Czy to naprawdę taki hardkor?

Fizjo zakleiła mnie na zielono. Wściekłe, żarówiaste zielono. Wyglądam jak techno party, ale do wyboru miałem zielony albo różowy, toteż stwierdziłem, że lepiej wyglądać jak techniawa, niż jak gejparada. Ponieważ plastry dają +66 do widoczności, wszyscy w około pytają się, co to, dlaczego, co trenuję i dlaczego sobie krzywdę robię. Zapytał tez kolega, który na odpowiedź, że trenuję CrossFit  spojrzał z uznaniem i powiedział „ooo, szacun, słyszałem że to srogi hardkor”.
Nie powiem, że mnie to nie połechtało, ale poza łechtaniem, dało też trochę do myślenia.
Bo czy ten crossFit to naprawdę taki „srogi hardkor”, czy może to my mientkie Zdzichy jesteśmy?

Pamiętam, jak poszedłem na swojego pierwszego WODa i jak brutalnie sprowadził mnie on do parteru. Wydawało mi się, że mam już jako taką kondycję, bo i biegałem i siłownia była grana – a tu stan przedzawałowy i chóry anielskie. Do szatni, Zapolski! Taki z Ciebie sportowiec od… dmuchania w pokrowiec.
Wydawało ci się, że masz kondycję?
Masz rację –  wydawało ci się.

Żeby zrozumieć, co jest takiego hardkorowego w crossFicie, trzeba najpierw przyjrzeć się najpopularniejszym formom aktywności sportowej. Co robi współczesny człowiek? Biega, rowerem jeździ, na siłownię chodzi, pływa, uprawia pilates, czy inną zumbę;  gra w nogę, kosza,  czasem jakieś sporty walki. Wszystkie te aktywności albo rozwijają  jedną konkretną partię ciała, albo jedną konkretną cechę (siłę, szybkość, gibkość, wytrzymałość) albo odbywają się na umiarkowanej intensywności. Efekt tego jest taki, że świetny piłkarz może nie być w stanie podciągnąć się 10 razy a napakowany kozak przebiec pół kilometra.

Jeśli przyjmiemy, że najpopularniejsze formy aktywności fizycznej są „wyspecjalizowane”, sfokusowane na jakiejś konkretnej cesze, to najlepszym określeniem CrossFitu będzie „Multidyscyplina” – miks różnych sportów.
Miks, czyli kundel –  ktoś mógłby powiedzieć –  a skoro kundel to w sumie niewiadomo co, ni to siła, ni to sprawność. Takie byle co, do wszystkiego i do niczego; udziwnianie na siłę.
Wychodząc z takiego  „kundlowatego” założenia trzeba zadać sobie dość istotne dla sprawy pytanie: Skoro crossFit to taki kundel do wszystkiego i do niczego,  dlaczego jest taki hardkorowy. Dlaczego daje takie efekty? Dlaczego CrossFiterzy tak zajebiście wyglądają i robią TAKIE  wyniki?
Dlaczego coś, co jest do niczego potrafi w kwadrans doprowadzić do wyrzygu?

Zanim odpowiem na to pytanie wróćmy na moment do definicji crossFitu. Nielubiane przeze mnie (bo kompletnie dla laika niejasne) określenie „trening funkcjonalny” dość dobrze oddaje założenia CrossFitu. Funkcjonalny –  bo oparty na naturalnych wzorcach ruchowych – takich, które obecne są w życiu codziennym, na których funkcjonujemy. Wskoki, podciągnięcia, przyciągnięcia, wyrzuty –  wszystko to są ruchy dla człowieka naturalne. Nie ma tu sztucznych, jednostawowych ruchów izolowanych na  jedną konkretną partię ciała. Preferowane są ruchy wielostawowe, rozwijające całościowo. Do tego ćwiczenia gimnastyczne, praca ze sztangą –  słowem wszystko, co przy minimum nakładu pozwoli rozwinąć maksymalną mobilność i siłę.
Wszystko to, co pozwoli sprawnie funkcjonować.

Odpowiadając na pytanie „czym jest crossFit” odpowiadamy jednocześnie na pytanie „dlaczego jest taki hardkorowy”. Otóż CrossFit jest hardkorowy, bo rozwija całościowo. Nie ma w nim treningów na  nogi, na bica, na siłę, rzeźbę, wytrzymałość, czy co tam jeszcze. W CrossFicie jest trening na wszystko, na ogólną  sprawność –  i zanim ktoś wróci ze sloganem, „skoro coś jest do wszystkiego to na pewno jest do niczego” zastanówmy się nad jedną kwestią. Wszyscy wiemy, że łańcuch jest tak silny, jak jego najsłabsze ogniwo. Możesz mieć pół metra w  bicepsie, ale bez silnych nóg za wiele nie podniesiesz, bo się załamiesz. To samo w druga stronę – co z tego, że robisz ultra po 120km, gdy nie dasz rady podnieść worka ziemniaków? Sprawne ciało to ciało rozwinięte równomiernie, całościowo. Ciało, które nie musi dźwigać po pół tony, czy biegać po 100km, ale takie, które poradzi sobie z większością wyzwań, które niesie codzienność.

Istotą hardkora w crossFicie jest to, że rozwija całościowo.  Jest wymagający zarówno od strony siłowej, jak też sprawnościowej oraz cardio. Żaden z popularnych” sportów dla Kowalskiego po pracy” nie stawia takich wymogów. Sporty, które uprawiamy skupiają się albo na konkretnej partii ciała, albo na konkretnej cesze –  dlatego jak świetnym człowiek by nie był biegaczem, siłaczem, pływakiem, czy kopaczem, na crossFicie dostanie w dupę aż usłyszy chóry anielskie – ponieważ zostanie zmuszony do robienia tego, w czym jest słaby. CrossFit nie uznaje słabych ogniw – nie dopuszcza sytuacji, w której jesteś dobry w ciężarach, ale kiepski w biegu. Masz być dobry we wszystkim.

Zanim ponownie wróci slogan „jak cos jest do wszystkiego…”  trzeba wyklarować rzecz oczywistą.
Jasne jest, że nie będziesz dobry we wszystkim OD RAZU. Przywykliśmy do tego, że po roku uprawiania jakiejś dyscypliny  mamy już  jakieś, czasem dość spektakularne  osiągnięcia. W crossFicie  nie dzieje się to tak szybko, bo wysiłek jest rozłożony na cały organizm. Nie przyszpanujesz może napuchniętym bicem, czy maratonem poniżej 3:45, ale będziesz w stanie zrobić rzeczy, których nie zrobi ani biegacz, ani paker z klatki obok. Wykonując ćwiczenia wielostawowe będziesz rozwijać się szybciej a jako łańcuch staniesz się mocniejszy, ponieważ wyeliminujesz słabe ogniwa.

Mając to wyjaśnione wróćmy do pytania zasadniczego: „Czy crossFit jest tak hardkorowy”?
Z jednej strony na pewno jest –  bo sporo wymaga na każdej z płaszczyzn. Braki w sile, mobilności, czy wytrzymałości odczujesz szybciej, niż myślisz i dzięki zakwasom dłuuugo o nich nie zapomnisz.
Z drugiej zaś nie jest, bo nie może być  hardkorem oczekiwanie od człowieka, by był sprawny jak człowiek –  popracował na granicy tętna maksymalnego przez 20,30 minut.
Przecież, biorąc rzecz na logikę, dla każdego zdrowego faceta jest to opcja minimum.

CrossFit (o ile nie leci się w trupa, czy na rekord)nie jest hardkorowy –  to my jesteśmy mientkie ziutki.
CrossFit obnaża nasze słabości i (tu docieramy do sedna hardkora) nie pozwala nad nimi przejść do porządku dziennego. Nie ma takiej opcji, jak nie potrafię/nie dam rady/to nie dla mnie. Masz to zrobić. Możesz w wersji okrojonej, możesz z mniejszym ciężarem, możesz na mniejszej intensywności –  ale masz to zrobić i koniec. Masz się przełamać.

CrossFit to powrót to istoty fitnessu. To nie atrakcyjność i lans z okładek magazynów –  to sprawność i  wysportowanie. Tam nie liczy się obwód bica, czy talii. Nie jest istotne, jak wyglądasz. Istotne jest to, co potrafisz.
A co potrafi człowiek spędzający życie w biurze, przed laptopem, telewizorem?

Reklamy

3 myśli na temat “Czy to naprawdę taki hardkor?”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s