Zapomnij o diecie i przestań się oszukiwać

Nigdy jakoś specjalnie nie pilnowałem tego, co jem oraz w jakich ilościach to jem. Wychodziłem z założenia, że skoro trenuję ostro co drugi dzień nie istnieje taka ilość żarcia, której bym nie przepalił. Piwka fastfoody, słodycze – kiedy tylko miałem na nie ochotę. Bez ograniczeń, pod korek – bo przecież jutro i tak wszystko wypocę. Czasem zastanawiałem się, dlaczego mimo ostrych treningów sylwetka i waga stoją mi w miejscu, ale szybko zamykałem temat stwierdzeniem, że coś z tego życia trzeba mieć. Tyle mam obowiązków i stresów, że nie ma sensu odmawiać sobie przyjemności – w końcu raz się żyje.

Gdy podliczyłem sobie styczeń 2014 zrobiło mi się kapkę nietęgo. Czarno na białym wyszło, że z trzydziestu jeden dni, osiemnaście spędziłem na treningach, zaś jedenaście na obżarstwie i opilstwie. Na zmianę – to trenowałem, to znów sobie folgowałem. Piłem/żarłem i ćwiczyłem a cały mój wysiłek szedł nie na zbudowanie lepszej formy, tylko na zachowanie status quo. Nazwijmy rzecz po imieniu – walczyłem o przetrwanie.

Postanowiłem, że muszę coś z tym zrobić. Ale co? Jeszcze mocniej trenować żeby znowu się kontuzji nabawić? Mowy nie ma! To może ograniczyć przyjemności? Jeszcze czego, może jeszcze pokutną włosienicę założyć?! Ale zaraz, zaraz… Dlaczego by nie? Może właśnie tak? Może po prostu upierdolić wszystkie słodkie, odstawić fastfood i browary i pojechać po bandzie? Przecież rozsądek jest dla mięczaków, nie?

Myśl o odstawieniu słodyczy niepokoiła mnie równie mocno, co perspektywa odstawienia piwa. Co tu dużo gadać – lubię słodkie. Lubię zjeść słodki serek do porannego twarogu, lubię zjeść batonika, gdy w robocie zaczynam tracić koncentrację, lubię zjeść wafelka na spadek energii, który u mnie pojawia się zazwyczaj koło godziny 16tej. Lubię posłodzić kawę, lubię coś skubnąć po obiedzie. Jak tak sobie człowiek policzy, w ilu sytuacjach w ciągu dnia sięga po słodycze to się włos na głowie jeży. Co najmniej kilka razy dziennie jest pretekst do tego, by wciągnąć jakieś 150-200 kalorii pod postacią żywego cukru. Wydaje się, że to drobiazgi – tu serek, tam batonik, cukier do kawusi i ani się człowiek obejrzy a 1/2 dziennego zapotrzebowania na energię wpada pod postacią przetworzonego, chamskiego cukru.

Rezygnacja z cukru nie wchodziła u mnie w grę. Raz – że lubię słodkie; dwa – że jak się trenuje, to nie ma co się oszukiwać – trzeba dorzucać do pieca, bo jak raz, drugi człowiek oszuka to potem organizm dostanie takiej chcicy na słodkie, że opierniczę dwie tabliczki czekolady na raz. Próbowałem już tak – to nie działa.

Plan był prosty – jeść słodkiego mniej i głównie pod postacią owoców. Jabłka, gruszki, kiwi, pomelo (wielbię) – rzecz jasna w rozsądnych ilościach – ale cukier musi być. Żyłuję ciało na treningach – niech więc ma z czego się regenerować. Do poskubania daktyle, morele i cała reszta sypanego fiku-miku. Ciekawym odkryciem było połączenie orzechów ziemnych z daktylami – smak bardzo podobny do snickersa a przy tym pierdylion razy od niego zdrowsze. Na potreningowe ssanie jak znalazł.

Żadnego cukru przetworzonego. Bez wykrętów, że brązowy, trzcinowy, że zdrowszy. Nie. Koniec. Amen. Żadnego słodzenia kawusi, żadnych słodkich serków, żadnych czekoladek. Nic-a-nic. Cukry przetworzone won!
Fastfoody won!
Browar won!

Łojezusienazareński…

Plan akcji

Na początku spisałem sobie, czym się na co dzień żywię – taki zestaw standardowych potraw. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że jem dosłownie kilka rzeczy na krzyż. Niewiele ponad 10 różnych dań. Od czasu do czasu jakaś fanaberia – a poza tym w kółko to samo. Wyrzuciwszy z tego rzeczy słodkie/słodzone to okazało się, że zostaje mi dosłownie kilka potraw. Jasne było, że na tym to ja miesiąca nie wytrzymam – mowy nie ma. Ale od czego jest Internet?

Na dzień dobry odpadły wszystkie diety. Owszem, poczytałem sobie o tym i owym, ale głównie w ramach inspiracji, na zasadzie „jak by tu można udziwnić mój banalny jadłospis”. Daleko szukać nie musiałem, gdy trafiłem na pierwsze olśnienie: jajecznica. Z rukolą, z brokułem, z boczkiem, z pomidorem, z pieczarką ze wszystkim, co tylko do głowy przyjdzie. Dwa jajka, zabełtać, dodać, co tam pod ręką – i wio na patelnię. Genialne w swej prostocie.
Dalej mięcho – klopsy, burgery, sznycle, pieczone, smażone, mielone z czym się da. Do tego szpinak zamiast ziemniorów i obiad z głowy. Do tego jakiś fikuśny sos i normalne danie przestaje być normalne. Już jest fikołek. Już jest inaczej.

Fajnie. Fajnie. Ale ile to wszystko kosztuje? Tu czekała kolejna niespodzianka – okazało się, że zmiana nawyków kulinarnych wcale nie jest taka droga. W Lidlu, czy innej biedronie można trafić pomelo w cenie jabłek (dosłownie – ostatnio trafiłem po 3.50 za sztukę), awokado po złoty pięćdziesiąt, kiwi po 70 groszy, sałaty, rzepy, rzodkwie – jest tego w cholerę, wystarczy przypilnować, poszukać i czasem kupić coś zupełnie od pały – ot, dla spróbowania.
Mięcho w markecie to temat ryzykowny – ale podjąłem to ryzyko i żyję. Trzy solidne sznycle wieprzowe za sześć złotych + dwie paczki szpinaku po 2,80 dały mi dwa wypasione obiady za jedenaście zeta. 5,50 za obiad. Jak doliczymy do tego prąd i czas wyjdzie pewnie z siedem. Siedem złotych za obiad. Fortuna, co?

Gdy zaczął człowiek kombinować z jedzeniem, wydłużył się czas przygotowania – bo mimo wszystko trwa to nieco dłużej, niż pójść i zjeść gotowca. Z drugiej strony zaś, nie zajmowało to wcale tak wiele czasu. 20 minut, max pół godziny – o tyle mniej więcej wydłużył mi się czas przygotowywania posiłków. Ktoś powie – o Jezu, to 3,5 godziny w skali tygodnia, tyle rzeczy można w tym czasie zrobić. Owszem, można, wszystko jest kwestią tego, co jest dla ciebie ważniejsze. Pół godziny bez telewizora/komputera w zamian za lepsze samopoczucie/sylwetkę?
Biorę to w ciemno.

To jest proste

Pierwszy dzień minął z rozpędu. Wiadomo – początek, zapał neofity. Trochę kusiło, żeby posłodzić kawę, ale dałem radę. Dzień drugi też jakoś zleciał. Trzeciego dnia zacząłem się niepokoić, że coś za łatwo mi to idzie. No nic, poczekamy do kryzysu, zobaczymy co wtedy.
Kryzys przyszedł w piątek.

Piątek od zawsze był dniem resetu. Piwko, pizza, folgowanie po tygodniu pracy… A tu nic. Żona dzwoni, pyta, czy aby na pewno nic nie kupić – a ja twardo. Nie i koniec. W efekcie chodzę po domu, węszę, miejsca sobie znaleźć nie mogę. Nic mnie nie bawi, nic nie kręci – no ewidentnie syndrom odstawienia. W piątek zrozumiałem ważną rzecz. Niby zdawałem sobie z niej sprawę, ale co innego „wiedzieć” a co innego dostać jaskrawy przykład. Nasze zachowania, tak kulturowe jak i kulinarne, są zautomatyzowane. Jesteśmy jak psy Pawłowa. Przychodzi piątek i w głowie zapala się neon z napisem „browar”. Nie ma browara? To jest smuteczek. I dyskomfort, bo nagle nie wiadomo, co ze sobą zrobić. Nagle coś wypycha z utartych kolein i trzeba coś wykombinować, się wysilić – a kto lubi sie wysilać? Życie jest wystarczająco meczące.

Najtrudniejszym w zmianie stylu/sposobu jedzenia jest właśnie wyjście z koleiny, porzucenie starych nawyków. Człowiek broni się przed tym wszystkimi kopytami i argumentami: nie mam czasu, nie mam kasy, mam stresującą pracę i muszę odreagować, miałem gorszy dzień – wykrętów jest multum, a koniec końców wszystko sprowadza się do tego, że do tej pory było wygodnie. I nagle przestało.

Żeby być uczciwym, muszę przyznać, ze nie wywaliłem swoich nawyków do góry nogami. Wiele razy tego próbowałem i wiem, że w moim przypadku to nie działa. Poza tym, totalnej rewolucji nie było w planach. Plan był prosty odstawka słodyczy, piwka i fastfoodów. Wszystko inne – jak najbardziej. Codziennie spisywałem, co jadłem i wcale nie były to dania dietetyczne. Bagietka czosnkowa z serkiem i ogórkiem, kopiaste talerze pomidorówy z makaronem, kasza z mięsem, jajecznica na boczku, tortilla z mięsem i fasolą – codziennie zjadałem po ok 2000kcal, czyli tyle, ile w moim przypadku jest wskazane. Starałem się jeść mniej pieczywa, ale gdy napadło mnie na kanapkę z pasztetem, czy smaczną bułkę z ziarnem – nie odmawiałem sobie.

Ważną zasadą było „nie najadać się pod korek”. Nakładałem sobie rozsądne porcje, po których z reguły czułem lekki niedosyt. W normalnych warunkach albo wziąłbym dokładkę, albo węszył, czym tu dobić (najlepiej czymś słodkim) – w tym wypadku dawałem sobie kwadrans na to, aby do mózgu dotarło, że zjadłem. Jeśli po kwadransie nadal byłem głodny – brałem dokładkę i dojadałem aż poczułem się syty. Co ciekawe, na dokładkę wystarczało zaledwie kilka kęsów, zaś w połowie przypadków po kwadransie uczucie głodu mijało. Pokazało mi to dobitnie, jak prawdziwe jest zalecenie aby jeść pomału i bez pośpiechu przeżuwać – w trakcie takiego nieśpiesznego posiłku mózg zdąży zarejestrować, że dostał jedzenie i głód został zaspokojony. Wpieprzając w pośpiechu nie dajemy organizmowi czasu na zorientowanie się, że właśnie dorzuciliśmy do pieca, skutkiem czego dorzucamy więcej, niż jest to faktycznie potrzebne – czyli hodujemy sadło.

Pierwszy szok

Pierwsze odstępstwo zrobiłem po dwóch tygodniach. Z ciekawości spróbowałem serka danio, które to serki moja córa uwielbia a i mi nierzadko zdarza się wciągnąć jakiś większy kubełek. Polizałem wieczko… JAKIE TO JEST KURWA OBRZYDLIWE! Co za ulepek, ja pierdolę, żywy cukier. Najchętniej bym to wypieprzył, ale raz otwartego serka córka własnym ciałem bronić będzie. Trudno, niech będzie moja porażka. Drugi serek wypieprzę ukradkiem…

Na okoliczność wizyty w Poznaniu małżonka przywiozła Rogal Marciński. Do rogali tych mam stosunek podobny, jak do desperadosa -zawsze, wszędzie i w każdej ilości. Wziąłem kęsa i aż mi pod zębami zaskrzypiało. Ile tam jest cukru! jakie to jest słodkie! Zjadłem, bo przecież to rogal marciński a „Marcinów” się nie wyrzuca. Wiem, powinienem był wyrzucić, ale to prezent z dobrego serca a poza tym w planach był trening – więc lekki nadmiar cukru (energii) akurat się przyda. Tak sobie tłumaczyłem…

Niesamowitym zaskoczeniem było dla mnie, jak bardzo zmienia się smak. Raptem dwa tygodnie bez cukru, i to tylko tego przetworzonego – i nagle chamski, przemysłowy cukier staje się nie do zniesienia. W czasach, gdy zajadałem się słodyczami i miałem ochotę na coś słodkiego, opcja taka jak „owoc zamiast czekolady” w ogóle nie wchodziła w grę. Słodkie musiało być naprawdę słodkie, tysiąc procent cukru w cukrze”, tymczasem wystarczyło czternaście dni i sytuacja zmieniała się diametralnie.

waga

Pomimo odstawienia cukru, fast foodu i piwka, przyjmowałem codziennie około 2K kalorii – czyli tyle, ile do tej pory. Nie zwiększyłem też liczby treningów – średnio były trzy w tygodniu – 2 crossFity i bieganie. Trybu życia w zasadzie nie zmieniłem. Zmieniło się za to na wadze. Po pierwszym tygodniu zniknął kilogram. Po drugim było tego już 1,7kg. Po trzecim 2,5. Po czwartym organizm chyba się otrząsnął z szoku, bo nie zgubił już nic – stanęło na 2,5kg w plecy.

Skoro nie zmieniłem swojego trybu życia i nie zwiększyłem ilości treningów, konkluzja mogła być tylko jedna: Te moje browarki, kebaby i słodycze to jest dokładnie to, co wypalam w trakcie treningów. Dzięki nim stoję w miejscu – nie ma progresu, jest stagnacja i walka o utrzymanie status quo. Mówiąc krótko: Browary i słodycze to hamulec, który choćbym nie wiem, ile ćwiczył, zawsze ściągnie mnie w dół. Ciebie też.

sylwetka

Mój brzuch od zawsze doprowadzał mnie do szału. Czy byłem grubszy, czy chudszy, zawsze odstawał mi jak u Somalijskiego dziecka. Pod skórą mięśnie mam takie, że można sobie siniaki o nie ponabijać a estetycznie – porażka. Jedni tłumaczyli, że to lordoza, drudzy, że „taka moja uroda”, jeszcze inni, że „połowa ludzi tak ma” a mnie kurwica od tego brała i za żadną cholerę nie chciałem się z tym brzuchem pogodzić.

Przywykłem do tego, że gdy chudnę automatycznie zmienia mi się obwód pasa i spodnie zaczynają lecieć z dupy – dziwnie byłoby, gdyby było inaczej. Zaskoczeniem było dla mnie to, że tym razem poza obwodem w pasie zaczęły się zmieniać proporcje sylwetki. Ten cholerny brzuch zaczął się robić coraz bardziej płaski i na chwilę obecną, bez napinania się widzę zarys mięśni brzucha. A więc da się! Żadna tam lordoza, czy uroda, tylko rozepchany durnymi nawykami żywieniowymi bebech. Wystarczyło przestać wpieprzać pod korek, rozpychać żołądek browarem i – cud na Wisłą – zaczyna człowiek wyglądać jak człowiek.

Konkluzja

Po pierwsze i przede wszystkim – udało mi się zwalczyć ten cholerny brzuch. Nie jest to co prawda stan wymarzony (nie ma to jak postawić sobie wywalone w kosmos oczekiwania) ale jest DUŻO lepiej niż było. Z przyjemnością patrzę na siebie w lustrze, sam się sobie podobam i mówiąc krótko czuję się ze sobą dużo lepiej, niż jeszcze miesiąc temu.

Po drugie: Przekonałem się, że nie ma czegoś takiego jak „nie potrafię zrezygnować z […]”. Otóż potrafię! Największym zaskoczeniem tego eksperymentu było to, jak szybko, łatwo i bezproblemowo przyszło mi zrezygnować z cukrów przetworzonych. Na chwilę obecną jestem w stanie obojętnym krokiem przejść przez dział ze słodyczami, czy alkoholem. Stojący obok kawy pojemnik z cukrem mógłby dla mnie w ogóle nie istnieć, ponieważ wszystko, czego potrzebuję przyjmuję w postaci suszonych owoców. Incydentalnie (raz na tydzień może) poczuję pokusę na coś słodkiego, ale tak, jak kiedyś nie potrafiłem się jej oprzeć tak teraz, zwyczajnie ją ignoruję i po chwili sama przechodzi.

Zmienił mi się smak. Po odstawieniu cukrów przemysłowych wszelakie serki, słodkie bułki etc stały się dla mnie ZA słodkie. Nie jestem w stanie ich jeść, są jak ulepek. Dużo wyraźniej odbieram za to inne smaki. Wymuszone kombinowanie z nowymi potrawami, rozwiązaniami pokazało mi, jak wiele jest smaków, które do te pory omijałem. Pasjami zajadam się np. domowej roboty quacamole, które traktuję jak serek do smarowania pieczywa. W markecie odważniej poczynam sobie na dziale z warzywami. Nie odrzucam produktów na zasadzie „bo nie”. Kombinuję, eksperymentuję, szukam nowego.

Spisywanie tego, co się je jest kluczem do sukcesu. Nie jestem w stanie policzyć, ile razy naśmiewałem się z tej metody, jako babskiego liczenia kalorii. Błąd! Oczywiście, liczenie każdej kalorii jest moim zdaniem głupie jak but z lewej nogi, ale spisywanie co się zjadło pozwala na ogólny widok tego, co się przyjmuje. Dzięki takiemu spisywaniu widać, gdzie i w jaki sposób pakujemy w siebie zbędny syf. Łatwiej też, mając taki tygodniowy spis do jadła przypilnować, czy je się w sposób urozmaicony, czy też wpieprza się non stop to samo.

Diabeł tkwi w szczegółach. Cukier do kawy, batonik na deser, cola z automatu, piwko po pracy… Największym zagrożeniem są te małe niezauważalne gówienka, pozornie nieszkodliwe drobiazgi. „Ale przecież w życiu trzeba mieć swoje przyjemności” – znam ten argument, stosowałem go przez lata. Tymczasem ten cukier, batonik, cola i piwko w skali dnia dokładają jakieś 800 kalorii w formie czystego cukru. Pięć dni w tygodniu i robi się z tego 4000 kalorii – dwa dni zapotrzebowania organizmu. Mówiąc bez ogródek, folgując swoim małym przyjemnościom wpieprzamy dwa dodatkowe dni. Dwa niezdrowe dni. A potem jest przecież jeszcze weekend, wypad ze znajomymi, obiad rodzinny, cukiernia… Żeby to wszystko spalić trzeba by dzień w dzień biegać po kilkanaście kilometrów – i to tylko po to, by nie obrosnąć w sadło. Kto ma na to czas i zdrowie?

Pies Pawłowa. Pierwszy piątek bez piwa pokazał mi dobitnie, jak wielka jest siła nawyku. Jak wiele z decyzji i potrzeb nie jest faktycznymi potrzebami, tylko utartym schematem. Są „zameldowane przez zasiedzenie”. Prawdę mówiąc, piwa brakuje mi dużo bardziej, niż cukru, ale bez niego też daje się żyć – i nie jest to smutna wegetacja 😉 Permanentna odstawka nie wchodzi w grę, ale z pewnością, będę dużo ostrożniej podchodził do promocji na desperadosa.

Podsumowując ten miesięczny eksperyment mogę odhaczyć same sukcesy. Udało mi się ruszyć z tematem, który od lat był moją bolączką. Przekonałem się, że da się żyć bez słodyczy, piwa i fastfoodu – i wcale nie musi to oznaczać umartwiania z samobiczowaniem, ponieważ jest cała masa smacznych zamienników. Odkryłem nowe smaki, przełamałem swoje nawyki i wyszedłem się ze szkodliwych kolein.

Teraz już wiem, że nie ma takiej potrawy, smaku, bez którego nie potrafiłbym się obejść. Życie bez dewolaja z frytami nie jawi mi się jako kara za grzechy. Z drugiej strony nie czuję potrzeby aby popaść w skrajność i szukać zamienników dla wszystkiego, co dobre acz szkodliwe. Warto mieć swoje grzeszki i guilty pleasures, bo to one czynią życie znośnym.
Warto tylko pamiętać, że albo grzeszki, albo efekty.
Innej drogi nie ma.

Reklamy

4 myśli na temat “Zapomnij o diecie i przestań się oszukiwać”

  1. Mit, czy nie mit – ja bez cukru czuję, jakby mi kto prąd odciął.
    Moim zdaniem każda dieta, która odcina jakiś składnik (czy to węgiel, czy tłuszcz) jest nie teges. Człowiek potrzebuje wszystkich składników, grunt by z nimi nie przeginać.

    Polubienie

  2. Niby racja, ale nasi przodkowie węgle mieli tylko sezonowo. Ewolucyjnie jesteśmy gotowi do życia na mięsie i tłuszczu. Mechanizm pozyskiwania (i magazynowania) energii z węglowodanów natura wyszlifowała do perfekcji w odpowiedzi właśnie na okresową dostępność. Stały dostęp do węglowodanów mamy od "niedawna" (3 – 4 tys. lat). Dieta zrównoważona, zbilansowana to trochę ślepy zaułek. Owszem – wydaje się być racjonalna, ale sami medycy dostrzegają w niej coś, co ich niepokoi. Czasem mówią nawet o największym błędzie współczesnej medycyny. W ciągu 3-5 lat przepowiadam rewolucję w dietetyce 🙂 Oczywiście każdy je jak lubi i uważa za stosowne.

    Polubienie

  3. Z dietami i ideologiami żywieniowymi jest ten kłopot, że jest ich zatrzęsienie i przeczą sobie nawzajem, choć każda z nich podpiera się jakimiś naukowymi badaniami/faktami itp.
    Dlatego nie wierzę w żadną z diet; wierzę natomiast w umiar i rozsądek.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s