Sezon na samobójców

Siódma czterdzieści. Wyjeżdżam spod bloku wioząc córkę do przedszkola. Jadę 20, góra 30km/h – jak to na osiedlowych uliczkach. Koło stacji benzynowej,  na przełaj, przez trawnik wyskakuje mi poranny biegacz – nawet nie zwolnił – po prostu wbija centralnie pod koła. Daję po hamulcach. Potem w klakson. On  zatrzymuje się, pokazuje mi środkowy palec – i biegnie dalej.
Głośno pozdrawiam jego matkę, córka słucha (tak, wiem, to niewychowawcze) i jedziemy do przedszkola.
No co za debil…

Zaprowadziwszy córkę do przedszkola wracam do wozu. Patrzę w lewo- i uśmiech występuje mi na lico – biegnie mój kolega w czarno-arbuzowej kurteczce. Mam cię, chujku – myślę sobie i już czuję to uderzenie adrenaliny, już się spinam, już szykuję… No, podbiegnij zajączku jeszcze kawałek…
I wtedy przychodzi chwila otrzeźwienia: Daj spokój, ojciec, będziesz bójkę pod przedszkolem wszczynał? Chcesz przez debila iść na policję? Odpuść kretynowi, nie jest tego wart. Przecież i tak niczego go nie nauczysz a ludzie poświadczą, że pierwszy zacząłeś…

Nie wiem, czy to kwestia tego sezonu, czy zwyczajnie zapomniałem jak to było rok temu, ale od czasu gdy tylko zrobiło się nieco cieplej jazda samochodem po mieście zaczyna być bardziej stresująca, niż zwykle. Zaroiło się od biegaczy, rowerzystów, deskorolkarzy – wszyscy nagle złapali sportowego bakcyla i wylegli, gdzie tylko można wylec.
No i fajnie – ktoś powie – niech biegają, niech jeżdżą, niech dbają o zdrowie i boskie ciała.
A pewnie, że fajnie – niech dbają –  tylko czemu muszą robić to tak bezmyślnie i chamsko? Dlaczego muszą pakować się pod koła, biegać na czerwonym, nie rozglądać się przy przebieganiu przez jezdnię? Dlaczego ich ciągoty sportowe muszą przypominać samobójcze skłonności?

Większość biegaczy, których mijam wieczorową porą jest niemal tak ciemna, jak aura za oknem –  i nie mówię tu o stanie intelektualnym, tylko tekstyliach.  Jakieś odblaski? Kolorowe ciuchy? A gdzie tam! Zdecydowana większość  ubrana jest na ciemno i pół biedy, gdy biega po jako tako oświetlonych ścieżkach, czy chodnikach – tam niech sobie truchta nawet w strojach maskujących. Problem zaczyna się w okolicach przejścia dla pieszych – tam niby są latarnie, niby auta jeżdżą na światłach, ale wieczorne powroty z treningów pokazują, że ubrany na ciemno biegacz bez odblasków jest widoczny z odległości max 100 metrów.
Zważywszy, że i auto i biegacz są w ruchu, to bardzo mało.

Typowa sytuacja wygląda następująco. Wracam około 21szej z treningu. Kierowcą jestem raczej wyluzowanym – jeżdżę swoje 60/70 i nigdzie mi się nie śpieszy. W odległości 150 metrów mam skrzyżowanie bez sygnalizacji. Zwalniam –  bo nigdy nic nie wiadomo – i lecę tak koło 50km/h. Dojeżdżam do skrzyżowania –  i sru – nagle ni z tego ni z owego (najczęściej z wieczornej plamy cienia) na pasy wbiega wieczorny sportowiec. Nawet się nie obejrzy, czy coś jedzie czy nie –  po prostu wbija na pasy a jedynym jego elementem odblaskowym są wystające z uszu białe kable od słuchawek.

Pół biedy, gdy jest to biegacz –  bo ci poruszają się w miarę powoli. Gdy na pasy wpada wieczorny rowerzysta -rzecz jasna  na pożyczonym veturillo bez świateł – wtedy zaczyna się thriller.

Drażni mnie głupota biegaczy. Biega toto bez odblasków, wpieprza się na ulicę nie rozglądając na boki, przebiega na czerwonym, bo o Jezu Jezu zgubi rytm i kilka sekund na garminie się doda. Pal licho gdy droga jest pusta i nie ma aut na horyzoncie – ale nierzadko pakuje się toto centralnie pod koła i jeszcze ma pretensje; albo zwyczajnie nie zdaje sobie sprawy z tego co robi, bo właśnie ajpod zapodaje niezłą nutę i jest niezły flow.

Gdy wychodzę na wieczorne bieganie nie ma takiej możliwości, bym nie miał na sobie odblasku. Albo biegam we wściekle zielonej bluzie, albo mam opaski odblaskowe (takie, jakimi rowerzyści spinają sobie nogawki). Dobiegając do ulicy zwalniam, rozglądam się dookoła a gdy na przejściu mam czerwone światło – odbijam w drugą stronę – bo co za różnica, czy do domu dobiegnę od lewej, czy od prawej strony? Ważne, żebym dobiegł.
NIGDY nie wymuszam pierwszeństwa na samochodach – nie dlatego, że jestem taki zajebiście porządny i przykładny –  tylko dlatego, że cenię sobie swoje nogi i i chciałbym na nich jeszcze trochę pobiegać. W starciu z samochodem nie mam żadnych szans a bycie ojcem na wózku inwalidzkim to moim zdaniem słaba opcja. Co z tego, że kierowca pójdzie do pudła za potrącenie pieszego na pasach, skoro ja zostanę kaleką do końca życia?
W dupie mam taki interes.

Biegaczom się wydaje, że są nieśmiertelni. Wychodzą z domu, zapuszczają muzykę na uszy i gnają przed siebie zbierając punkty z garmina. Zapominają, albo nie chcą przyjąć do wiadomości, że poza nimi też jest ktoś na drodze i ten ktoś, bez względu na to, że właśnie wchodzą w trzecią prędkość kosmiczną, może ich po prostu zabić albo okaleczyć.

Jest  adrenalina, jest ambicja – ja to wszystko rozumiem, ja też to lubię –  ale w starciu z toną metalu ta ambicja, adrenalina i życiówka razem wzięte są gówno warte.
Wtedy nie liczy się, kto ma rację i kto co komu „pokazał”.
Wtedy liczy się, kto chodzi na własnych nogach, a kto jeździ wózkiem inwalidzkim.

Reklamy

Jedna myśl na temat “Sezon na samobójców”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s