Białystok półmaraton 2014 czyli w te i nazad

Miała być życiówka. Rozbuchana forma, para w kopytach, piana na pysku i max 1:45 na zegarku. Była kontuzja, wykluczenie z akcji i wyrwa w treningach .
Do samego końca nie wiedziałem, czy pobiegnę, jednak gdy fizjo orzekła, że mogę biegać „byle bez przesady” klamka zapadła.
No bo jak tu nie pobiec w biegu którego jest się twarzą?

Z tą twarzą też były korowody. Najpierw mnie to trochę bawiło, potem irytowało a w końcu to już było mi wsio rawno. Znajomi mówili, że to kwalifikuje sie na prawnika, bo co innego pokazanie zdjęcia  w galerii, folderze, czy relacji z biegu a czy innym jest zrobienie sobie z czyjejś gęby wizytówki półmaratonu i rozwieszanie na bilboardach po mieście i okolicach. Przez chwilę nawet o tym myślałem, ale doszedłem do wniosku, że to bez sensu, bo nawet jeśli poszedłbym na udry i swoje wygrał, to co bym na tym ugrał? Udupił fundację biegową? Ukręcił łeb jedynej imprezie biegowej w mieście? W imię czego? Po co?
Bez sensu zupełnie…

Do Białegostoku jechałem na włączonych wycieraczkach. Kropiło raz mocniej  raz słabiej -nisko wiszące sine chmury wyglądały, jakby dopiero robiły sobie rozgrzewkę. Z jednej strony dobrze, bo będzie chłodzenie na trasie, z drugiej stanie pół godziny  w krótkich gatkach i rękawie na deszczu uśmiechało mi się  słabo. Ale – będzie co ma być – nie przyjechałem tu na leżenie w puchu. Pobiegnę choćby i w grad.

W okolicach mety podniecenie. Rozgrzewki, rozbiegania, treningi… My ze znajomą plotkujemy na luzie czekając strzału startera – zblazowane warsiafskie lemingi 😉 Pierwsze 2-3 km i tak pójdą na rozgrzewkę –  więc nie ma co się napinać. Przed nami 21 km –  na wszystko będzie czas, wszystko zdążymy. Na razie ploty i luz blues.

I ciach, zaczęło się. Powoli, w okolicach szóstki na kilometr – żadne z nas nie ma  ciśnienia na wynik, toteż bardziej wygląda to na ruchomy piknik, niż na półmaraton.  Pierwszy kilometr, drugi, trzeci… leci to sobie krok za krokiem. Na piątym w końcu jakiś drobny podbieg – przyspieszam, bo lubię podbiegi mieć szybko za sobą. Agnieszka wygania  mnie do przodu. „Spotkamy się na mecie” – pewnie, że spotkamy. Gdzieś miga  mi Darek – mój kompan z Maratonu Wigry. Ciśnie jak dziki –  widać kontuzje omijały go z daleka i miał czas budować formę. W duchu mam nadzieję, że złapię go na mecie (bo przecież nie na trasie!) i przybijemy piątkę. Tymczasem leci siódmy, ósmy, dziewiąty…

Na jedenastym gra didżej – jakieś tam umcy umcy. „Slayeeeeeeer” –  drę się ile pary w płucach. Chyba usłyszał, bo coś tam odpowiedział – ale to nie istotne, bo w końcu doganiam Agatę, którą goniłem przez ostatnie dwa kilometry. Ona też jest świeżo po kontuzji –  więc tworzymy doskonały team biegowy. Od tej pory lecimy razem.

Założony plan energetyczny spisuje się znakomicie. Podjadana czekolada i popijane carbo  skutecznie uzupełniają paliwo  nogach. Jedyne, co doskwiera, to wynikające ze zwykłego niedotrenowania zmęczenie –  żadne tam kontuzyjne historie, tylko zwykły zmęczeniowy ból. Ostatni raz taki dystans biegłem w  styczniu, organizm odwykł od dłuższego wysiłku i takie są efekty. Ale zmęczenie to zmęczenie –  od tego się nie umiera –  więc  dupa w troki, skupienie na oddechu, szeroki zamach nogą i przed siebie. Właśnie zaczyna się podbieg na (chyba) siedemnastym kilometrze.

Właśnie, podbiegi. Wszystkiego były trzy, czy cztery, ale nazwanie ich podbiegami to gruba przesada –  ot, małe wzniesienia terenu. Jeśli ktoś biegł Agrykolę, Belwederską, czy Arbuzową, mógł ich nie zauważyć. Wszystkie biegiem, wszystkie bez zwolnień, zgodnie z zasadą „miejmy to już za sobą”.

Na ostatnich metrach wychodzi słońce. Już nie jest fajnie –  ale hej, nie po to biegniesz 21km żeby było fajnie. Ostatni zbieg, jedna brama , druga i na trzeciej widać pomiar czasu –  a więc  meta –  a skoro meta to ręce do góry i slejeeeeeeeer. Chyba udaje mi się przekrzyczeć muzykę bo ludzie odwracają głowy. Z byka po medal, flaszka w dłoń (poproszę różowe, gejowe) i już, po wszystkim.
2:02.45

Podsumowując trzeba zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Zacznę od tej dobrej.
Organizacja stała na DUŻO wyższym poziomie, niż rok temu. Widać, że ludzie chcą brać udział, pomagać a organizatorzy uczą się na własnych błędach. Oznaczenia trasy pokrywały się z GPSem co do kilkunastu metrów a ulice odblokowywane były niemal na bieżąco. Wracając z biegu jechałem odkorkowanym, płynnie poruszającym sie miastem.
Od strony organizatorskiej same plusy i pochwały.

Lipą wiało natomiast z samej trasy. Trzy razy biegliśmy ulicą w tą i spowrotem, tylko po to by nabiegać kilometrów. Rozumiem, że władze miasta nie chciały zgodzić się na większe utrudnienia w ruchu i trasa jest wynikiem kompromisu pomiędzy „chcemy” a „możemy”, ale bieganie w te i wewte ulicami jest słabe. Po prostu.

Z plusów nadmienić trzeba jeszcze pogodę – przed startem było dość chłodno, ale w trakcie biegu 13-15 stopni (nie wiem dokładnie ile, szacuję pi razy oko) było idealne. No i koszulki – dużo lepsze jakościowo, niż rok temu.

Z wyniku nie jestem jakoś przesadnie zadowolony, ale też nie ma co się oszukiwać –  po kilku tygodniach pauzy i szarpaninie z kontuzją nie oczekiwałem spektakularnych wyników. Pobiegłem tyleż z sentymentu do stron rodzinnych, co z przekonania, że lipą byłoby nie pobiec w biegu, który firmuje się swoją twarzą.
Nawet, jeśli nikt o zgodę nie pytał.

Sam bieg jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że bieganie po asfalcie jest słabe. Jeśli biegnie się w nowym miejscu, dochodzi do tego element turystyczny, oglądanie nowych okolic –  więc można pobiec „turystycznie”. Dymanie po asfalcie, w miejscach, które zna się na pamięć, jest bez sensu.

Reasumując: Bieg nabiera rozmachu, organizatorzy wprawy i z roku na rok jest coraz lepiej.
Tylko to sztuczne nabijanie kilometrów…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s