Rób to, czego nie potrafisz

Nie znosiłem matmy w podstawówce. W ogólniaku też. Na studiach było już łatwiej, bo mogłem wybierać i wybrałem tak, by nigdy już nie mieć do czynienia z przedmiotami ścisłymi. Szczęście moje trwało  prawie 10 lat –  do czasu, gdy w okolicach trzydziestki zajarałem się programowaniem prostej fizyki w gierkach flashowych.
Najpierw kupiłem jedną książkę do fizyki, potem drugą a potem kupiłem cyrkiel, linijkę,  podręcznik do matematyki dla pierwszej klasy gimnazjum i zacząłem przypominać sobie to, czego tak naprawdę nigdy się nie nauczyłem.
Z własnej woli…

Gdy zapytałem znajomego biegacza, „co zrobić by biegać szybciej” usłyszałem odpowiedź, która wówczas wydawała mi się bezsensowna. „Aby biegać szybciej trzeba biegać szybciej”. Ale jak szybciej, skoro nie dam rady? Gdybym mógł biec szybciej –  to bym  pobiegł. Nie mogę –  to nie biegnę –  tłumaczyłem ni to sobie ni to jemu.
Ale to nie było tłumaczenie. To były wykręty.

Moją największą crossFitową bolączką były podwójne skakanki – Double Unders. Próbowałem wiele razy i ni cholery mi nie szło. Zamiast Double Unders miałem Double Szramy na posiekanych stalową linką łydkach. Zrezygnowany stwierdziłem, że trudno – widać nie dla mnie double i skakałem single w mnożniku x4. Nawet niezły się w tych singlach zrobiłem – potrafiłem skakać je niemal tak szybko, jak inni duble – ale ciągle towarzyszył temu jakiś niesmak, że to nie to, że nie tak być powinno.

Podobnie było też ze sztangą. Jak każdy początkujący, miałem braki w technice. Prawdę mówiąc byłem jednym wielkim brakiem. Nie szło mi –  a im bardziej mi nie szło, tym bardziej jej unikałem -bo co to za frajda robić coś, co nie idzie?  W efekcie, zamiast czegoś się nauczyć, kręciłem się w koło swojej strefy komfortu.

Aż któregoś dnia się wkurwiłem i powiedziałem „Dość”. Od dzisiaj skaczę Double. TYLKO DOUBLE. Pieprzyć to, że po jednym,  skaczę aż się nauczę. Choćbym miał do krwi sobie łydki rozorać nauczę się tych cholernych Doubli.
I zacząłem skakać.
Jak wiadomo, życie to nie bajka, więc dymałem po sztuce, czasem dwie. Jak udało mi się trzy zakręcić to już był wielki sukces – ale zagryzłem zęby i powtarzałem sobie w duchu „Jak nie teraz, to już nigdy. Skacz, kurwa, aż się nauczysz”. I skakałem.
Nie raz i nie dwa miałem w oczach łzy, krzywiłem się z bólu a łydki piekły jak wściekłe – ale tłukłem swoje. Po sztuce, po dwie. Na upartego.

Moim biegowym problem od zawsze był „hamulec bezpieczeństwa”. Nie byłem w stanie pobiec na 100% możliwości, bo obawiałem się, że mnie odetnie; że tak, jak na pierwszej orlenowej dysze złapie mnie kolka i skończy się na upokarzającym marszu. Niby próbowałem mocniej dociskać, ale zawsze było to w granicach strefy komfortu. Bujałem się w tej strefie przez długi czas, aż podczas któregoś styczniowego wybiegania (było piękne słońce, minus 15 na termometrze) poniosło mnie  i po kilkumiesięcznej kontuzji pobiegłem jakbym był w szczytowej formie. Ot tak, po prostu. Biegłem coraz szybciej, szybciej – a potem już tylko pilnowałem tempa. I okazało się, że da się, że można.
Od tamtej pory na każdym biegu staram się docisnąć choć na kilka kilometrów; powoli przesuwać granicę.
Bo wiem, że da się.

Do sztangi wróciłem przez wstyd. W trakcie zajęć dla początkujących podpiąłem się pod grupę aby podszlifować to i owo. jeszcze w trakcie rozgrzewki z rurką PCV zorientowałem się, że nie mam czego szlifować, bo moja technika ze sztangą nie istnieje. I zrobiło mi się cholernie wstyd – bo chodzę na ten crossFit dziewięć miesięcy i nie umiem nic – jak tej matmy w szkole.
Odłączyłem się od grupy, podkuliłem ogon i poprosiłem jednego z trenerów aby pokazał mi podstawy – żebym mógł sobie w kącie sali oswajać się z gryfem. Wtedy postanowiłem sobie, że nie ma uciekania od sztangi. Nie ma uciekania w ogóle.
Żeby dźwigać –  trzeba dźwigać – więc będę dźwigał, choćby pusty gryf.

Uciekanie od tego, czego się nie umie jest wygodne, ale to najkrótsza droga do stagnacji. Niczego się nie nauczysz robiąc tylko to, co potrafisz. Owszem, pozwoli to uniknąć smaku porażki, wstydu i pozwoli się oszukiwać, jakim to się nie jest zajebistym, ale będzie to tylko oszukiwanie się – taka bardziej zawoalowana forma tchórzostwa.

Można sobie mówić – „To nie jest dla mnie” – ale to gówno prawda.
Coś „nie jest dla ciebie” bo się tego boisz, bo przed tym uciekasz, bo podwijasz ogon i spieprzasz do strefy komfortu. „Nie dla mnie” była matematyka, szybki bieg, czy te cholerne Double Unders. Oszukiwałem się długo i mogłem jeszcze dłużej – ale to do niczego nie prowadzi. Chcąc być jeszcze lepszym trzeba robić to, czego się nie umie – bo tylko w ten sposób można się tego nauczyć. Brzmi banalnie, ale nie ma innego sposobu na naukę, jak kaleczenie rzemiosła. Błędy, błędy i jeszcze raz błędy –  nie ma co ich unikać, bo na nich człowiek się uczy. I na bok wstyd, że nie idzie, że kaleka technika. Większym wstydem jest nie próbować, niż próbować i robić źle.
Błędów nie robi tylko ten, kto nic nie robi.

Dlatego ten rok przeznaczam na robienie wszystkiego tego, czego nie potrafię. Zamykam strefę komfortu. Zagryzam wstyd i robię to, czego nie umiem.
Wszystko, co nie wychodzi, będę robił aż wyjdzie.
Koniec uciekania.

Reklamy

8 myśli w temacie “Rób to, czego nie potrafisz”

  1. Świetnie napisane. Bo to prosta filozofia jest, żadnej magii nie ma. Żeby biegać trzeba biegać, żeby pływać trzeba pływać itd. Tu jedyną magią jest systematyczny trening i ciężka praca. Trzeba sobie tylko odpowiedzieć na pytanie: czy ja rzeczywiście chcę to osiągnąć? Bo może się okazać, że wcale tak nie jest, a wtedy nie warto krwawić z łydek. Zresztą, tak jest ze wszystkim, nie tylko ze sportem. Z nauką jazdy samochodem, grą na gitarze, językiem obcym czy… szczęściem samym w sobie. Jeśli ktoś jest gotów do pracy i poświęceń to osiągnąć może naprawdę wiele.

    Polubienie

  2. Krzysiek… jak widzę Twój nowy wpis to przede wszystkim robię sobie strefę komfortu, żeby w skupieniu i ciszy przeczytać. Nie wiem jak Ty to robisz ale mam wrażenie jakbyś siedział w mojej głowie i czytał co tam jest. Dziękuję Ci za jedną ważną rzecz, z której nie zdawałam sobie sprawy; nie lubię robić tego co robię w robocie.. bo siedzę w strefie,w której mi wygodnie i wcale nie chcę się nic uczyć. Od jutra będzie mi się chciało. Dzięki wielkie za to!

    Polubienie

  3. Postawiłeś bardzo dobre pytanie, tyko ja bym je nieco odwrócił: czy mi naprawdę się nie chce, czy tylko boję się porażki/jest mi za wygodnie (chciałbym efekty bez wysiłku).
    W moim przypadku działał mechanizm "uważam się za całkiem niezłego i omijam wszystko, co mogłoby mi przypomnieć, że jest inaczej" – a to błąd.
    Trzeba robić właśnie to, co nie idzie – bo inaczej się człowiek nie nauczy.

    Polubienie

  4. To pewnie dlatego, że my, sportowcy, tak bardzo się od siebie nie różnimy. Mamy podobne ambicje, stosujemy podobne wykręty.
    Jak to kiedyś Szymborska napisała :"Różnimy się tak bardzo podobnie" 😉

    Polubienie

  5. No właśnie kurde nie do końca. Trzeba jeszcze tego chcieć. Podam Ci przykład z mojego życia. Przez pół życia marudziłem, że nie umiem grać na gitarze, ale nic z tym nie robiłem. W końcu (po tym jak zacząłem biegać, to ma znaczenie, bo pokazało mi, że chcieć to móc) kupiłem gitarę i zacząłem chodzić na lekcje. Po roku, gdy opanowałem jako-takie podstawy doszedłem do wniosku, że kręci mnie to mniej niż sądziłem, że będzie i gitara powędrowała w kąt… Nadal chciałbym umieć grać, ale nie aż tak bardzo jak np. chciałem nauczyć się pływać, w czym moja determinacja imponowała nawet trenerowi. Chodzi o to, jak bardzo się czegoś chce. Nie boję się wysiłku, nie boję się porażki, ale dochodzę do wniosku, że na jednych rzeczach zależy mi bardziej, a na innych mniej:)

    Polubienie

  6. Wiadomo, że jak się nie chce (albo tylko wydaje się, że chce) to nic z tego nie będzie. A że ochota przechodzi? Wszystko z czasem przechodzi – to jednak nie powód, żeby tego nie robić (idąc tym tropem nie ma sensu wstawać, bo i tak się człowiek położy).
    Uważam, że "chcenie" trzeba realizować, nawet jeśli to chwilowa zachcianka. Ważne, żeby to faktycznie robić a nie szukać wykrętów, "zrobiłbym to, ale…"

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s