Kim wy jesteście?

Burza wywołana ostatnią wypowiedzią Jerzego Janowicza budzie we mnie agresję. Agresję nie pod adresem naszego tenisisty – bo z nim akurat zgadzam się w całej rozciągłości –  ale pod adresem mediów, które niby są czwartą władzą, probierzem demokracji i wolności słowa a de facto przedstawiają się jak zbieranina idiotów, którzy nie potrafią dodać dwa do dwóch.
Ale od początku.

Zacznijmy od tego, że czy nam się to podoba, czy nie, dziennikarstwo współczesne NIE JEST dziennikarstwem publicystyczno informacyjnym, tylko pogonią za newsem. Trend ten narasta od lat i jeśli się zmieni –  to tylko na gorsze. Dziennikarze bronią się tym, że liczy się szybkość podania newsa, że czytelnik nie ma czasu na czytanie długich analiz, że nie interesują go wnikliwe teksty. Co prawda jeszcze nigdzie nie spotkałem się z dowodami na to – są to quasi religijne dogmaty przyjmowane na wiarę -ale wiara w nie jest powszechna a zatem nie podlegają dyskusji. Efekt tego jest taki, że nagłówki internetowe wyglądają jak wyrwane z kontekstu fragmenty rozmowy między gimnazjalistami. Nieskładne, niegramatyczne, chaotyczne, pełne zwrotów potocznych, balansujące na granicy wulgarności.

Efektem pogoni za newsem jest brutalizacja języka. Ponieważ prawdziwych newsów jest mniej, niż ich dziennikarze potrzebują (a  potrzebują ich non stop, by wykarmić apetyt, który sami wywołali) newsa robi się z czegokolwiek. Byle stłuczka przedstawiana jest jako karambol, przegrana jako porażka, źle dobrana sukienka jako skandal towarzyski. Wszystko jest wyolbrzymione i nadmuchane, napuchnięte emocjami  do granic możliwości.
Wszystko po to, by mieć jeszcze jeden krzyczący nagłówek

Truizmem jest stwierdzenie, że brutalizacja języka skutkuje brutalizacją obyczajów. Komunikujemy się słowami, dzięki nim się porozumiewamy, są nośnikiem emocji i przekazu. Jeśli te „nośniki” się brutalizują, brutalizują się także ich odbiorcy. Nasiąkamy tymi emocjami, wykrzyknikami, hiperbolami.  To banał, ale dla sprawy dość istotny.

Spójrzmy teraz na sportowców (z wyłączeniem piłkarzy, bo to przypadek kliniczny i brak mi wykształcenia kierunkowego by się na ich temat wypowiadać). Jak wygląda wsparcie naszego państwa da sportowców –  wszyscy wiemy. Wiemy też, w jakich warunkach przychodzi im ćwiczyć. Osławiony zwrot „ćwiczymy po szopach” nie ma w sobie ani grama przesady.
Uprawianie sportu w Polsce to jest hobby. Bez względu na to, czy mówimy o sporcie amatorskim, czy zawodowym,  uprawianie go wymaga od sportowca wielu poświęceń – tak kondycyjno zdrowotnych, jak i finansowych. Ktokolwiek myśli o sporcie zawodowym, musi do niego dokładać z własnej kieszeni (albo kieszeni bogatych rodziców). Smutna prawda jest taka, że ktokolwiek coś w sporcie osiągnął –  osiągnął to własną pracą i wyrzeczeniami. Popularne powiedzenie „krew, pot i łzy” jest tu jak najbardziej na miejscu.

Przenieśmy się teraz na konferencję, podczas której ze strony dziennikarzy padają takie zwroty jak „może po prostu my za bardzo podnieśliśmy poprzeczkę, może po prostu polski tenis stać tylko na grupę pierwszą?”  Ktokolwiek decyduje się na zadanie takiego pytania, albo nie ma pojęcia o co pyta, albo celowo prowokuje wybuch złości. Odstawmy na chwilę kwestię „kto ma prawo komu podnosić poprzeczkę” i spójrzmy na to z czysto ludzkiej perspektywy.  Wyobraźmy sobie, że po nieudanym maratonie ( a wiemy, że czynników wpływających na wynik jest dużo więcej, niż forma i wytrenowanie) ktoś zadaje pytanie w stylu „Słuchaj, może ty się do tego nie nadajesz? Może starty nie są dla Ciebie, może biegaj ty sobie po osiedlu i nie przynoś nam wstydu”? Naturalnym jest, że pierwszym, co przychodzi  do głowy jest odpowiedź w stylu „prosz, tu masz buty i zapierdalaj. Pokaż, jak się to powinno robić.”
Chociaż nie.
W takim przypadku najpierw leje się w pysk a potem zadaje pytania.

Człowiek zadający takie pytania jest emocjonalnie upośledzony. Brak mu taktu, wyczucia chwili. Ktoś odpowie, że dziennikarz nie jest od taktu, tylko od faktów. Naprawdę? Ten sam dziennikarz, który wymyśla sensacyjne nagłówki i robi z igły widły nagle poczuwa się w obowiązku do ustalenia faktów. Cóż za cudowna przemiana!
Załóżmy jednak, że był cud i przemiana nastąpiła. Pozostaje jeszcze kwestia warsztatu zawodowego. Nikt pana dziennikarza nie nauczył, że zadając zadziorne pytania prowokuje się zadziorne odpowiedzi? Nikt nie powiedział, że drapiąc w świeżej ranie nie usłyszy się racjonalnej oceny sytuacji, tylko syk bólu?
Jeśli ktokolwiek, tuż po bolesnym doświadczeniu, jakim dla każdego sportowca jest przegrana, zadaje prowokacyjne pytania i oczekuje na nie racjonalnej i rzeczowej odpowiedzi – jest zwyczajnym, niewyedukowanym durniem. Jeśli robi to celowo, by sprowokować emocjonalną odpowiedź – nie jest dziennikarzem, tylko zwykłą świnią.

Moim „ulubionym” argumentem prasowym jest „czytelnicy mają prawo [tu wstaw cokolwiek]”. Każde wścibstwo, chamstwo i bezczelność usprawiedliwia się prawem czytelników/widzów do informacji.  Rzecz w tym, że to gówno prawda – nie o informację tu chodzi, bo media już dawno przestały informować. Media donoszą – o skandalach, o porażkach – i dokładni o to im chodzi. O donos. Dziennikarzy nie interesuje, jak to było naprawdę, bo tego „naprawdę” nie da się streścić w nagłówku, który ma być chwytliwy. „Statystyczny czytelnik” nie czyta –  więc nie ma potrzeby (ani czasu) na szykowanie mu choćby powierzchownej analizy. Dajmy mu mięsa, które capnie jednym kęsem jak aligator i popłynie dalej.

Ponieważ media nie dostarczają informacji, nie mają prawa zasłaniać się czytelnikami, którzy „maja prawo wiedzieć”. Dopóki pyskują zamiast informować, w odpowiedzi winny otrzymywać pyskówkę.
Pięknym za nadobne.

Rozumiem i szanuję zachowanie Jerzego Janowicza. Do wszystkiego, co ma doszedł własną pracą. Nikt mu nie pomagał, nikt go nie promował, nikt nie wspierał  – aż tu nagle, w momencie, gdy już coś znaczy i zdarzył mu się gorszy mecz, pojawia się gromada sędziów i specjalistów, którzy uzurpują sobie prawo do oceny i oczekiwań. W takiej sytuacji, każdy normalny facet powinien powiedzieć tak, jak Frasyniuk do Kaczyńskiego: „Jarek, pierdolisz, nie było cię tam”.

Skoro nikt Janowicza nie wspierał, nikt też nie ma prawa go rozliczać. To nie jest urzędnik opłacany naszych podatków, to jest sportowiec, osoba prywatna i nic komu do tego, czy wygrywa, czy nie. Media lubią się zasłaniać, „honorem Polaków”, „oczekiwaniami społeczeństwa” itp frazesami. Lubią powtarzać, że to one zrobiły z niego gwiazdę. Otóż gówno prawda. Media z Janowicza żadnej gwiazdy nie zrobiły – one zleciały się dopiero wówczas, gdy już do czegoś doszedł i zaczął mieć wyniki. Dopiero wówczas zaczął dla nich istnieć. Nazywając rzecz po imieniu – przyszły na gotowe i teraz puszą się, jakby to one pomagały mu w zwycięstwach (ergo: miały prawo go rozliczania z porażek).

Janowicz to nie celebryta, znany z tego, że jest znany. Media go nie stworzyły, media na nim żerują. Do wszystkiego doszedł swoimi wyrzeczeniami  i to on daje mediom news, owe mięso dla krokodyli, za które media powinny być mu wdzięczne, bo mają co na „jedynkę” wrzucić.
Na nieszczęście owych mediów jest to także chłop z jajami, który nie pozwoli sobą gęby wycierać – i za to go cenię. W końcu jest ktoś, kto ma odwagę powiedzieć „a kim wy jesteście, by mieć oczekiwania”?

No właśnie? Kim wy jesteście, państwo dziennikarstwo?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s