Plan na wszystkie maratony świata

Pierwsze dychy, połówki a nawet kilka maratonów już za nami. Wiosna w pełni toteż na internetowych forach i blogach mnożą się pytania o plan na maraton. Mój Pierwszy Maraton.

Rok temu i ja szykowałem się do swojego pierwszego maratonu. Pamiętam dokładnie, kiedy to było, gdzie i kiedy przestawił mi się mentalny przełącznik. Jestem w stanie pójść w to miejsce i z dokładnością do kilku metrów wskazać punkt, w którym nieśmiało pomyślałem „gdyby tylko bardziej się przyłożyć…”

Nie próbowałem żadnego z planów – trzymanie się sztywnych założeń jest nie na mój charakter. Założenie było proste – biegać. Biegać jak najwięcej. Żadnych skipów, interwałów, OWB, BNP, ZCHN i RWPG. Nic z tych rzeczy. Jedynym założeniem, którego się trzymałem było „półmaraton w każdy weekend” –  raz w tygodniu musiałem zrobić minimum 21km. Poza tym było to bieganie dla biegania –  byle więcej i dalej.

Najprościej byłoby powiedzieć, że to założenie „byle więcej i dalej” doprowadziło mnie do kontuzji – i pewnie byłaby w tym spora doza prawdy. Z drugiej strony mam znajomego, który do pierwszego maratonu szykował się wg planu (nie pamiętam już którego, w każdym razie był to któryś ze „znanych i polecanych”) i tak się załatwił, że do dziś z tej kontuzji nie wyszedł. Choć szliśmy różnymi ścieżkami, zgubiło nas to samo – ambicja. Za bardzo się napinaliśmy, za bardzo chcieliśmy coś tam sobie udowodnić. Za bardzo się wyżyłowaliśmy i efekt był, jaki był.

Gdy czytam pytania o „plan na mój pierwszy maraton” zastanawiam się, czy nie robimy sobie na ten maraton zbytniego ciśnienia. Maratonów jak mrówków, biega wszystko, co ma nogi (i nie ma kontuzji) – jak tu się nie nakręcić, jak nie zajarać ta magią 42km.
Jak tu nie „zostać maratończykiem” skoro jest nim co drugi znajomy?

Ze swojego pierwszego maratonu najbardziej pamiętam to uczucie, że „nic się nie wydarzyło”. Człowiek karmił się opowieściami o walce, docieraniu do granic, zmianie jaka zachodzi wraz z przekroczeniem linii mety – według tych wszystkich historii miałem wrócić do domu kompletnie odmieniony, nowy człowiek – tymczasem dobiegłem i wróciłem dokładnie ten sam.
Podobnie było z drugim maratonem. Choć wyżął mnie jak szmatę do podłogi, choć od piętnastego kilometra do mety biegłem na kryzysie, nie zmieniło to we mnie nic. Pojechałem, pobiegłem, świetnie się bawiłem. I już, wszystko, żadnej rewolucji, nawet najmniejszej zmiany. NIC.

Czytam ludzi, którzy czekają maratonu jak zbawienia, mówią o chrzcie, dołączeniu do biegowej rodziny. Czytam to i myślę sobie, jak bardzo ten maraton idealizujemy, jak wielkie znaczenie mu przypisujemy. Czytam i sam już nie wiem, czy ludzie naprawdę to wierzą, czy zwyczajnie się nakręcają; robią niepotrzebne ciśnienie i podbijają bębenek ambicji.
Żeby nie było, że znajomi to już a oni jeszcze nie.

Dla mnie w bieganiu liczy się bieganie – wyjść, zmęczyć się, poczuć strzał endorfin. Starty, czy na dłuższe, czy krótsze dystanse są dla mnie tylko dodatkiem do aktywności, która sprawia mi przyjemność. Podobnie mam z crossFitem – nie interesują mnie starty w zawodach – interesuje mnie dobra kondycja i połechtanie ego, gdy wchodzę rano spod prysznica.
Cała reszta to dodatki, których największą wartością jest spotkanie z biegowymi znajomymi.

Czytam te pytania o plan na pierwszy maraton i aż mnie korci, by odpisać ” olej plany, nie rób sobie napinki i przede wszystkim biegaj dla przyjemności” –  ale wiem, że taka „rada” dla kogoś, kto żyje tą maratońską mitologią jest kompletnie bezużyteczna. Druga rzecz, że po dwóch maratonach moje kompetencje i uprawnienia do dawania rad są mocno dyskusyjne –  bo co ja o tych maratonach wiem? Pogadamy jak ich z dziesięć przebiegnę (czyli pewnie za jakieś 10 lat 😉 )

Czytam te pytania i cieszę się, że to już za mną. Że pobiegłem, że sprawdziłem, że nie muszę sobie robić ciśnienia i mogę skupić się na sporcie dla przyjemności. Że ze spokojem ducha mogę sobie nucić  Cool Kids Of Death* i robić wszystko swoim tempem.

Że nic nie muszę.
Wszystko chcę.

*za nic w świecie nie chciałbym znowu mieć 16 lat 
I ciągle myśleć, co zrobić, by zachować twarz 

Tssst, tssst, tssst…

Mój pierwszy raz z kettlami miał miejsce w  starej osiedlowej siłowni, do której chodziłem w podstawówce. Była to siłownia rodem z wypowiedzi Janowicza -bardziej szopa z kilkoma dziurawymi materacami i zardzewiałym atlasem. Pamiętam jak z kolegami podnosiliśmy te stare, poobijane ciężarki z uszami, nie bardzo wiedząc co z nimi robić. Wydawały się takie staromodne i nieprofesjonalne – zupełnie inne od tego, jacy chcieliśmy być – więc po kilku razach poszły w kąt a my poszliśmy do maszyn, które miały nam dać posturę Arnolda.

Ponowny kontakt z kettlem miałem na crossFicie – tam czajniki są pełnoprawnym sprzętem treningowym, ale używa ich się głównie do swinga i turka (turkish get up). Sztanga króluje niepodzielnie i rzadko widzi się kogoś, kto sam z siebie pracowałby z kettlem.
Uziemiony przez kontuzję nie miałem co myśleć o sztandze, czy drążku. Jakiekolwiek obciążanie chorej ręki oznaczałoby wydłużanie żmudnej i kosztownej rehabillitacji, toteż mając wybór nie robić nic albo spróbować kettla nie zastanawiałem się ani chwili.
Czajniki poszły w ruch.

Ponieważ nie samym swingiem i turkiem kettle stoją, zacząłem drążyć temat –  przeglądać internet, oglądać szkoleniowe wideo. Podpatrzyłem tam wiele ciekawych ćwiczeń, które wprowadziłem do treningów, niemniej miałem świadomość, że techniki z wideo to ja się nie nauczę (szczególnie w trybie „teoria w domu, praktyka na treningach”) a machanie ciężarami bez poprawnej techniki to Bardzo Zły Pomysł.
Traf chciał, że crossFit Ursus, box specjalizujący się w kettlach, organizował szkolenie z tychże.
Długo się nie zastanawiałem – przelew poszedł, pozostało tylko czekać godziny zero..

Pierwszym, co po zawitaniu do Ursusa rzuciło mi się w oczy, a raczej na ciało, była temperatura. Rozumiem, że to kwestia rozmiarów boxa (hala wysokości, na oko, 10 metrów) ale, pardon my french, piździło jak w Kieleckiem. Gdy ćwiczyliśmy było ok, bo rozgrzany organizm nie pozwalał zmarznąć, ale w trakcie przerwy obiadowej, czy części teoretycznej, zestaw podkoszulka + koszulka z długim rękawem był niewystarczający.

Samo szkolenie było bardzo dobre. Dwóch komunikatywnych prowadzących, nieduża kilkunastoosobowa grupa -był więc czas by do każdego podejść, skorygować, pomóc – pod tym względem było tak, jak być powinno. Podczas ćwiczeń każdy był sprawdzony  przynajmniej raz przez każdego z instruktorów – toteż nie było mowy o niepoprawnej technice, czy oszukiwaniu. Jest to istotne o tyle, że w pracy z ciężarami to właśnie zła technika jest główną przyczyną kontuzji.

Wszystkie omawiane ćwiczenia były mi już znane, czy to z wideo, czy treningów, ale każde z nich wymagało doszlifowania – i dokładnie po to przyszedłem. Tu raz jeszcze wrócę do zalety małej grupy – był czas każdemu się przyjrzeć, pomóc, doradzić – jest to nie do przecenienia. W końcu nie chodzi o to, by zrobić sobie krzywdę ciężarem, tylko by robić to poprawnie.
Instruktorzy byli przy każdym. Gdy trzeba –  to pochwalili, gdy trzeba – skorygowali. Nie było mowy o tym, by się nie dowiedzieć, jak poprawnie wykonywać ćwiczenia.  Jak będzie z wykorzystaniem tego w praktyce –  to już kwestia indywidualna każdego z kursantów –  samo przekazanie wiedzy było jak najbardziej OK.

O ile ćwiczenia były mi jako tako znane, o tyle technika oddechu „na kompresji” leżała po całości.
Ponieważ charakterystyczne „Tssst” bardzo pomaga w ćwiczeniach z czajnikami, nie było mowy, by się tego nie nauczyć. Po pół godzinie wszyscy syczeliśmy niczym zepsute autosany. Widok był momentami komiczny, gdy kilkanaście osób posykiwało niczym zacięte drzwi, ale w praktyce  to działa – więc syczeliśmy  ile wlezie 😉

Jeśli chodzi o cenę – 300zł za 6 godzin szkolenia (z czego solidne 5h obejmuje machanie żelazem) to moim zdaniem bardzo przyzwoita cena, tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę małą liczebność grupy i de facto „półindywidualny tryb nauczania”. Co prawda jeden z trenerów (Dominik) mógłby mówić nieco głośniej (nie pomagały mu dobiegające zza ściany odgłosy paintballa), ale wszystko było tyle razy powtórzone, że to tzw „minor issue”.

Na koniec kursu każdy otrzymuje certyfikat ukończenia szkolenia.
Ile ten certyfikat jest wart? Moim zdaniem sporo. Jak już kilka razy pisałem – był czas, by przy każdym ćwiczeniu  co najmniej dwa razy sprawdzić każdego z kursantów. To dużo. Każdy dowiedział się, jak wykonywać ćwiczenia, czego nie robić.  Co prawda brak jest jakiegoś egzaminu końcowego, ale z drugiej strony patrząc, czy przy półindywidualnym trybie nauczania jest on potrzebny? Gdy robiłem coś źle instruktor stał przy mnie tak długo, aż zrobiłem to poprawnie –  więc można powiedzieć, że egzaminowano nas „w trakcie”.
Z trzeciej zaś strony ciężko mówić o egzaminie po sześciu godzinach zajęć. Nawet najbardziej wymagające uczelnie mają więcej, niż 6h zajęć z przedmiotu w semestrze 😉

Podsumowując, jestem bardzo zadowolony ze szkolenia. Co prawda momentami było dość rześko, ale zdobyta wiedza rekompensuje wszystkie niedogodności.
Jeśli ktoś zastanawiał się, czy warto wyskoczyć do Ursusa na kettle – podpowiadam, że warto.
Nie ma co się zastanawiać.
Tylko te zakwasy na drugi dzień…
*obrazek zapożyczyłem ze strony http://www.fixyourrun.com/

Nie ufaj nikomu

Dieta to temat samograj. W mniejszym lub większym stopniu stosują ją wszyscy. Kobiety – by schudnąć, sportowcy – by utrzymać formę, chłopaki z siłowni –  by „zrobić masę”, weganie – dla zdrowia i wyższego dobra. Wyliczać tak można by tyleż długo, co bez sensu. Dość powiedzieć, że wszyscy jesteśmy na jakiejś tam diecie, nawet jeśli jest to (moja ulubiona) dieta „smacznie i do syta”.

Temat dietowy śledzę bardziej z ciekawości, niż ze względów praktycznych –  za bardzo lubię sobie pofolgować, bym był w stanie trzymać się  zasad i restrykcji. Co chcę to jem  a z diet wyciągam to, co mnie zaciekawi i z tej ciekawości próbuję.
Śledząc ów temat i związane z nim wypowiedzi zauważyłem ciekawą rzecz -większość z nich wzajemnie się wyklucza. Każda ze stron ma swoje argumenty, które wydają się logiczne.
Problem w tym, że jedne przeczą drugim.

Diet jest fura i każda mówi swoje.  Weganie mówią, że mięcho jest nieetyczne i obciąża żołądek. Mięsożercy mówią, że są składniki, których człowiek potrzebuje, a których z rośliny wycisnąć się nie da. W crossFicie modna jest dieta paleo, która ma być naturalna dla człowieka – wszak żył wg niej przez tysiące lat. Kontrargumentem dla niej jest przypomnienie, że nasi przodkowie do okazów zdrowia nie należeli –  więc i ich dieta jakby nieco traci na wiarygodności. Jedni mówią, że w trakcie jedzenia trzeba popijać małymi łykami, inna zaś mówią, żeby nie popijać wcale, bo to rozwadnia soki trawienne. Nawet powszechnie poważane przekonanie, że zdrowo jest jeść mało, ale często doczekało się swojej kontry – ponieważ są dietetycy, którzy twierdzą, że jedząc tak często rozleniwia się żołądek co z kolei prowadzi do kłopotów z trawieniem.
Jak widać, na każdy argument znajdzie się kontrargument.

W dietach, poza ich rygoryzmem, odrzuca mnie to, co odrzuca mnie we wszystkich innych dziedzinach życia – nawiedzenie i sekciarstwo.  Co raz któryś ze znajomych  przechodzi na jakąś dietę i zaczyna gadać jakby mu mózg wyprali. Dieta to, dieta tamto, dieta jedyną słuszną drogą ku idealnej sylwetce i zdrowiu (kolejność nieprzypadkowa).

Diety robią z jedzeniem straszną rzecz –  ideologizują je. Pomijając fakt, że jedzenie jest dla życia niezbędne –  więc jest to czynność fizjologiczna i przyziemna – jest ono także szalenie przyjemne. Diety je z tej przyjemności odzierają. Wciskają  w gorset rad, zasad, zakazów i nakazów. Są jak religia – bądź im posłuszny a osiągniesz zbawienie za życia. Nie jedz tego, czy tamtego, bo jest „niekoszerne” – niezgodne z zasadami diety, z ideologią, przekonaniami.
Brak w tym wszystkim tylko konfesjonału i zbierania na tacę…

Słusznie ktoś zauważy, że za dietami stoją badania i wykształceni ludzie (choć sławny pan Ducan został  za swoją „dietę” skreślony z listy francuskich lekarzy) że cel diet, jak wariackie i restrykcyjne by nie były, jest szczytny – koniec końców chodzi o zdrowie i dobre samopoczucie ludzi, którzy na nie się decydują – a co złego może być w zdrowiu?
Czego się ojciec tak czepiasz?

Jeśli spojrzeć na przyczyny otyłości (która jest głównym powodem, dla którego ludzie ‚idą na dietę’) to zasadniczą przyczyną jest wpieprzanie słodyczy i brak ruchu. Nie ziemniaki, czy zboża (osławione „nie jem chleba/ziemniaków, bo tuczą”) tylko to, czym sobie folgujemy –  słodycze, chipsy, browarki. Jeśli dodamy do tego brak ruchu  – otrzymujemy błyskawiczny przepis na sadło.
W lutym przeprowadziłem eksperyment, który polegał na tym, że odstawiłem słodycze i alkohol. Zjadałem przepisowe 2000 kcal, nie zarzynałem się specjalnie na treningach – a 2,5kg oraz dziurka w pasku zniknęły „same z siebie”. To pokazało dosadnie, że problemem nie są ziemniaki, chleb, czy mięso. Problemem nie jest też cukier naturalny (z owoców). Problemem jest folgowanie swoim zachciankom –  a to oznacza, że nie trzeba od razu iść na dietę. Wystarczy myśleć i mieć odrobinę silnej woli.

Są też ludzie, którzy przechodzą na dietę, żeby poprawić wyniki sportowe – bo ich „mięso obciąża”. Nie kupuję tej teorii nawet po sezonowej przecenie. To nie mięso obciąża, tylko bezmyślne wpieprzanie. Jeśli ktoś myśli, że w sobotę wieczorem zaliczy grilla ze szwagrem a niedzielę pójdzie robić interwały, to się srogo rozczaruje. Jedynymi interwałami, które zaliczy, będą te do najbliższych krzaków. Grill – rzecz miła i potrzebna –  ale trzeba mierzyć siły na zamiary i nie balować dzień przed treningiem. Tu nie potrzeba chlorelli ze spiruliną, wystarczy użyć mózgu. Obżeraj się PO, a nie PRZED treningiem – oto cała tajemnica bezpiecznego biegania. Do tego ładuj węglem, uzupełniaj białko/mikroelementy – i wszystko. Bez zbędnej filozofii i ideologii.

Wg mnie dieta to robienie wody z mózgu i chodzenie na łatwiznę. Człowiek nie potrafi racjonalnie się odżywiać –  więc idzie na dietę. Dokładnie tak samo jest z religią: nie potrafisz się w życiu odnaleźć? Nie ma problemu –  dogmaty powiedzą ci co masz robić. Bądź im posłuszny a wszystko będzie ok. Łatwiej jest „pójść na dietę”, niż racjonalnie zmienić swoje nawyki żywieniowe. Przejście na dietę to ruch spektakularny, jak ślubowanie alkoholika przed ołtarzem – mówię głośno i wyraźnie „od teraz nie będę(albo będę)” –  i wszyscy to widzą. Wszyscy patrzą na ręce.  Od teraz nie ma małych grzeszków i odstępstw, bo nad głową wisi bat i widmo porażki.
Jest też grupa wsparcia złożona z tych, którzy złożyli podobne śluby – a jak wiadomo, w grupie raźniej i łatwiej.

Dieta, rozumiana jako restrykcyjny system zasad i wykluczeń jest moim zdaniem kompletną bzdurą.
Nie ma sensu sobie czegokolwiek odmawiać, ponieważ aby być zdrowym wystarczy trzymać się kilku, tak oczywistych, że aż banalnych, zasad.
–  nie wpieprzać pod korek (zasada absolutnie najważniejsza)
– wieczorem jeść LEKKIE posiłki a nie drugi obiad (chyba, że jest to posiłek potreningowy –  wtedy można nieco popłynąć, ale też z rosądkiem)
– ruszać się (niekoniecznie musi być to trening 6 razy w tygodniu, ale cokolwiek, choćby wieczorny spacer  co drugi dzień)
– nie żreć słodyczy i przekąsek bez opamiętania (a jeszcze lepiej zastąpić je jakimś suszonym owocem)
–  jeść warzywa i owoce przynajmniej raz dziennie (sałata/ogórek do kanapki, jabłko w tzw. międzyczasie to opcja minimum)
– urozmaicać jadłospis (nie żywić się samymi kanapkami, czy zupkami chińskimi –  niech tam będzie i białko i węgiel i tłuszcz –  to wszystko jest do życia potrzebne)
– unikać fast foodu jak ognia (szczególnie w godzinach wieczornych)
–  alkohol –  owszem, ale z rzadka i z umiarem

To nie jest dieta, tylko zbiór zdroworozsądkowych zasad. Problem polega na tym, jak bardzo się od zdrowego rozsądku oddaliliśmy.
Człowiek nie musi z niczego rezygnować –  bo wszystko jest dla ludzi –  i słodycze i alkohol i warzywa i kiełki fasoli. Rzecz w tym, by w tym wszystkim zachować umiar i zdrowy rozsądek.

Rozsądek i umiar to są cechy w zaniku – dlatego łatwiej jest porwać  się na kroki radykalne i odrzucić coś po całości, niż powiedzieć sobie „ok, jedno piwko wieczorkiem i wszystko; ogórek do każdej kanapki, jeden burger w tygodniu (najlepiej po treningu), cukier tylko do porannej kawy „.
Umiar wymaga siły woli i charakteru. Dieta wymaga tylko posłuszeństwa

Tytuł wpisu brzmi „nie ufaj nikomu” –  i taka też jest moja opinia o dietach. Żadne paleo, south beach, wege-śmege. Nic z tych rzeczy. Gdy chcę – jem burgera, gdy chcę – piję piwo, a gdy chcę to nawet pół litra lodów zrobię za jednym przysiadem. Dietetykom nie ufam jak księżom. Nie interesują mnie ich pomysły na moje zdrowie –  tym bardziej, że jeden przeczy drugiemu a „rewolucyjne  wyniki badań” po dwóch latach nadają się jedynie do tego, by je potłuc o kant dupy.

Jedyną dietą, która wg mnie ma sens jest zdrowy rozsądek
Umiar w żarciu i odrobina ruchu – ot i cała tajemnica.

Kim wy jesteście?

Burza wywołana ostatnią wypowiedzią Jerzego Janowicza budzie we mnie agresję. Agresję nie pod adresem naszego tenisisty – bo z nim akurat zgadzam się w całej rozciągłości –  ale pod adresem mediów, które niby są czwartą władzą, probierzem demokracji i wolności słowa a de facto przedstawiają się jak zbieranina idiotów, którzy nie potrafią dodać dwa do dwóch.
Ale od początku.

Zacznijmy od tego, że czy nam się to podoba, czy nie, dziennikarstwo współczesne NIE JEST dziennikarstwem publicystyczno informacyjnym, tylko pogonią za newsem. Trend ten narasta od lat i jeśli się zmieni –  to tylko na gorsze. Dziennikarze bronią się tym, że liczy się szybkość podania newsa, że czytelnik nie ma czasu na czytanie długich analiz, że nie interesują go wnikliwe teksty. Co prawda jeszcze nigdzie nie spotkałem się z dowodami na to – są to quasi religijne dogmaty przyjmowane na wiarę -ale wiara w nie jest powszechna a zatem nie podlegają dyskusji. Efekt tego jest taki, że nagłówki internetowe wyglądają jak wyrwane z kontekstu fragmenty rozmowy między gimnazjalistami. Nieskładne, niegramatyczne, chaotyczne, pełne zwrotów potocznych, balansujące na granicy wulgarności.

Efektem pogoni za newsem jest brutalizacja języka. Ponieważ prawdziwych newsów jest mniej, niż ich dziennikarze potrzebują (a  potrzebują ich non stop, by wykarmić apetyt, który sami wywołali) newsa robi się z czegokolwiek. Byle stłuczka przedstawiana jest jako karambol, przegrana jako porażka, źle dobrana sukienka jako skandal towarzyski. Wszystko jest wyolbrzymione i nadmuchane, napuchnięte emocjami  do granic możliwości.
Wszystko po to, by mieć jeszcze jeden krzyczący nagłówek

Truizmem jest stwierdzenie, że brutalizacja języka skutkuje brutalizacją obyczajów. Komunikujemy się słowami, dzięki nim się porozumiewamy, są nośnikiem emocji i przekazu. Jeśli te „nośniki” się brutalizują, brutalizują się także ich odbiorcy. Nasiąkamy tymi emocjami, wykrzyknikami, hiperbolami.  To banał, ale dla sprawy dość istotny.

Spójrzmy teraz na sportowców (z wyłączeniem piłkarzy, bo to przypadek kliniczny i brak mi wykształcenia kierunkowego by się na ich temat wypowiadać). Jak wygląda wsparcie naszego państwa da sportowców –  wszyscy wiemy. Wiemy też, w jakich warunkach przychodzi im ćwiczyć. Osławiony zwrot „ćwiczymy po szopach” nie ma w sobie ani grama przesady.
Uprawianie sportu w Polsce to jest hobby. Bez względu na to, czy mówimy o sporcie amatorskim, czy zawodowym,  uprawianie go wymaga od sportowca wielu poświęceń – tak kondycyjno zdrowotnych, jak i finansowych. Ktokolwiek myśli o sporcie zawodowym, musi do niego dokładać z własnej kieszeni (albo kieszeni bogatych rodziców). Smutna prawda jest taka, że ktokolwiek coś w sporcie osiągnął –  osiągnął to własną pracą i wyrzeczeniami. Popularne powiedzenie „krew, pot i łzy” jest tu jak najbardziej na miejscu.

Przenieśmy się teraz na konferencję, podczas której ze strony dziennikarzy padają takie zwroty jak „może po prostu my za bardzo podnieśliśmy poprzeczkę, może po prostu polski tenis stać tylko na grupę pierwszą?”  Ktokolwiek decyduje się na zadanie takiego pytania, albo nie ma pojęcia o co pyta, albo celowo prowokuje wybuch złości. Odstawmy na chwilę kwestię „kto ma prawo komu podnosić poprzeczkę” i spójrzmy na to z czysto ludzkiej perspektywy.  Wyobraźmy sobie, że po nieudanym maratonie ( a wiemy, że czynników wpływających na wynik jest dużo więcej, niż forma i wytrenowanie) ktoś zadaje pytanie w stylu „Słuchaj, może ty się do tego nie nadajesz? Może starty nie są dla Ciebie, może biegaj ty sobie po osiedlu i nie przynoś nam wstydu”? Naturalnym jest, że pierwszym, co przychodzi  do głowy jest odpowiedź w stylu „prosz, tu masz buty i zapierdalaj. Pokaż, jak się to powinno robić.”
Chociaż nie.
W takim przypadku najpierw leje się w pysk a potem zadaje pytania.

Człowiek zadający takie pytania jest emocjonalnie upośledzony. Brak mu taktu, wyczucia chwili. Ktoś odpowie, że dziennikarz nie jest od taktu, tylko od faktów. Naprawdę? Ten sam dziennikarz, który wymyśla sensacyjne nagłówki i robi z igły widły nagle poczuwa się w obowiązku do ustalenia faktów. Cóż za cudowna przemiana!
Załóżmy jednak, że był cud i przemiana nastąpiła. Pozostaje jeszcze kwestia warsztatu zawodowego. Nikt pana dziennikarza nie nauczył, że zadając zadziorne pytania prowokuje się zadziorne odpowiedzi? Nikt nie powiedział, że drapiąc w świeżej ranie nie usłyszy się racjonalnej oceny sytuacji, tylko syk bólu?
Jeśli ktokolwiek, tuż po bolesnym doświadczeniu, jakim dla każdego sportowca jest przegrana, zadaje prowokacyjne pytania i oczekuje na nie racjonalnej i rzeczowej odpowiedzi – jest zwyczajnym, niewyedukowanym durniem. Jeśli robi to celowo, by sprowokować emocjonalną odpowiedź – nie jest dziennikarzem, tylko zwykłą świnią.

Moim „ulubionym” argumentem prasowym jest „czytelnicy mają prawo [tu wstaw cokolwiek]”. Każde wścibstwo, chamstwo i bezczelność usprawiedliwia się prawem czytelników/widzów do informacji.  Rzecz w tym, że to gówno prawda – nie o informację tu chodzi, bo media już dawno przestały informować. Media donoszą – o skandalach, o porażkach – i dokładni o to im chodzi. O donos. Dziennikarzy nie interesuje, jak to było naprawdę, bo tego „naprawdę” nie da się streścić w nagłówku, który ma być chwytliwy. „Statystyczny czytelnik” nie czyta –  więc nie ma potrzeby (ani czasu) na szykowanie mu choćby powierzchownej analizy. Dajmy mu mięsa, które capnie jednym kęsem jak aligator i popłynie dalej.

Ponieważ media nie dostarczają informacji, nie mają prawa zasłaniać się czytelnikami, którzy „maja prawo wiedzieć”. Dopóki pyskują zamiast informować, w odpowiedzi winny otrzymywać pyskówkę.
Pięknym za nadobne.

Rozumiem i szanuję zachowanie Jerzego Janowicza. Do wszystkiego, co ma doszedł własną pracą. Nikt mu nie pomagał, nikt go nie promował, nikt nie wspierał  – aż tu nagle, w momencie, gdy już coś znaczy i zdarzył mu się gorszy mecz, pojawia się gromada sędziów i specjalistów, którzy uzurpują sobie prawo do oceny i oczekiwań. W takiej sytuacji, każdy normalny facet powinien powiedzieć tak, jak Frasyniuk do Kaczyńskiego: „Jarek, pierdolisz, nie było cię tam”.

Skoro nikt Janowicza nie wspierał, nikt też nie ma prawa go rozliczać. To nie jest urzędnik opłacany naszych podatków, to jest sportowiec, osoba prywatna i nic komu do tego, czy wygrywa, czy nie. Media lubią się zasłaniać, „honorem Polaków”, „oczekiwaniami społeczeństwa” itp frazesami. Lubią powtarzać, że to one zrobiły z niego gwiazdę. Otóż gówno prawda. Media z Janowicza żadnej gwiazdy nie zrobiły – one zleciały się dopiero wówczas, gdy już do czegoś doszedł i zaczął mieć wyniki. Dopiero wówczas zaczął dla nich istnieć. Nazywając rzecz po imieniu – przyszły na gotowe i teraz puszą się, jakby to one pomagały mu w zwycięstwach (ergo: miały prawo go rozliczania z porażek).

Janowicz to nie celebryta, znany z tego, że jest znany. Media go nie stworzyły, media na nim żerują. Do wszystkiego doszedł swoimi wyrzeczeniami  i to on daje mediom news, owe mięso dla krokodyli, za które media powinny być mu wdzięczne, bo mają co na „jedynkę” wrzucić.
Na nieszczęście owych mediów jest to także chłop z jajami, który nie pozwoli sobą gęby wycierać – i za to go cenię. W końcu jest ktoś, kto ma odwagę powiedzieć „a kim wy jesteście, by mieć oczekiwania”?

No właśnie? Kim wy jesteście, państwo dziennikarstwo?

Czy to naprawdę taki hardkor?

Fizjo zakleiła mnie na zielono. Wściekłe, żarówiaste zielono. Wyglądam jak techno party, ale do wyboru miałem zielony albo różowy, toteż stwierdziłem, że lepiej wyglądać jak techniawa, niż jak gejparada. Ponieważ plastry dają +66 do widoczności, wszyscy w około pytają się, co to, dlaczego, co trenuję i dlaczego sobie krzywdę robię. Zapytał tez kolega, który na odpowiedź, że trenuję CrossFit  spojrzał z uznaniem i powiedział „ooo, szacun, słyszałem że to srogi hardkor”.
Nie powiem, że mnie to nie połechtało, ale poza łechtaniem, dało też trochę do myślenia.
Bo czy ten crossFit to naprawdę taki „srogi hardkor”, czy może to my mientkie Zdzichy jesteśmy?

Pamiętam, jak poszedłem na swojego pierwszego WODa i jak brutalnie sprowadził mnie on do parteru. Wydawało mi się, że mam już jako taką kondycję, bo i biegałem i siłownia była grana – a tu stan przedzawałowy i chóry anielskie. Do szatni, Zapolski! Taki z Ciebie sportowiec od… dmuchania w pokrowiec.
Wydawało ci się, że masz kondycję?
Masz rację –  wydawało ci się.

Żeby zrozumieć, co jest takiego hardkorowego w crossFicie, trzeba najpierw przyjrzeć się najpopularniejszym formom aktywności sportowej. Co robi współczesny człowiek? Biega, rowerem jeździ, na siłownię chodzi, pływa, uprawia pilates, czy inną zumbę;  gra w nogę, kosza,  czasem jakieś sporty walki. Wszystkie te aktywności albo rozwijają  jedną konkretną partię ciała, albo jedną konkretną cechę (siłę, szybkość, gibkość, wytrzymałość) albo odbywają się na umiarkowanej intensywności. Efekt tego jest taki, że świetny piłkarz może nie być w stanie podciągnąć się 10 razy a napakowany kozak przebiec pół kilometra.

Jeśli przyjmiemy, że najpopularniejsze formy aktywności fizycznej są „wyspecjalizowane”, sfokusowane na jakiejś konkretnej cesze, to najlepszym określeniem CrossFitu będzie „Multidyscyplina” – miks różnych sportów.
Miks, czyli kundel –  ktoś mógłby powiedzieć –  a skoro kundel to w sumie niewiadomo co, ni to siła, ni to sprawność. Takie byle co, do wszystkiego i do niczego; udziwnianie na siłę.
Wychodząc z takiego  „kundlowatego” założenia trzeba zadać sobie dość istotne dla sprawy pytanie: Skoro crossFit to taki kundel do wszystkiego i do niczego,  dlaczego jest taki hardkorowy. Dlaczego daje takie efekty? Dlaczego CrossFiterzy tak zajebiście wyglądają i robią TAKIE  wyniki?
Dlaczego coś, co jest do niczego potrafi w kwadrans doprowadzić do wyrzygu?

Zanim odpowiem na to pytanie wróćmy na moment do definicji crossFitu. Nielubiane przeze mnie (bo kompletnie dla laika niejasne) określenie „trening funkcjonalny” dość dobrze oddaje założenia CrossFitu. Funkcjonalny –  bo oparty na naturalnych wzorcach ruchowych – takich, które obecne są w życiu codziennym, na których funkcjonujemy. Wskoki, podciągnięcia, przyciągnięcia, wyrzuty –  wszystko to są ruchy dla człowieka naturalne. Nie ma tu sztucznych, jednostawowych ruchów izolowanych na  jedną konkretną partię ciała. Preferowane są ruchy wielostawowe, rozwijające całościowo. Do tego ćwiczenia gimnastyczne, praca ze sztangą –  słowem wszystko, co przy minimum nakładu pozwoli rozwinąć maksymalną mobilność i siłę.
Wszystko to, co pozwoli sprawnie funkcjonować.

Odpowiadając na pytanie „czym jest crossFit” odpowiadamy jednocześnie na pytanie „dlaczego jest taki hardkorowy”. Otóż CrossFit jest hardkorowy, bo rozwija całościowo. Nie ma w nim treningów na  nogi, na bica, na siłę, rzeźbę, wytrzymałość, czy co tam jeszcze. W CrossFicie jest trening na wszystko, na ogólną  sprawność –  i zanim ktoś wróci ze sloganem, „skoro coś jest do wszystkiego to na pewno jest do niczego” zastanówmy się nad jedną kwestią. Wszyscy wiemy, że łańcuch jest tak silny, jak jego najsłabsze ogniwo. Możesz mieć pół metra w  bicepsie, ale bez silnych nóg za wiele nie podniesiesz, bo się załamiesz. To samo w druga stronę – co z tego, że robisz ultra po 120km, gdy nie dasz rady podnieść worka ziemniaków? Sprawne ciało to ciało rozwinięte równomiernie, całościowo. Ciało, które nie musi dźwigać po pół tony, czy biegać po 100km, ale takie, które poradzi sobie z większością wyzwań, które niesie codzienność.

Istotą hardkora w crossFicie jest to, że rozwija całościowo.  Jest wymagający zarówno od strony siłowej, jak też sprawnościowej oraz cardio. Żaden z popularnych” sportów dla Kowalskiego po pracy” nie stawia takich wymogów. Sporty, które uprawiamy skupiają się albo na konkretnej partii ciała, albo na konkretnej cesze –  dlatego jak świetnym człowiek by nie był biegaczem, siłaczem, pływakiem, czy kopaczem, na crossFicie dostanie w dupę aż usłyszy chóry anielskie – ponieważ zostanie zmuszony do robienia tego, w czym jest słaby. CrossFit nie uznaje słabych ogniw – nie dopuszcza sytuacji, w której jesteś dobry w ciężarach, ale kiepski w biegu. Masz być dobry we wszystkim.

Zanim ponownie wróci slogan „jak cos jest do wszystkiego…”  trzeba wyklarować rzecz oczywistą.
Jasne jest, że nie będziesz dobry we wszystkim OD RAZU. Przywykliśmy do tego, że po roku uprawiania jakiejś dyscypliny  mamy już  jakieś, czasem dość spektakularne  osiągnięcia. W crossFicie  nie dzieje się to tak szybko, bo wysiłek jest rozłożony na cały organizm. Nie przyszpanujesz może napuchniętym bicem, czy maratonem poniżej 3:45, ale będziesz w stanie zrobić rzeczy, których nie zrobi ani biegacz, ani paker z klatki obok. Wykonując ćwiczenia wielostawowe będziesz rozwijać się szybciej a jako łańcuch staniesz się mocniejszy, ponieważ wyeliminujesz słabe ogniwa.

Mając to wyjaśnione wróćmy do pytania zasadniczego: „Czy crossFit jest tak hardkorowy”?
Z jednej strony na pewno jest –  bo sporo wymaga na każdej z płaszczyzn. Braki w sile, mobilności, czy wytrzymałości odczujesz szybciej, niż myślisz i dzięki zakwasom dłuuugo o nich nie zapomnisz.
Z drugiej zaś nie jest, bo nie może być  hardkorem oczekiwanie od człowieka, by był sprawny jak człowiek –  popracował na granicy tętna maksymalnego przez 20,30 minut.
Przecież, biorąc rzecz na logikę, dla każdego zdrowego faceta jest to opcja minimum.

CrossFit (o ile nie leci się w trupa, czy na rekord)nie jest hardkorowy –  to my jesteśmy mientkie ziutki.
CrossFit obnaża nasze słabości i (tu docieramy do sedna hardkora) nie pozwala nad nimi przejść do porządku dziennego. Nie ma takiej opcji, jak nie potrafię/nie dam rady/to nie dla mnie. Masz to zrobić. Możesz w wersji okrojonej, możesz z mniejszym ciężarem, możesz na mniejszej intensywności –  ale masz to zrobić i koniec. Masz się przełamać.

CrossFit to powrót to istoty fitnessu. To nie atrakcyjność i lans z okładek magazynów –  to sprawność i  wysportowanie. Tam nie liczy się obwód bica, czy talii. Nie jest istotne, jak wyglądasz. Istotne jest to, co potrafisz.
A co potrafi człowiek spędzający życie w biurze, przed laptopem, telewizorem?