Szanuj dychę swoją

Gdy tylko biegacz oswoi się z bieganiem, gdy przestanie wpadać w samozachwyt z faktu, że przeżył kilkukilometrowy trucht, zaczyna wchodzić (a może raczej wbiegać) na  bardzo grząski grunt ambicjonalnego bagna. Jeszcze kilka tygodni temu sama myśl o pięciokilometrowym biegu powodowała u niego wzrost tętna i problemy z oddechem. Dziś ta sama myśl powoduje u niego skok adrenaliny. Już nie myśli o piątce jako „biegu o życie” – chce pobiec na wynik. Lepszy wynik.

Doskonale znam ten mechanizm. Upojenie przekraczaniem własnych możliwości  jest, mówię to z całym przekonaniem, dziesięć razy lepsze od upojenia alkoholowego. To stan euforii porównywalnej do zakochania; poczucie niezniszczalności i nieśmiertelności. Totalny endorfinowy haj.
Jak z każdym hajem, wiąże się z nim ryzyko uzależnienia i przeholowania –  skoro jest dobrze, dlaczego nie może być lepiej? Skoro przekroczyłem granicę, za którą jeszcze kilka tygodni temu czekały chóry anielskie, spróbujmy przesunąć ją jeszcze kawałek. Zobaczmy, czy się da. Czy może być jeszcze fajniej.

Zaczynasz czytać o bieganiu, poznawać biegowych znajomych, uczestniczyć w forach czy fejsbukowych grupach. Wiesz, że są ludzie, którzy przebiegli maraton ze złamaniem w stopie, czy na protezach. Porównujesz swoje czasy, nawet nie do lepszych znajomych, ale do mistrzów, ikon sportu i mimo że wiesz, jak wielki dystans was dzieli gdzieś podświadomie myślisz „przecież to ludzie tacy sami jak ja; skoro oni mogli –  to i ja mogę”.
Wpadasz w spiralę.

Od tej pory każdy bieg jest biegiem „po coś” – po czas, dystans, kalorie. Każdy bieg ma swój cel i sens. Jeśli nie spełni założeń, uważany jest za zły, nieudany, taki sobie. Znajomi pytają „jak poszło” a ty mówisz „słabo”.
Już nie kręcisz się w spirali.
Pikujesz na główkę.

A potem znienacka jesteś uziemiony. Na tydzień, dwa, miesiąc i więcej. Najpierw się wściekasz i przeklinasz, potem siadasz i płaczesz a na koniec wyciągasz wnioski. I tęsknisz. Tęsknisz za tą dyszką, na którą kiedyś nie opłacało się wychodzić, bo szkoda ciuchy przepacać. Jadąc rowerem (jeśli masz tyle szczęścia, że nie uziemiło cię na cacy) mijasz biegaczy i czujesz to wstrętne ukłucie zazdrości. Chciałbyś tak jak oni, chociaż potruchtać, poturlać się po ścieżkach. Piękna wiosna za oknem, biega wszystko, co ma nogi –  a ty siedzisz na ławce rezerwowych i szlag cię jasny trafia.

A jeszcze później do pracy wraca kolega, który zniknął, bo był „poważnie chory”. Bardzo poważnie. Wygrał z rakiem i wrócił –  a ty patrzysz na niego i dociera do ciebie, że jutro możesz nie biegać – nie dlatego, że ci się nie chce, się przetrenowałeś, czy złapałeś jakąś tam kontuzję – ale dlatego, że możesz nie być w stanie się ruszyć. „Ale jak, skąd, przecież jestem w sile wieku” – myślisz sobie –  a potem patrzysz na niego i dociera do ciebie, że jesteście z podobnego rocznika. On też był młodym byczkiem i robił połówkę w godzinę trzydzieści pięć…

Gdyby spisano dekalog biegacza, jedno z głównych przykazań powinno brzmieć „szanuj dychę swoją”.
Doceniaj każdy trening, bo nigdy nie wiesz, czy nie będzie ostatnim w tym miesiącu/roku.  Nigdy nie wiesz, co i skąd podłapiesz. Możesz dbać o siebie, prowadzić zdrowy tryb życia, mieć świetne wyniki a potem ni z tego ni z owego budzisz się ze spuchnięta stopą i żaden lekarz, fizjoterapeuta, nawet mnich tybetański  nie są w stanie ci powiedzieć, co to jest, jak to leczyć, kiedy minie i czy można z tym sport uprawiać.
Choroba spada na ciebie jak grom z jasnego nieba i jesteś z tym bezradny.

Nie, to nie jest science fiction.
Kwiecień tego roku miał być dla mnie powrotem do dużej formy. Pogoiłem kontuzje, nabrałem treningowego rozpędu, czułem, że organizm nabiera coraz większej pary po czym ni z tego ni z owego spuchła mi stopa. W ciągu miesiąca odwiedziłem czterech ortopedów, fizjoterapeutę, chirurga naczyniowego i tybetańskiego mnicha; zrobiłem dwa rentgeny, cztery USG oraz badania krwi. Wszystko wskazuje, że jestem zdrów jak byk, ale z bieganiem to lepiej przyhamować, bo nikt nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego stopa spuchła i jakie będą tego konsekwencje.
I co zrobisz?

Gdy  biegając mijam młodych ludzi na wózku, czy o kulach, czuję jakiś wewnętrzny dyskomfort. Nie potrafię go nazwać – jest to jakiś dziwny mix poczucia winy, niestosowności zachowania – chyba najbliższe będzie porównanie tego do obnoszenia się z pieniędzmi w towarzystwie tych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. Mijam ich i myślę sobie, że trochę nie na miejscu jest moje napinanie się na  czas i kilometry, gdy obok siedzi człowiek, którego marzeniem jest zrobić kilka kroków o własnych siłach. Czuję się głupio i przyspieszam jeszcze bardziej, by jak najszybciej uciec od tego uczucia; zdławić je kolejnym  wyrzutem endorfin.
Działa. Do kolejnego spotkania.

Jakkolwiek bezdusznie to nie zabrzmi, uważam, że takie spotkania są potrzebne. Są jak policzek w twarz, gdy zawiodą wszystkie racjonalne argumenty. Strzał w pysk i krótki, rzeczowy przekaz: „Szanuj dychę swoją, bo możesz nawet tego nie mieć. Wystarczy chwila nieuwagi, debil na drodze albo zwyczajnie źle postawiona noga przy zbiegu. Duża prędkość, kawałek korzenia, głupi niefart i nie będziesz w stanie nawet chodzić. Spuść ciśnienie i spójrz na to z boku. Zamiast deptać w pedał gazu ciesz się krajobrazem. Przestań zapieprzać z miejsca na miejsce i ciesz się chwilą. Ciesz się tym, co jest. Tu i teraz. ”
To też Działa. Na jakiś czas…

Jednym z najgorszych błędów, jakie możesz popełnić  jest deprecjonowanie swojego wysiłku.
Wychodzisz na trening – zazwyczaj po całym dniu w pracy, zmęczony, wypruty psychicznie. Przełamałeś naturalną potrzebę odpoczynku i odmóżdżenia po całym dniu na wysokich obrotach – już samo to jest  wielkim sukcesem, ale nie myślisz o tym w ten sposób; nastawiasz się na wynik, potrzebujesz małego sukcesu na koniec dnia; czegoś, co pozwoli ci z satysfakcją zawinąć się w kołdrę. Biegniesz piątkę, dychę, dajesz z siebie tyle, ile w danym dniu możesz po czym wracasz do domu i mówisz sobie „mogło być lepiej”.
A co gdybyś w ogóle nie mógł biegać?

Szanuj dychę, piątkę, czy ile tam biegasz. Szanuj każdy wysiłek i bądź dla siebie dobry. Nie rób sobie wyrzutów z powodu „gorszego” treningu, bo nie ma czegoś takiego, jak „gorszy trening”. Wyszedłeś z domu, pokonałeś lenia – od tej pory każdy kilometr to dodatkowy bonus.  Wybij sobie z głowy przekonanie, że miernikiem twojego sukcesu jest czas, czy dystans. Ciesz się, że masz tyle zdrowia i siły woli, by wyjść z domu. I nie zbywaj tego kpiącym „Tak, to może mam przestać jeść bo dzieci w Somalii głodują” – bo nigdy nie wiesz, kiedy sam przejdziesz na sportową dietę i z zazdrością będziesz patrzeć na niedzielnych truchtaczy.

Jasne jest że tak, jak nie można żyć  z ciągłą świadomością śmierci, tak nie da się biegać w permanentnym cieniu kontuzji, czy choroby.  Warto jednak od czasu do czasu sobie o niej przypomnieć – tak dla otrzeźwienia. Żyjąc w zadowoleniu ze swojej kondycji i wyników, w przekonaniu o nieśmiertelności warto czasem wrócić do pionu i docenić to, co się ma. Warto na chwilę odstawić pogoń za wynikiem i zwyczajnie cieszyć się tym, co się już nabiegało.

Warto pamiętać, że sukcesem jest już to, że masz siłę woli by wyjść i parę w nogach, by biec.
Że nie musisz być najlepszy – wystarczy jak będziesz dobry.
Przede wszystkim dla siebie.

 

Reklamy

9 myśli na temat “Szanuj dychę swoją”

  1. Dowiedziałam się o Pana blogu z wywiadu dla 2. Białystok Półmaraton, w którym brałam dzisiaj udział (biegałam na 5,5km – jestem niepełnoletnia, a oprócz tego biegam dopiero od marca) i jestem oczarowana. Pisze Pan tak dobitnie i bez owijania w bawełnę, bardzo mi się to podoba. Będę tu zaglądać! Pozdrawiam :_

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s