze sztangą nie istnieje. I zrobiło mi się cholernie wstyd – bo chodzę na ten crossFit dziewięć miesięcy i nie umiem nic – jak tej matmy w szkole.
Odłączyłem się od grupy, podkuliłem ogon i poprosiłem jednego z trenerów aby pokazał mi podstawy – żebym mógł sobie w kącie sali oswajać się z gryfem. Wtedy postanowiłem sobie, że nie ma uciekania od sztangi. Nie ma uciekania w ogóle.
Żeby dźwigać –  trzeba dźwigać – więc będę dźwigał, choćby pusty gryf.

Uciekanie od tego, czego się nie umie jest wygodne, ale to najkrótsza droga do stagnacji. Niczego się nie nauczysz robiąc tylko to, co potrafisz. Owszem, pozwoli to uniknąć smaku porażki, wstydu i pozwoli się oszukiwać, jakim to się nie jest zajebistym, ale będzie to tylko oszukiwanie się – taka bardziej zawoalowana forma tchórzostwa.

Można sobie mówić – „To nie jest dla mnie” – ale to gówno prawda.
Coś „nie jest dla ciebie” bo się tego boisz, bo przed tym uciekasz, bo podwijasz ogon i spieprzasz do strefy komfortu. „Nie dla mnie” była matematyka, szybki bieg, czy te cholerne Double Unders. Oszukiwałem się długo i mogłem jeszcze dłużej – ale to do niczego nie prowadzi. Chcąc być jeszcze lepszym trzeba robić to, czego się nie umie – bo tylko w ten sposób można się tego nauczyć. Brzmi banalnie, ale nie ma innego sposobu na naukę, jak kaleczenie rzemiosła. Błędy, błędy i jeszcze raz błędy –  nie ma co ich unikać, bo na nich człowiek się uczy. I na bok wstyd, że nie idzie, że kaleka technika. Większym wstydem jest nie próbować, niż próbować i robić źle.
Błędów nie robi tylko ten, kto nic nie robi.

Dlatego ten rok przeznaczam na robienie wszystkiego tego, czego nie potrafię. Zamykam strefę komfortu. Zagryzam wstyd i robię to, czego nie umiem.
Wszystko, co nie wychodzi, będę robił aż wyjdzie.
Koniec uciekania.

Najniższy wspólny mianownik

Czytałem ostatnio ciekawy wpis Pavla Tsatsouline. Jeśli trenujecie sporty siłowe i nie wiecie, kim jest Pavel to lepiej sie do tego nie przyznajcie. Biegacze są jeszcze jako tako usprawiedliwieni –  w końcu to nie ich bajka; ale jak ktoś, choćby amatorsko macha żelazem i nie wie, kim jest Pavel – wstyd i minus dziesięć do lansu.
Wracając jednak do wpisu.

Wredny Rusek, jak to niektórzy o Pavle mówią, stworzył program treningowy przeznaczony dla jednostek specjalnych. W tworzeniu takich planów Pavel ma spore doświadczenie, ponieważ szkolił specnaz, SWAT, secret service – jego lista klientów mówi sama za siebie. Ciekawostką tego planu jest fakt, że opiera się on tylko na trzech ćwiczeniach
– martwy ciąg
– podciągnięcia na drążku
– snatche kettlem (nie wiem, jak to przetłumaczyć, wiec podeprę sie filmikiem z jutuba)

Zgodnie z tłumaczeniem autora, te trzy ćwiczenia załatwiają wszystko, czego żołnierz/komandos może potrzebować.
Martwy ciąg załatwia kwestie związane z podnoszeniem ciężaru z ziemi (plus noszenie rannego kolegi). Rozwija Nogi, korpus i plecy
Drążek rozwija siłę niezbędną do pokonywania przeszkód (na które głównie się wspinamy). Rozwija ręce i górną część pleców
Snatch odpowiada za mocne biodra, korpus oraz siłę eksplozywną. Rozwija w zasadzie wszystko od bioder wzwyż

Zauważyliście coś?
Ja też.
Nie ma niczego na mięśnie  brzucha

Sześciopak, czyli mięsień lanserski, jest z praktycznego punktu widzenia kompletnie nieprzydatny. Jeśli spojrzeć na niego pod kątem, już nawet nie „akcji specjalnych” ale zwykłych codziennych aktywności, to spełnia on funkcję niechwytnego ogona. Zwykły  nieużyteczny bajer (ale jaki fajny 😉 )

Skoro tego typu trening wystarcza dla oddziałów specjalnych, dlaczego miałby nie wystarczyć dla przeciętnego Kowalskiego, czy innego Zapolskiego? Jest w  nim zasadzie wszystko, co potrzeba. Buduje podstawowe (i najczęściej używane) mięśnie, rozwija siłę praktyczną.
Po co komu więcej?

Jest to ascetyczny zestaw dla ludzi, którzy nie chcą się bawić w sport, tylko budować konkretną siłę. Nie mają czasu na pierdoły, potrzebują konkretów – właśnie dla żołnierzy, komandosów, oddziałów specjalnych. Ja lubię, gdy coś sie dzieje, zmienia, gdy zamiast klasycznych brzuszków, mogę zrobić scyzoryki, nożyce, toes 2 bar, czy poziomki na kółkach gimnastycznych. Lubię mieć z czego układać trening. Lubię mieć wybór.
Gdybym miał zredukować swoje treningi tylko do tych trzech ćwiczeń, chyba bym je szybko znielubił i porzucił.
— chyba —

Na razie nieśmiało oglądam jego  materiały video i ukradkiem podczytuję. Jest w tej prostocie jakiś urok  i kto wie, może za rok złapię fazę na minimalizm i sprowadzę wszystko do najniższego wspólnego mianownika?
Skoro odechciało mi się maratonów a piwo straciło smak, to chyba wszystko jest możliwe.
Sam nie wiem, czy z ciekawością patrzeć w przyszłość, czy też zwyczajnie zacząć się bać 😉

Stracić rozum wraz z jajami

Transseksualna crossFiterka pozywa Organiztorów CrossFit open o 2,5 miliona baksów.
Powód? Organizatorzy nie pozwalają jej startować z kobietami, ponieważ jeszcze 8 lat temu była mężczyzną.
Pani – jak to pani –  strzela focha i robi awanturę.
CrossFit till we die!

Wzniosę się na wyżyny obiektywizmu i na chwilę odstawię swoje poglądy na bok. Docencie to 😉

Mamy zatem naszą crossFitterkę, która urodziła się facetem. Oznacza to tyle, że urodziła się genetycznie inna od kobiet. Silniejsza. Tak, tak, już słyszę te feministki mówiące, że żaden facet nie urodziłby dziecka. Gdaczcie sobie dalej, brzydule, bo to miej więcej tak, jak wypominać słoniowi, że nie pobiegnie równie szybko, co gepard.
Prawda jest taka, że faceci rodzą się silniejsi, bo takie miejsce im natura przeznaczyła.  I nie wyjeżdżajcie mi tu z Agatą Wróbel, bo wam w Kontrze Pudziana wystawię. Akademickie dywagacje na bok i pogódźmy się z biologią. Obiektywnie, uśredniając, faceci są silniejsi od kobiet. Kropka.

Mamy więc ta naszą crossFitterkę, która od  lat poddaje się terapii hormonalnej (supresja testosteronu itd). W jakiś sposób ją to na pewno „zmiękcza”, „ukobieca”, ale nie wierzę, aby terapia hormonalną można było cofnąć coś, co ewoluowało przez miliony lat. Nie weźmiesz procha, który nagle cofnie Twoje genetyczne przystosowanie –  bo nie ma takich prochów.
Możesz osłabiać swoje mięśnie, zmiękczać skórę, pójść na terapię,  jednak nie cofniesz kompletnie tego, z czym się urodziłeś. Nie cofniesz się do genetycznego punktu zero, białej kartki, od której znów zaczniesz jako kobieta.

W komentarzach na facebooku ktoś zapytał: A gdyby tak Rich Froning (aktualny crossFitowy  world champion) nagle zmienił zdanie i poddał sie operacji zmiany płci. Czy uczciwe byłoby dopuszczenie go do współzawodnictwa w grupie kobieciej? Bądźmy szczerzy –  crossFiterki, szczególnie na poziomie zawodów to są mega twarde babki, które  większość facetów przerobiłby na pasztet sojowy, ale w starciu z Froningiem (nawet ogłupionym przez hormony)  nie miały by najmniejszych szans. Rozsmarowałby je jak nutellę.

Odstawiając na chwilę genetyczne wygibasy, warto poruszyć inną kwestię, której nigdy nie potrafiłem do końca  zrozumieć. Przychodzi człowiek do miejsca, w którym panują pewne zasady. Jest dorosły –  więc rozumie, że skoro ktoś, kto jest tego miejsca właścicielem zasady te ustalił, to albo się do nich dostosowuje, albo szuka sobie innego miejsca. CrossFit to nie olimpiada, nie instytucja państwowa. To twór prywatny, za którym stoją ludzie którzy ustalają panujące w nim zasady. Nie podobają się zasady – to szukaj takich, które Ci odpowiadają.
To trochę jak ludzie, którzy  wściekają się oglądając wiadomości, ale nie przełączą na inny kanał, tylko biją pianę i pokrzykują. Rozwiązanie jest  proste – zmień kanał, poszukaj sobie innego zajęcia. Idź tam, gdzie będzie Ci lepiej. Ale nie – wtedy to byłaby porażka. Jeśli zmienię kanał, poszukam sobie innych zawodów będzie to przyznaniem się do faktu, że coś mnie pokonało – a na to nikt nie może sobie pozwolić. To nie ja mam się dostosować do okoliczności – to okoliczności mają się dostosować do mnie!

Cóż mogę powiedzieć…
Powodzenia.

Ciekawostką jest kwota, której nasza crossFiterka domaga się w ramach zadośćuczynienia. 2,5 gola to jest dokładnie dziesięciokrotność głównej wygranej w zawodach. Organizatorzy w kołysce udusili championa, który dziesięć razy uzyskałby tytuł  „the fittest on earth”.
Źli organizatorzy.
Niedobrzy.

Cała sytuacja na kilometr śmierdzi typowo amerykańskim wyłudzaniem kasy przy byle okazji. Ktoś sie poczuł obrażony –  i ja to nawet trochę rozumiem – kobieta, której nie traktują jak kobietę ma prawo się trochę zirytować; a jak dodamy do tego PMSa to można tylko być wdzięcznym, że na 2,5 miliona się skończyło.
Mogła zażądać głowy Grega Glassmana na srebrnym półmisku.

Z całej tej historii morał jest taki:
dbajcie chłopaki o swoje siusiaki.
bo gdy podmiankę w kroku strzelicie
nie zrobicie kariery w CrossFicie.

Daj sobie szansę

Obudziłem się połamany.
W piątek dałem ostro w kość, w sobotę na bolących nogach zrobiłem intensywną dyszkę i w efekcie niedzielne samopoczucie było dalekie od szczytowego. Przez chwilę nawet zastanawiałem się, czy nie odpuścić niedzielnego treningu, ale pogoda była ładna i pomyślałem, że pojadę rowerem, zrobię jakiś lekki rozruch  – przynajmniej będę miał poczucie, że nie przebimbałem dnia wolnego.
Rozpisałem delikatnego WODa, zanotowałem kilka ćwiczeń „na spróbowanie” i pojechałem.

Trening od samego początku szedł koncertowo. Double Unders, które są moją wielką bolączką ( i przy okazji planem na marzec) szły po2-3 sztuki, parę razy udało mi się nawet po sześć sztuk pod rząd machnąć, z czego cieszyłem sie jak dzieciak i piszczałem jak gimnazjalistka.
Military press, którego się trochę obawiałem, że będzie zbyt obciążający dla łokcia wszedł bezproblemowo. Podobnie wiosłowanie kettlem i turkish get up. Trochę dziwnie się czułem, gdy na lewą rękę brałem większy ciężar, niż na prawą –  ale szybko ofuknąłem się za durne myśli i cieszyłem się z tego, co mam.
A było z czego się cieszyć

Sam WOD (21-15-9 Jack knife i Double Unders) poszedł wyśmienicie.
Pierwsze 21  oraz ostatnie 9 Jack Knife zrobiłem w wersji unbroken (czyli bez przerwy) co samo w sobie jest już dużym sukcesem, bo jeszcze do niedawna dycha w jednym ciągu była wszystkim, co dałem radę z siebie wydusić. Do tego Double Unders szły coraz lepiej i w efekcie zakończyłem trening z TAAAKĄ satysfakcją.

Jaki jest wniosek z dzisiejszego treningu?
Daj sobie szansę!

Często powtarzam „jeśli nie chce Ci się iść na trening –  odpuść sobie – nie ma sensu ćwiczyć na siłę, wbrew sobie. To ma być frajda a nie katorga”. Z drugiej strony dzisiejszy trening pokazuje, że jeśli masz do wyboru odpuścić całkowicie, albo spróbować zrobić cokolwiek – może warto przynajmniej spróbować.
Nie czujesz się w formie – luz -nie nastawiaj się na robienie rekordów, spróbuj zrobić coś innego, coś nowego, albo na spokojnie zajmij się swoim słabym punktem. Bez napinki i ambicji – potraktuj to jako aktywny wypoczynek. Jeśli nie czujesz się na siłach –  wtedy odpuść. Jeśli jednak masz trochę energii – za mało na trening a za dużo, by spokojnie usiedzieć na tyłku –  wtedy daj sobie szansę.
A nuż wyjdzie z tego coś fajnego?

Zapomnij o diecie i przestań się oszukiwać

Nigdy jakoś specjalnie nie pilnowałem tego, co jem oraz w jakich ilościach to jem. Wychodziłem z założenia, że skoro trenuję ostro co drugi dzień nie istnieje taka ilość żarcia, której bym nie przepalił. Piwka fastfoody, słodycze – kiedy tylko miałem na nie ochotę. Bez ograniczeń, pod korek – bo przecież jutro i tak wszystko wypocę. Czasem zastanawiałem się, dlaczego mimo ostrych treningów sylwetka i waga stoją mi w miejscu, ale szybko zamykałem temat stwierdzeniem, że coś z tego życia trzeba mieć. Tyle mam obowiązków i stresów, że nie ma sensu odmawiać sobie przyjemności – w końcu raz się żyje.

Gdy podliczyłem sobie styczeń 2014 zrobiło mi się kapkę nietęgo. Czarno na białym wyszło, że z trzydziestu jeden dni, osiemnaście spędziłem na treningach, zaś jedenaście na obżarstwie i opilstwie. Na zmianę – to trenowałem, to znów sobie folgowałem. Piłem/żarłem i ćwiczyłem a cały mój wysiłek szedł nie na zbudowanie lepszej formy, tylko na zachowanie status quo. Nazwijmy rzecz po imieniu – walczyłem o przetrwanie.

Postanowiłem, że muszę coś z tym zrobić. Ale co? Jeszcze mocniej trenować żeby znowu się kontuzji nabawić? Mowy nie ma! To może ograniczyć przyjemności? Jeszcze czego, może jeszcze pokutną włosienicę założyć?! Ale zaraz, zaraz… Dlaczego by nie? Może właśnie tak? Może po prostu upierdolić wszystkie słodkie, odstawić fastfood i browary i pojechać po bandzie? Przecież rozsądek jest dla mięczaków, nie?

Myśl o odstawieniu słodyczy niepokoiła mnie równie mocno, co perspektywa odstawienia piwa. Co tu dużo gadać – lubię słodkie. Lubię zjeść słodki serek do porannego twarogu, lubię zjeść batonika, gdy w robocie zaczynam tracić koncentrację, lubię zjeść wafelka na spadek energii, który u mnie pojawia się zazwyczaj koło godziny 16tej. Lubię posłodzić kawę, lubię coś skubnąć po obiedzie. Jak tak sobie człowiek policzy, w ilu sytuacjach w ciągu dnia sięga po słodycze to się włos na głowie jeży. Co najmniej kilka razy dziennie jest pretekst do tego, by wciągnąć jakieś 150-200 kalorii pod postacią żywego cukru. Wydaje się, że to drobiazgi – tu serek, tam batonik, cukier do kawusi i ani się człowiek obejrzy a 1/2 dziennego zapotrzebowania na energię wpada pod postacią przetworzonego, chamskiego cukru.

Rezygnacja z cukru nie wchodziła u mnie w grę. Raz – że lubię słodkie; dwa – że jak się trenuje, to nie ma co się oszukiwać – trzeba dorzucać do pieca, bo jak raz, drugi człowiek oszuka to potem organizm dostanie takiej chcicy na słodkie, że opierniczę dwie tabliczki czekolady na raz. Próbowałem już tak – to nie działa.

Plan był prosty – jeść słodkiego mniej i głównie pod postacią owoców. Jabłka, gruszki, kiwi, pomelo (wielbię) – rzecz jasna w rozsądnych ilościach – ale cukier musi być. Żyłuję ciało na treningach – niech więc ma z czego się regenerować. Do poskubania daktyle, morele i cała reszta sypanego fiku-miku. Ciekawym odkryciem było połączenie orzechów ziemnych z daktylami – smak bardzo podobny do snickersa a przy tym pierdylion razy od niego zdrowsze. Na potreningowe ssanie jak znalazł.

Żadnego cukru przetworzonego. Bez wykrętów, że brązowy, trzcinowy, że zdrowszy. Nie. Koniec. Amen. Żadnego słodzenia kawusi, żadnych słodkich serków, żadnych czekoladek. Nic-a-nic. Cukry przetworzone won!
Fastfoody won!
Browar won!

Łojezusienazareński…

Plan akcji

Na początku spisałem sobie, czym się na co dzień żywię – taki zestaw standardowych potraw. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że jem dosłownie kilka rzeczy na krzyż. Niewiele ponad 10 różnych dań. Od czasu do czasu jakaś fanaberia – a poza tym w kółko to samo. Wyrzuciwszy z tego rzeczy słodkie/słodzone to okazało się, że zostaje mi dosłownie kilka potraw. Jasne było, że na tym to ja miesiąca nie wytrzymam – mowy nie ma. Ale od czego jest Internet?

Na dzień dobry odpadły wszystkie diety. Owszem, poczytałem sobie o tym i owym, ale głównie w ramach inspiracji, na zasadzie „jak by tu można udziwnić mój banalny jadłospis”. Daleko szukać nie musiałem, gdy trafiłem na pierwsze olśnienie: jajecznica. Z rukolą, z brokułem, z boczkiem, z pomidorem, z pieczarką ze wszystkim, co tylko do głowy przyjdzie. Dwa jajka, zabełtać, dodać, co tam pod ręką – i wio na patelnię. Genialne w swej prostocie.
Dalej mięcho – klopsy, burgery, sznycle, pieczone, smażone, mielone z czym się da. Do tego szpinak zamiast ziemniorów i obiad z głowy. Do tego jakiś fikuśny sos i normalne danie przestaje być normalne. Już jest fikołek. Już jest inaczej.

Fajnie. Fajnie. Ale ile to wszystko kosztuje? Tu czekała kolejna niespodzianka – okazało się, że zmiana nawyków kulinarnych wcale nie jest taka droga. W Lidlu, czy innej biedronie można trafić pomelo w cenie jabłek (dosłownie – ostatnio trafiłem po 3.50 za sztukę), awokado po złoty pięćdziesiąt, kiwi po 70 groszy, sałaty, rzepy, rzodkwie – jest tego w cholerę, wystarczy przypilnować, poszukać i czasem kupić coś zupełnie od pały – ot, dla spróbowania.
Mięcho w markecie to temat ryzykowny – ale podjąłem to ryzyko i żyję. Trzy solidne sznycle wieprzowe za sześć złotych + dwie paczki szpinaku po 2,80 dały mi dwa wypasione obiady za jedenaście zeta. 5,50 za obiad. Jak doliczymy do tego prąd i czas wyjdzie pewnie z siedem. Siedem złotych za obiad. Fortuna, co?

Gdy zaczął człowiek kombinować z jedzeniem, wydłużył się czas przygotowania – bo mimo wszystko trwa to nieco dłużej, niż pójść i zjeść gotowca. Z drugiej strony zaś, nie zajmowało to wcale tak wiele czasu. 20 minut, max pół godziny – o tyle mniej więcej wydłużył mi się czas przygotowywania posiłków. Ktoś powie – o Jezu, to 3,5 godziny w skali tygodnia, tyle rzeczy można w tym czasie zrobić. Owszem, można, wszystko jest kwestią tego, co jest dla ciebie ważniejsze. Pół godziny bez telewizora/komputera w zamian za lepsze samopoczucie/sylwetkę?
Biorę to w ciemno.

To jest proste

Pierwszy dzień minął z rozpędu. Wiadomo – początek, zapał neofity. Trochę kusiło, żeby posłodzić kawę, ale dałem radę. Dzień drugi też jakoś zleciał. Trzeciego dnia zacząłem się niepokoić, że coś za łatwo mi to idzie. No nic, poczekamy do kryzysu, zobaczymy co wtedy.
Kryzys przyszedł w piątek.

Piątek od zawsze był dniem resetu. Piwko, pizza, folgowanie po tygodniu pracy… A tu nic. Żona dzwoni, pyta, czy aby na pewno nic nie kupić – a ja twardo. Nie i koniec. W efekcie chodzę po domu, węszę, miejsca sobie znaleźć nie mogę. Nic mnie nie bawi, nic nie kręci – no ewidentnie syndrom odstawienia. W piątek zrozumiałem ważną rzecz. Niby zdawałem sobie z niej sprawę, ale co innego „wiedzieć” a co innego dostać jaskrawy przykład. Nasze zachowania, tak kulturowe jak i kulinarne, są zautomatyzowane. Jesteśmy jak psy Pawłowa. Przychodzi piątek i w głowie zapala się neon z napisem „browar”. Nie ma browara? To jest smuteczek. I dyskomfort, bo nagle nie wiadomo, co ze sobą zrobić. Nagle coś wypycha z utartych kolein i trzeba coś wykombinować, się wysilić – a kto lubi sie wysilać? Życie jest wystarczająco meczące.

Najtrudniejszym w zmianie stylu/sposobu jedzenia jest właśnie wyjście z koleiny, porzucenie starych nawyków. Człowiek broni się przed tym wszystkimi kopytami i argumentami: nie mam czasu, nie mam kasy, mam stresującą pracę i muszę odreagować, miałem gorszy dzień – wykrętów jest multum, a koniec końców wszystko sprowadza się do tego, że do tej pory było wygodnie. I nagle przestało.

Żeby być uczciwym, muszę przyznać, ze nie wywaliłem swoich nawyków do góry nogami. Wiele razy tego próbowałem i wiem, że w moim przypadku to nie działa. Poza tym, totalnej rewolucji nie było w planach. Plan był prosty odstawka słodyczy, piwka i fastfoodów. Wszystko inne – jak najbardziej. Codziennie spisywałem, co jadłem i wcale nie były to dania dietetyczne. Bagietka czosnkowa z serkiem i ogórkiem, kopiaste talerze pomidorówy z makaronem, kasza z mięsem, jajecznica na boczku, tortilla z mięsem i fasolą – codziennie zjadałem po ok 2000kcal, czyli tyle, ile w moim przypadku jest wskazane. Starałem się jeść mniej pieczywa, ale gdy napadło mnie na kanapkę z pasztetem, czy smaczną bułkę z ziarnem – nie odmawiałem sobie.

Ważną zasadą było „nie najadać się pod korek”. Nakładałem sobie rozsądne porcje, po których z reguły czułem lekki niedosyt. W normalnych warunkach albo wziąłbym dokładkę, albo węszył, czym tu dobić (najlepiej czymś słodkim) – w tym wypadku dawałem sobie kwadrans na to, aby do mózgu dotarło, że zjadłem. Jeśli po kwadransie nadal byłem głodny – brałem dokładkę i dojadałem aż poczułem się syty. Co ciekawe, na dokładkę wystarczało zaledwie kilka kęsów, zaś w połowie przypadków po kwadransie uczucie głodu mijało. Pokazało mi to dobitnie, jak prawdziwe jest zalecenie aby jeść pomału i bez pośpiechu przeżuwać – w trakcie takiego nieśpiesznego posiłku mózg zdąży zarejestrować, że dostał jedzenie i głód został zaspokojony. Wpieprzając w pośpiechu nie dajemy organizmowi czasu na zorientowanie się, że właśnie dorzuciliśmy do pieca, skutkiem czego dorzucamy więcej, niż jest to faktycznie potrzebne – czyli hodujemy sadło.

Pierwszy szok

Pierwsze odstępstwo zrobiłem po dwóch tygodniach. Z ciekawości spróbowałem serka danio, które to serki moja córa uwielbia a i mi nierzadko zdarza się wciągnąć jakiś większy kubełek. Polizałem wieczko… JAKIE TO JEST KURWA OBRZYDLIWE! Co za ulepek, ja pierdolę, żywy cukier. Najchętniej bym to wypieprzył, ale raz otwartego serka córka własnym ciałem bronić będzie. Trudno, niech będzie moja porażka. Drugi serek wypieprzę ukradkiem…

Na okoliczność wizyty w Poznaniu małżonka przywiozła Rogal Marciński. Do rogali tych mam stosunek podobny, jak do desperadosa -zawsze, wszędzie i w każdej ilości. Wziąłem kęsa i aż mi pod zębami zaskrzypiało. Ile tam jest cukru! jakie to jest słodkie! Zjadłem, bo przecież to rogal marciński a „Marcinów” się nie wyrzuca. Wiem, powinienem był wyrzucić, ale to prezent z dobrego serca a poza tym w planach był trening – więc lekki nadmiar cukru (energii) akurat się przyda. Tak sobie tłumaczyłem…

Niesamowitym zaskoczeniem było dla mnie, jak bardzo zmienia się smak. Raptem dwa tygodnie bez cukru, i to tylko tego przetworzonego – i nagle chamski, przemysłowy cukier staje się nie do zniesienia. W czasach, gdy zajadałem się słodyczami i miałem ochotę na coś słodkiego, opcja taka jak „owoc zamiast czekolady” w ogóle nie wchodziła w grę. Słodkie musiało być naprawdę słodkie, tysiąc procent cukru w cukrze”, tymczasem wystarczyło czternaście dni i sytuacja zmieniała się diametralnie.

waga

Pomimo odstawienia cukru, fast foodu i piwka, przyjmowałem codziennie około 2K kalorii – czyli tyle, ile do tej pory. Nie zwiększyłem też liczby treningów – średnio były trzy w tygodniu – 2 crossFity i bieganie. Trybu życia w zasadzie nie zmieniłem. Zmieniło się za to na wadze. Po pierwszym tygodniu zniknął kilogram. Po drugim było tego już 1,7kg. Po trzecim 2,5. Po czwartym organizm chyba się otrząsnął z szoku, bo nie zgubił już nic – stanęło na 2,5kg w plecy.

Skoro nie zmieniłem swojego trybu życia i nie zwiększyłem ilości treningów, konkluzja mogła być tylko jedna: Te moje browarki, kebaby i słodycze to jest dokładnie to, co wypalam w trakcie treningów. Dzięki nim stoję w miejscu – nie ma progresu, jest stagnacja i walka o utrzymanie status quo. Mówiąc krótko: Browary i słodycze to hamulec, który choćbym nie wiem, ile ćwiczył, zawsze ściągnie mnie w dół. Ciebie też.

sylwetka

Mój brzuch od zawsze doprowadzał mnie do szału. Czy byłem grubszy, czy chudszy, zawsze odstawał mi jak u Somalijskiego dziecka. Pod skórą mięśnie mam takie, że można sobie siniaki o nie ponabijać a estetycznie – porażka. Jedni tłumaczyli, że to lordoza, drudzy, że „taka moja uroda”, jeszcze inni, że „połowa ludzi tak ma” a mnie kurwica od tego brała i za żadną cholerę nie chciałem się z tym brzuchem pogodzić.

Przywykłem do tego, że gdy chudnę automatycznie zmienia mi się obwód pasa i spodnie zaczynają lecieć z dupy – dziwnie byłoby, gdyby było inaczej. Zaskoczeniem było dla mnie to, że tym razem poza obwodem w pasie zaczęły się zmieniać proporcje sylwetki. Ten cholerny brzuch zaczął się robić coraz bardziej płaski i na chwilę obecną, bez napinania się widzę zarys mięśni brzucha. A więc da się! Żadna tam lordoza, czy uroda, tylko rozepchany durnymi nawykami żywieniowymi bebech. Wystarczyło przestać wpieprzać pod korek, rozpychać żołądek browarem i – cud na Wisłą – zaczyna człowiek wyglądać jak człowiek.

Konkluzja

Po pierwsze i przede wszystkim – udało mi się zwalczyć ten cholerny brzuch. Nie jest to co prawda stan wymarzony (nie ma to jak postawić sobie wywalone w kosmos oczekiwania) ale jest DUŻO lepiej niż było. Z przyjemnością patrzę na siebie w lustrze, sam się sobie podobam i mówiąc krótko czuję się ze sobą dużo lepiej, niż jeszcze miesiąc temu.

Po drugie: Przekonałem się, że nie ma czegoś takiego jak „nie potrafię zrezygnować z […]”. Otóż potrafię! Największym zaskoczeniem tego eksperymentu było to, jak szybko, łatwo i bezproblemowo przyszło mi zrezygnować z cukrów przetworzonych. Na chwilę obecną jestem w stanie obojętnym krokiem przejść przez dział ze słodyczami, czy alkoholem. Stojący obok kawy pojemnik z cukrem mógłby dla mnie w ogóle nie istnieć, ponieważ wszystko, czego potrzebuję przyjmuję w postaci suszonych owoców. Incydentalnie (raz na tydzień może) poczuję pokusę na coś słodkiego, ale tak, jak kiedyś nie potrafiłem się jej oprzeć tak teraz, zwyczajnie ją ignoruję i po chwili sama przechodzi.

Zmienił mi się smak. Po odstawieniu cukrów przemysłowych wszelakie serki, słodkie bułki etc stały się dla mnie ZA słodkie. Nie jestem w stanie ich jeść, są jak ulepek. Dużo wyraźniej odbieram za to inne smaki. Wymuszone kombinowanie z nowymi potrawami, rozwiązaniami pokazało mi, jak wiele jest smaków, które do te pory omijałem. Pasjami zajadam się np. domowej roboty quacamole, które traktuję jak serek do smarowania pieczywa. W markecie odważniej poczynam sobie na dziale z warzywami. Nie odrzucam produktów na zasadzie „bo nie”. Kombinuję, eksperymentuję, szukam nowego.

Spisywanie tego, co się je jest kluczem do sukcesu. Nie jestem w stanie policzyć, ile razy naśmiewałem się z tej metody, jako babskiego liczenia kalorii. Błąd! Oczywiście, liczenie każdej kalorii jest moim zdaniem głupie jak but z lewej nogi, ale spisywanie co się zjadło pozwala na ogólny widok tego, co się przyjmuje. Dzięki takiemu spisywaniu widać, gdzie i w jaki sposób pakujemy w siebie zbędny syf. Łatwiej też, mając taki tygodniowy spis do jadła przypilnować, czy je się w sposób urozmaicony, czy też wpieprza się non stop to samo.

Diabeł tkwi w szczegółach. Cukier do kawy, batonik na deser, cola z automatu, piwko po pracy… Największym zagrożeniem są te małe niezauważalne gówienka, pozornie nieszkodliwe drobiazgi. „Ale przecież w życiu trzeba mieć swoje przyjemności” – znam ten argument, stosowałem go przez lata. Tymczasem ten cukier, batonik, cola i piwko w skali dnia dokładają jakieś 800 kalorii w formie czystego cukru. Pięć dni w tygodniu i robi się z tego 4000 kalorii – dwa dni zapotrzebowania organizmu. Mówiąc bez ogródek, folgując swoim małym przyjemnościom wpieprzamy dwa dodatkowe dni. Dwa niezdrowe dni. A potem jest przecież jeszcze weekend, wypad ze znajomymi, obiad rodzinny, cukiernia… Żeby to wszystko spalić trzeba by dzień w dzień biegać po kilkanaście kilometrów – i to tylko po to, by nie obrosnąć w sadło. Kto ma na to czas i zdrowie?

Pies Pawłowa. Pierwszy piątek bez piwa pokazał mi dobitnie, jak wielka jest siła nawyku. Jak wiele z decyzji i potrzeb nie jest faktycznymi potrzebami, tylko utartym schematem. Są „zameldowane przez zasiedzenie”. Prawdę mówiąc, piwa brakuje mi dużo bardziej, niż cukru, ale bez niego też daje się żyć – i nie jest to smutna wegetacja 😉 Permanentna odstawka nie wchodzi w grę, ale z pewnością, będę dużo ostrożniej podchodził do promocji na desperadosa.

Podsumowując ten miesięczny eksperyment mogę odhaczyć same sukcesy. Udało mi się ruszyć z tematem, który od lat był moją bolączką. Przekonałem się, że da się żyć bez słodyczy, piwa i fastfoodu – i wcale nie musi to oznaczać umartwiania z samobiczowaniem, ponieważ jest cała masa smacznych zamienników. Odkryłem nowe smaki, przełamałem swoje nawyki i wyszedłem się ze szkodliwych kolein.

Teraz już wiem, że nie ma takiej potrawy, smaku, bez którego nie potrafiłbym się obejść. Życie bez dewolaja z frytami nie jawi mi się jako kara za grzechy. Z drugiej strony nie czuję potrzeby aby popaść w skrajność i szukać zamienników dla wszystkiego, co dobre acz szkodliwe. Warto mieć swoje grzeszki i guilty pleasures, bo to one czynią życie znośnym.
Warto tylko pamiętać, że albo grzeszki, albo efekty.
Innej drogi nie ma.