Tssst, tssst, tssst…

Mój pierwszy raz z kettlami miał miejsce w  starej osiedlowej siłowni, do której chodziłem w podstawówce. Była to siłownia rodem z wypowiedzi Janowicza -bardziej szopa z kilkoma dziurawymi materacami i zardzewiałym atlasem. Pamiętam jak z kolegami podnosiliśmy te stare, poobijane ciężarki z uszami, nie bardzo wiedząc co z nimi robić. Wydawały się takie staromodne i nieprofesjonalne – zupełnie inne od tego, jacy chcieliśmy być – więc po kilku razach poszły w kąt a my poszliśmy do maszyn, które miały nam dać posturę Arnolda.

Ponowny kontakt z kettlem miałem na crossFicie – tam czajniki są pełnoprawnym sprzętem treningowym, ale używa ich się głównie do swinga i turka (turkish get up). Sztanga króluje niepodzielnie i rzadko widzi się kogoś, kto sam z siebie pracowałby z kettlem.
Uziemiony przez kontuzję nie miałem co myśleć o sztandze, czy drążku. Jakiekolwiek obciążanie chorej ręki oznaczałoby wydłużanie żmudnej i kosztownej rehabillitacji, toteż mając wybór nie robić nic albo spróbować kettla nie zastanawiałem się ani chwili.
Czajniki poszły w ruch.

Ponieważ nie samym swingiem i turkiem kettle stoją, zacząłem drążyć temat –  przeglądać internet, oglądać szkoleniowe wideo. Podpatrzyłem tam wiele ciekawych ćwiczeń, które wprowadziłem do treningów, niemniej miałem świadomość, że techniki z wideo to ja się nie nauczę (szczególnie w trybie „teoria w domu, praktyka na treningach”) a machanie ciężarami bez poprawnej techniki to Bardzo Zły Pomysł.
Traf chciał, że crossFit Ursus, box specjalizujący się w kettlach, organizował szkolenie z tychże.
Długo się nie zastanawiałem – przelew poszedł, pozostało tylko czekać godziny zero..

Pierwszym, co po zawitaniu do Ursusa rzuciło mi się w oczy, a raczej na ciało, była temperatura. Rozumiem, że to kwestia rozmiarów boxa (hala wysokości, na oko, 10 metrów) ale, pardon my french, piździło jak w Kieleckiem. Gdy ćwiczyliśmy było ok, bo rozgrzany organizm nie pozwalał zmarznąć, ale w trakcie przerwy obiadowej, czy części teoretycznej, zestaw podkoszulka + koszulka z długim rękawem był niewystarczający.

Samo szkolenie było bardzo dobre. Dwóch komunikatywnych prowadzących, nieduża kilkunastoosobowa grupa -był więc czas by do każdego podejść, skorygować, pomóc – pod tym względem było tak, jak być powinno. Podczas ćwiczeń każdy był sprawdzony  przynajmniej raz przez każdego z instruktorów – toteż nie było mowy o niepoprawnej technice, czy oszukiwaniu. Jest to istotne o tyle, że w pracy z ciężarami to właśnie zła technika jest główną przyczyną kontuzji.

Wszystkie omawiane ćwiczenia były mi już znane, czy to z wideo, czy treningów, ale każde z nich wymagało doszlifowania – i dokładnie po to przyszedłem. Tu raz jeszcze wrócę do zalety małej grupy – był czas każdemu się przyjrzeć, pomóc, doradzić – jest to nie do przecenienia. W końcu nie chodzi o to, by zrobić sobie krzywdę ciężarem, tylko by robić to poprawnie.
Instruktorzy byli przy każdym. Gdy trzeba –  to pochwalili, gdy trzeba – skorygowali. Nie było mowy o tym, by się nie dowiedzieć, jak poprawnie wykonywać ćwiczenia.  Jak będzie z wykorzystaniem tego w praktyce –  to już kwestia indywidualna każdego z kursantów –  samo przekazanie wiedzy było jak najbardziej OK.

O ile ćwiczenia były mi jako tako znane, o tyle technika oddechu „na kompresji” leżała po całości.
Ponieważ charakterystyczne „Tssst” bardzo pomaga w ćwiczeniach z czajnikami, nie było mowy, by się tego nie nauczyć. Po pół godzinie wszyscy syczeliśmy niczym zepsute autosany. Widok był momentami komiczny, gdy kilkanaście osób posykiwało niczym zacięte drzwi, ale w praktyce  to działa – więc syczeliśmy  ile wlezie 😉

Jeśli chodzi o cenę – 300zł za 6 godzin szkolenia (z czego solidne 5h obejmuje machanie żelazem) to moim zdaniem bardzo przyzwoita cena, tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę małą liczebność grupy i de facto „półindywidualny tryb nauczania”. Co prawda jeden z trenerów (Dominik) mógłby mówić nieco głośniej (nie pomagały mu dobiegające zza ściany odgłosy paintballa), ale wszystko było tyle razy powtórzone, że to tzw „minor issue”.

Na koniec kursu każdy otrzymuje certyfikat ukończenia szkolenia.
Ile ten certyfikat jest wart? Moim zdaniem sporo. Jak już kilka razy pisałem – był czas, by przy każdym ćwiczeniu  co najmniej dwa razy sprawdzić każdego z kursantów. To dużo. Każdy dowiedział się, jak wykonywać ćwiczenia, czego nie robić.  Co prawda brak jest jakiegoś egzaminu końcowego, ale z drugiej strony patrząc, czy przy półindywidualnym trybie nauczania jest on potrzebny? Gdy robiłem coś źle instruktor stał przy mnie tak długo, aż zrobiłem to poprawnie –  więc można powiedzieć, że egzaminowano nas „w trakcie”.
Z trzeciej zaś strony ciężko mówić o egzaminie po sześciu godzinach zajęć. Nawet najbardziej wymagające uczelnie mają więcej, niż 6h zajęć z przedmiotu w semestrze 😉

Podsumowując, jestem bardzo zadowolony ze szkolenia. Co prawda momentami było dość rześko, ale zdobyta wiedza rekompensuje wszystkie niedogodności.
Jeśli ktoś zastanawiał się, czy warto wyskoczyć do Ursusa na kettle – podpowiadam, że warto.
Nie ma co się zastanawiać.
Tylko te zakwasy na drugi dzień…
*obrazek zapożyczyłem ze strony http://www.fixyourrun.com/

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s