Najprościej jest narzekać

Przychodzi Żyd do rabina po radę
– Rebe, ratuj… Gnieździmy się w jednej izbie: ja, żona trójka dzieci, babka, ciotka. Pracuję cały dzień, wracam zmęczony do domu i nie mam nawet gdzie głowy przyłożyć. Ja już nie wiem, jak żyć…
Rebe pomyślał, poskubał brodę i rzecze:
– Icek, kup kozę.
– Ale rebe…
– Kup kozę, powiedziałem i przyjdź do mnie za dwa tygodnie
Po dwóch tygodniach Icek przychodzi do rebego cały w nerwach, ledwie żywy ze zmęczenia i żali się.
– Rebe, coś ty mi poradził. Teraz nie dość, że żyjemy wszyscy na kupie to jeszcze koza śmierdzi i zjada wszystko, co jej do pyska wpadnie. Kara boska…Oby takie życie na naszych wrogów…
– Icek, sprzedaj kozę i przyjdź do mnie za dwa tygodnie – odpowiedział Rabin.
Po dwóch dniach wpada Icek bez zapowiedzi
– Rebe, bądź błogosławiony za swoją mądrość! Ile ja mam teraz miejsca, ile spokoju! No teraz to ja czuję, że żyję!

Idę o zakład, że gdy zapytasz dziesięć osób, dlaczego nie trenują, ponad  połowa odpowie „nie mam na to czasu”. Bo praca, bo dojazdy, bo obowiązki, bo rodzina, bo to, tamto, siamto i owamto.  Nagle okazuje się, że ludzie mają tysiąc rzeczy do zrobienia i aż dziw bierze, że nie chodzą półprzytomni z niedospania.

Popularne porzekadło mówi „nie mierz innych swoją miarą”. Ja odpowiadam:  gówno prawda. Moja miara to jedyna jaką znam, toteż naturalne jest, że przykładam ją do wszystkiego wokół. Mierzę świat swoją miarą, bo to jedyny znany mi „poznawczy system metryczny”. To mój „kontekst kulturowy”, mój sposób rozumienia świata. Innego nie znam, więc nie oczekujcie, że nie będę go stosował.
Ale do rzeczy.

Najlepiej pracuje mi się pod lekkim ciśnieniem. Nie mówię tu o urwaniu dupy, gdy nie wiadomo w co ręce włożyć, ale o lekkim natłoku spraw –  akurat takim, który przy lekkim spięciu pośladków da się opędzić od  9 do 17tej. Gdy roboty jest mało, jakoś mi się wszystko rozwleka i ogólnie rzecz biorąc „nie idzie”.
Podobnie mam z czasem wolnym. Najlepiej działa mi się w tygodniu, gdy jest dużo spraw do załatwienia, trzeba wszystko ogarnąć, rozplanować, gdy jest lekki „niedoczas”. Nawet  gdy nie wszystko udaje mi się załatwić, czas płynie jakoś żwawiej i dzień wydaje się bardziej produktywny.
Znowuż w weekend, gdy czasu jest więcej, wszystko się jakoś rozwleka, umyka. Jest czas na wszystko, wiec się go marnotrawi na pierdoły. Rzecz jasna, takie bezproduktywne marnotrawienie też jest dla zdrowia psychicznego potrzebne, ale specjalnie za nim nie przepadam. Wolę leczyć psychikę w ogrodzie z zimnym browarkiem w ręku.

Jak każdy rodzic mam sporo obowiązków w życiu. Do tego nie mam rodziców w Warszawie, więc wszystkie związane z dzieckiem sprawy musimy z żoną ogarniać sami. Opcja „podrzucić dziecko do dziadków i wrzucić na luz” to dla nas abstrakcja. Normalny dzień wygląda tak, że od 6 rano do 19/20 wieczorem jest non stop coś do zrobienia –  a to przy domu a to przy dziecku –  jak to w życiu. Każde wieczorne urwanie się to kwestia zostawienia drugiej stronie obowiązków na głowie.
Żeby jedno odpoczęło, drugie musi zapieprzać.
Taki lajf.

Jak w tym wszystkim znaleźć czas na trening?
Otóż jest to banalne. Gdy wiem, że żona ma wieczorem wychodne, trening  robię rano. Gdy wraca w miarę wcześnie, wychodzę późnym wieczorem. Gdy nie ma czasu ani rano ani wieczorem , zawsze można wstać 20 minut wcześniej i zrobić kilka rund przysiady-pomki-brzuszki plus lekkie rozciąganie, albo zrobić to po pracy, w salonie, gdy córka ogląda bajki w TV.
Czas na trening jest zawsze, trzeba tylko chcieć go zrobić.

Jedno z moich ulubionych porzekadeł brzmi „chcący szuka sposobów a nie chcący powodów”.
Kto chce zrobić trening –  ten zrobi go zawsze i wszędzie. Gdy miałem kontuzjowaną rękę i nogę,  robiłem brzuch i rozciąganie. Owszem, nie były to takie treningi, jakie chciałbym robić, ale były jedynymi, które mogłem –  wiec je robiłem.

Gdy ktoś mówi że nie ma czasu, znaczy to tyle, że nie ma motywacji. Mówiąc krótko nie chce mu się.
Oczywiście delikwent taki zaraz zacznie wyliczać, jak wiele rzeczy ma na głowie, ale bądźmy szczerzy – wszyscy mamy obowiązki. Taka jest dorosłość.  Luźniej będzie dopiero na emeryturze.

Większość ludzi chciałoby „coś ze sobą zrobić” ale najlepiej się przy tym nie narobić. Stąd taka popularność gotowych diet, magicznych pastylek i innych „rozwiązań dla leniwców”. O wiele prościej jest przez tydzień lub dwa pobawić się w dietę, pooszukiwać się, ze istnieją drogi na skróty, niż zwlec się z wyra pół godziny wcześniej i ździebko się spocić. Łatwiej jest powiedzieć „nie mam czasu” niż „jestem leniwy i mam słabą wolę”. To jest dokładnie ten sam mechanizm, który każe życiowym nieudacznikom krzyczeć „nie ma pracy, bo ONI rozkradają polski przemysł”.
Jasne, łatwiej jest zwalić winę na kogoś, niż przyznać się przed sobą, że się ma dwie lewe ręce.

Kto mówi,  że nie ma czasu – ten kłamie. Pół godziny w skali dnia znajdzie każdy, zawsze i wszędzie; a jak się odstawi odmóżdżanie przed telewizorem/internetem to spokojnie godzinkę z hakiem wygospodaruje. Nikt nie każe też chodzić na siłownię, fitness, pakować torby i ruszać sie z domu. W internecie można znaleźć gotowe zestawy treningowe na każdą okazję – cardio, stretch, siła, mobilność; kwadransowe strzały i ponadgodzinne kolosy – jest wszystko i w każdej formie. Wystarczy odpalić komputer i przygotować sobie 1,5 metra wolnej przestrzeni.

Kto mówi, że nie ma czasu, ten ma go za dużo. Za dużo czasu i za mało motywacji. W takim połączeniu nie za wiele  da się osiągnąć – nie tylko w sporcie, ale w życiu jako takim.
Żeby coś zrobić, trzeba zacząć i przestać – przestać szukać powodów a zacząć szukać sposobów.
Inaczej pozostanie tylko narzekanie i szukanie winnych.

Białystok półmaraton 2014 czyli w te i nazad

Miała być życiówka. Rozbuchana forma, para w kopytach, piana na pysku i max 1:45 na zegarku. Była kontuzja, wykluczenie z akcji i wyrwa w treningach .
Do samego końca nie wiedziałem, czy pobiegnę, jednak gdy fizjo orzekła, że mogę biegać „byle bez przesady” klamka zapadła.
No bo jak tu nie pobiec w biegu którego jest się twarzą?

Z tą twarzą też były korowody. Najpierw mnie to trochę bawiło, potem irytowało a w końcu to już było mi wsio rawno. Znajomi mówili, że to kwalifikuje sie na prawnika, bo co innego pokazanie zdjęcia  w galerii, folderze, czy relacji z biegu a czy innym jest zrobienie sobie z czyjejś gęby wizytówki półmaratonu i rozwieszanie na bilboardach po mieście i okolicach. Przez chwilę nawet o tym myślałem, ale doszedłem do wniosku, że to bez sensu, bo nawet jeśli poszedłbym na udry i swoje wygrał, to co bym na tym ugrał? Udupił fundację biegową? Ukręcił łeb jedynej imprezie biegowej w mieście? W imię czego? Po co?
Bez sensu zupełnie…

Do Białegostoku jechałem na włączonych wycieraczkach. Kropiło raz mocniej  raz słabiej -nisko wiszące sine chmury wyglądały, jakby dopiero robiły sobie rozgrzewkę. Z jednej strony dobrze, bo będzie chłodzenie na trasie, z drugiej stanie pół godziny  w krótkich gatkach i rękawie na deszczu uśmiechało mi się  słabo. Ale – będzie co ma być – nie przyjechałem tu na leżenie w puchu. Pobiegnę choćby i w grad.

W okolicach mety podniecenie. Rozgrzewki, rozbiegania, treningi… My ze znajomą plotkujemy na luzie czekając strzału startera – zblazowane warsiafskie lemingi 😉 Pierwsze 2-3 km i tak pójdą na rozgrzewkę –  więc nie ma co się napinać. Przed nami 21 km –  na wszystko będzie czas, wszystko zdążymy. Na razie ploty i luz blues.

I ciach, zaczęło się. Powoli, w okolicach szóstki na kilometr – żadne z nas nie ma  ciśnienia na wynik, toteż bardziej wygląda to na ruchomy piknik, niż na półmaraton.  Pierwszy kilometr, drugi, trzeci… leci to sobie krok za krokiem. Na piątym w końcu jakiś drobny podbieg – przyspieszam, bo lubię podbiegi mieć szybko za sobą. Agnieszka wygania  mnie do przodu. „Spotkamy się na mecie” – pewnie, że spotkamy. Gdzieś miga  mi Darek – mój kompan z Maratonu Wigry. Ciśnie jak dziki –  widać kontuzje omijały go z daleka i miał czas budować formę. W duchu mam nadzieję, że złapię go na mecie (bo przecież nie na trasie!) i przybijemy piątkę. Tymczasem leci siódmy, ósmy, dziewiąty…

Na jedenastym gra didżej – jakieś tam umcy umcy. „Slayeeeeeeer” –  drę się ile pary w płucach. Chyba usłyszał, bo coś tam odpowiedział – ale to nie istotne, bo w końcu doganiam Agatę, którą goniłem przez ostatnie dwa kilometry. Ona też jest świeżo po kontuzji –  więc tworzymy doskonały team biegowy. Od tej pory lecimy razem.

Założony plan energetyczny spisuje się znakomicie. Podjadana czekolada i popijane carbo  skutecznie uzupełniają paliwo  nogach. Jedyne, co doskwiera, to wynikające ze zwykłego niedotrenowania zmęczenie –  żadne tam kontuzyjne historie, tylko zwykły zmęczeniowy ból. Ostatni raz taki dystans biegłem w  styczniu, organizm odwykł od dłuższego wysiłku i takie są efekty. Ale zmęczenie to zmęczenie –  od tego się nie umiera –  więc  dupa w troki, skupienie na oddechu, szeroki zamach nogą i przed siebie. Właśnie zaczyna się podbieg na (chyba) siedemnastym kilometrze.

Właśnie, podbiegi. Wszystkiego były trzy, czy cztery, ale nazwanie ich podbiegami to gruba przesada –  ot, małe wzniesienia terenu. Jeśli ktoś biegł Agrykolę, Belwederską, czy Arbuzową, mógł ich nie zauważyć. Wszystkie biegiem, wszystkie bez zwolnień, zgodnie z zasadą „miejmy to już za sobą”.

Na ostatnich metrach wychodzi słońce. Już nie jest fajnie –  ale hej, nie po to biegniesz 21km żeby było fajnie. Ostatni zbieg, jedna brama , druga i na trzeciej widać pomiar czasu –  a więc  meta –  a skoro meta to ręce do góry i slejeeeeeeeer. Chyba udaje mi się przekrzyczeć muzykę bo ludzie odwracają głowy. Z byka po medal, flaszka w dłoń (poproszę różowe, gejowe) i już, po wszystkim.
2:02.45

Podsumowując trzeba zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Zacznę od tej dobrej.
Organizacja stała na DUŻO wyższym poziomie, niż rok temu. Widać, że ludzie chcą brać udział, pomagać a organizatorzy uczą się na własnych błędach. Oznaczenia trasy pokrywały się z GPSem co do kilkunastu metrów a ulice odblokowywane były niemal na bieżąco. Wracając z biegu jechałem odkorkowanym, płynnie poruszającym sie miastem.
Od strony organizatorskiej same plusy i pochwały.

Lipą wiało natomiast z samej trasy. Trzy razy biegliśmy ulicą w tą i spowrotem, tylko po to by nabiegać kilometrów. Rozumiem, że władze miasta nie chciały zgodzić się na większe utrudnienia w ruchu i trasa jest wynikiem kompromisu pomiędzy „chcemy” a „możemy”, ale bieganie w te i wewte ulicami jest słabe. Po prostu.

Z plusów nadmienić trzeba jeszcze pogodę – przed startem było dość chłodno, ale w trakcie biegu 13-15 stopni (nie wiem dokładnie ile, szacuję pi razy oko) było idealne. No i koszulki – dużo lepsze jakościowo, niż rok temu.

Z wyniku nie jestem jakoś przesadnie zadowolony, ale też nie ma co się oszukiwać –  po kilku tygodniach pauzy i szarpaninie z kontuzją nie oczekiwałem spektakularnych wyników. Pobiegłem tyleż z sentymentu do stron rodzinnych, co z przekonania, że lipą byłoby nie pobiec w biegu, który firmuje się swoją twarzą.
Nawet, jeśli nikt o zgodę nie pytał.

Sam bieg jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że bieganie po asfalcie jest słabe. Jeśli biegnie się w nowym miejscu, dochodzi do tego element turystyczny, oglądanie nowych okolic –  więc można pobiec „turystycznie”. Dymanie po asfalcie, w miejscach, które zna się na pamięć, jest bez sensu.

Reasumując: Bieg nabiera rozmachu, organizatorzy wprawy i z roku na rok jest coraz lepiej.
Tylko to sztuczne nabijanie kilometrów…

Szanuj dychę swoją

Gdy tylko biegacz oswoi się z bieganiem, gdy przestanie wpadać w samozachwyt z faktu, że przeżył kilkukilometrowy trucht, zaczyna wchodzić (a może raczej wbiegać) na  bardzo grząski grunt ambicjonalnego bagna. Jeszcze kilka tygodni temu sama myśl o pięciokilometrowym biegu powodowała u niego wzrost tętna i problemy z oddechem. Dziś ta sama myśl powoduje u niego skok adrenaliny. Już nie myśli o piątce jako „biegu o życie” – chce pobiec na wynik. Lepszy wynik.

Doskonale znam ten mechanizm. Upojenie przekraczaniem własnych możliwości  jest, mówię to z całym przekonaniem, dziesięć razy lepsze od upojenia alkoholowego. To stan euforii porównywalnej do zakochania; poczucie niezniszczalności i nieśmiertelności. Totalny endorfinowy haj.
Jak z każdym hajem, wiąże się z nim ryzyko uzależnienia i przeholowania –  skoro jest dobrze, dlaczego nie może być lepiej? Skoro przekroczyłem granicę, za którą jeszcze kilka tygodni temu czekały chóry anielskie, spróbujmy przesunąć ją jeszcze kawałek. Zobaczmy, czy się da. Czy może być jeszcze fajniej.

Zaczynasz czytać o bieganiu, poznawać biegowych znajomych, uczestniczyć w forach czy fejsbukowych grupach. Wiesz, że są ludzie, którzy przebiegli maraton ze złamaniem w stopie, czy na protezach. Porównujesz swoje czasy, nawet nie do lepszych znajomych, ale do mistrzów, ikon sportu i mimo że wiesz, jak wielki dystans was dzieli gdzieś podświadomie myślisz „przecież to ludzie tacy sami jak ja; skoro oni mogli –  to i ja mogę”.
Wpadasz w spiralę.

Od tej pory każdy bieg jest biegiem „po coś” – po czas, dystans, kalorie. Każdy bieg ma swój cel i sens. Jeśli nie spełni założeń, uważany jest za zły, nieudany, taki sobie. Znajomi pytają „jak poszło” a ty mówisz „słabo”.
Już nie kręcisz się w spirali.
Pikujesz na główkę.

A potem znienacka jesteś uziemiony. Na tydzień, dwa, miesiąc i więcej. Najpierw się wściekasz i przeklinasz, potem siadasz i płaczesz a na koniec wyciągasz wnioski. I tęsknisz. Tęsknisz za tą dyszką, na którą kiedyś nie opłacało się wychodzić, bo szkoda ciuchy przepacać. Jadąc rowerem (jeśli masz tyle szczęścia, że nie uziemiło cię na cacy) mijasz biegaczy i czujesz to wstrętne ukłucie zazdrości. Chciałbyś tak jak oni, chociaż potruchtać, poturlać się po ścieżkach. Piękna wiosna za oknem, biega wszystko, co ma nogi –  a ty siedzisz na ławce rezerwowych i szlag cię jasny trafia.

A jeszcze później do pracy wraca kolega, który zniknął, bo był „poważnie chory”. Bardzo poważnie. Wygrał z rakiem i wrócił –  a ty patrzysz na niego i dociera do ciebie, że jutro możesz nie biegać – nie dlatego, że ci się nie chce, się przetrenowałeś, czy złapałeś jakąś tam kontuzję – ale dlatego, że możesz nie być w stanie się ruszyć. „Ale jak, skąd, przecież jestem w sile wieku” – myślisz sobie –  a potem patrzysz na niego i dociera do ciebie, że jesteście z podobnego rocznika. On też był młodym byczkiem i robił połówkę w godzinę trzydzieści pięć…

Gdyby spisano dekalog biegacza, jedno z głównych przykazań powinno brzmieć „szanuj dychę swoją”.
Doceniaj każdy trening, bo nigdy nie wiesz, czy nie będzie ostatnim w tym miesiącu/roku.  Nigdy nie wiesz, co i skąd podłapiesz. Możesz dbać o siebie, prowadzić zdrowy tryb życia, mieć świetne wyniki a potem ni z tego ni z owego budzisz się ze spuchnięta stopą i żaden lekarz, fizjoterapeuta, nawet mnich tybetański  nie są w stanie ci powiedzieć, co to jest, jak to leczyć, kiedy minie i czy można z tym sport uprawiać.
Choroba spada na ciebie jak grom z jasnego nieba i jesteś z tym bezradny.

Nie, to nie jest science fiction.
Kwiecień tego roku miał być dla mnie powrotem do dużej formy. Pogoiłem kontuzje, nabrałem treningowego rozpędu, czułem, że organizm nabiera coraz większej pary po czym ni z tego ni z owego spuchła mi stopa. W ciągu miesiąca odwiedziłem czterech ortopedów, fizjoterapeutę, chirurga naczyniowego i tybetańskiego mnicha; zrobiłem dwa rentgeny, cztery USG oraz badania krwi. Wszystko wskazuje, że jestem zdrów jak byk, ale z bieganiem to lepiej przyhamować, bo nikt nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego stopa spuchła i jakie będą tego konsekwencje.
I co zrobisz?

Gdy  biegając mijam młodych ludzi na wózku, czy o kulach, czuję jakiś wewnętrzny dyskomfort. Nie potrafię go nazwać – jest to jakiś dziwny mix poczucia winy, niestosowności zachowania – chyba najbliższe będzie porównanie tego do obnoszenia się z pieniędzmi w towarzystwie tych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. Mijam ich i myślę sobie, że trochę nie na miejscu jest moje napinanie się na  czas i kilometry, gdy obok siedzi człowiek, którego marzeniem jest zrobić kilka kroków o własnych siłach. Czuję się głupio i przyspieszam jeszcze bardziej, by jak najszybciej uciec od tego uczucia; zdławić je kolejnym  wyrzutem endorfin.
Działa. Do kolejnego spotkania.

Jakkolwiek bezdusznie to nie zabrzmi, uważam, że takie spotkania są potrzebne. Są jak policzek w twarz, gdy zawiodą wszystkie racjonalne argumenty. Strzał w pysk i krótki, rzeczowy przekaz: „Szanuj dychę swoją, bo możesz nawet tego nie mieć. Wystarczy chwila nieuwagi, debil na drodze albo zwyczajnie źle postawiona noga przy zbiegu. Duża prędkość, kawałek korzenia, głupi niefart i nie będziesz w stanie nawet chodzić. Spuść ciśnienie i spójrz na to z boku. Zamiast deptać w pedał gazu ciesz się krajobrazem. Przestań zapieprzać z miejsca na miejsce i ciesz się chwilą. Ciesz się tym, co jest. Tu i teraz. ”
To też Działa. Na jakiś czas…

Jednym z najgorszych błędów, jakie możesz popełnić  jest deprecjonowanie swojego wysiłku.
Wychodzisz na trening – zazwyczaj po całym dniu w pracy, zmęczony, wypruty psychicznie. Przełamałeś naturalną potrzebę odpoczynku i odmóżdżenia po całym dniu na wysokich obrotach – już samo to jest  wielkim sukcesem, ale nie myślisz o tym w ten sposób; nastawiasz się na wynik, potrzebujesz małego sukcesu na koniec dnia; czegoś, co pozwoli ci z satysfakcją zawinąć się w kołdrę. Biegniesz piątkę, dychę, dajesz z siebie tyle, ile w danym dniu możesz po czym wracasz do domu i mówisz sobie „mogło być lepiej”.
A co gdybyś w ogóle nie mógł biegać?

Szanuj dychę, piątkę, czy ile tam biegasz. Szanuj każdy wysiłek i bądź dla siebie dobry. Nie rób sobie wyrzutów z powodu „gorszego” treningu, bo nie ma czegoś takiego, jak „gorszy trening”. Wyszedłeś z domu, pokonałeś lenia – od tej pory każdy kilometr to dodatkowy bonus.  Wybij sobie z głowy przekonanie, że miernikiem twojego sukcesu jest czas, czy dystans. Ciesz się, że masz tyle zdrowia i siły woli, by wyjść z domu. I nie zbywaj tego kpiącym „Tak, to może mam przestać jeść bo dzieci w Somalii głodują” – bo nigdy nie wiesz, kiedy sam przejdziesz na sportową dietę i z zazdrością będziesz patrzeć na niedzielnych truchtaczy.

Jasne jest że tak, jak nie można żyć  z ciągłą świadomością śmierci, tak nie da się biegać w permanentnym cieniu kontuzji, czy choroby.  Warto jednak od czasu do czasu sobie o niej przypomnieć – tak dla otrzeźwienia. Żyjąc w zadowoleniu ze swojej kondycji i wyników, w przekonaniu o nieśmiertelności warto czasem wrócić do pionu i docenić to, co się ma. Warto na chwilę odstawić pogoń za wynikiem i zwyczajnie cieszyć się tym, co się już nabiegało.

Warto pamiętać, że sukcesem jest już to, że masz siłę woli by wyjść i parę w nogach, by biec.
Że nie musisz być najlepszy – wystarczy jak będziesz dobry.
Przede wszystkim dla siebie.