Street Workout i CrossFit, czyli pszenica kontra żyto

Mój znajomy z Bemowa, człowiek kompletnie niezwiązany ze sportem, trafił ostatnio na Bemowski park do Street Workoutu. Traf chciał, że w parku właśnie trwała Siła Piekielna i dostał ów kolega pokaz, jak sam to określił, CrossFitu, czym nie omieszkał się pochwalić na fejsbuku. Nie czekał długo, aż znajomi wyprowadzili go z błędu – że to nie CrossFit, tylko Ghetto Workout – ale dla niego była taka sama różnica, jak między kwarkami a superstrunami.
Pomyślałem więc, że może warto by napisać o tym, co jest co a czym nie jest.

Street Workout, zwany też Ghetto Workout to ćwiczenia bez ciężarów, oparte tylko na masie własnego ciała. Swoje korzenie ma w kalistenice oraz ulicznych trzepakach, które często były jedynym miejscem gdzie uliczne chłopaki z biednych dzielnic mogły się podciągać. Stąd też i nazwa – street, ghetto. Był to sport ludzi, których nie stać na karnet do klimatyzowanego fitness klubu. Wychodzili na ulicę, do parku, znajdowali drążek do podciągania i ćwiczyli na nim wszystko, co się dało.

Jak wiadomo, na ulicy głównym powodem do szacunku jest siła i charakter. Praca z własnym ciałem wymaga jednego i drugiego, ponieważ nie daje takiej taryfy ulgowej, jak ćwiczenia z maszynami. Na siłowni, jeśli jakiś ciężar jest za duży, możesz go zmniejszać do absurdalnych trzech, czy pięciu kilogramów. Na ulicy, gdy chcesz się podciągnąć od razu dostajesz ciężar własnego ciała – 70/80 kilo – i jedziesz, ile możesz. A możesz nie za wiele…
Rzecz jasna, są metody progresji, łatwiejsze warianty ćwiczeń, ale prawda jest taka, że praca z ciałem to start z głębokiej wody. Potrzeba nie lada charakteru, by zagryźć własną dumę i robić pompki z kolan, częściowe podciągnięcia, czy dipy w zakresie kilku centymetrów –  a wszystko to bez gadżetów i lansu. Tylko upór i charakter.

Jedną z najważniejszych cech Street Workoutu jest dążenie do idealnej formy. Nie jest ważne, ile powtórzeń danego ćwiczenia zrobisz; ważne jest, by było ono tak technicznie perfekcyjne, jak to tylko możliwe. Street Workout pełnymi garściami czerpie z klasycznej kalisteniki, czy gimnastyki wyczynowej – i w tym nacisku na technikę doskonale widać owe „dziedzictwo”. Liczy się forma i perfekcja wykonania. Żadnego pomagania, oszukiwania, wykorzystywania siły zamachowej. Wykonywane w ten sposób ćwiczenia wymagają niesamowitej siły i równowagi.
Czysta siła i technika.

CrossFit, choć może wydawać się podobny,  znacząco różni się od SW (Street Workoutu). Podstawowa różnica  jest, można powiedzieć, światopoglądowa. O ile SW to czysta forma i możliwie idealna technika, o tyle CrossFit to efekt. Nie ważne, jak osiągniesz to co chcesz zrobić –  ważne abyś to zrobił. Rzecz jasna, nie chodzi o to, by zrobić coś byle jak, bo to najkrótsza droga do zrobienia sobie krzywdy, chodzi o to, by wykorzystać wszystkie „pomoce”, dzięki którym zrobisz to, czego sytuacja wymaga. Ponieważ priorytetem w CF jest efekt, CrossFit dopuszcza to, co w SW jest świętokradztwem i oszukiwaniem – wykorzystanie ruchu wahadłowego, rozpędu. Jeśli masz wejść po linie na drzewo, czy wnieść 50kg worek ziemniaków na drugie piętro, nie jest istotne, jak perfekcyjnie to wykonasz – masz być w stanie to zrobić i tyle.
Stąd taka popularność CrossFitu w amerykańskich  resortach „siłowych” – policji, wojsku, straży pożarnej. W pracy tych ludzi technika jest istotna, owszem, bo wynosząc zaczadzonego, ważącego 100kg człowieka z płonącego domu dobrze byłoby nie rozwalić sobie przy tym kręgosłupa,  ale jeśli będą w tym jakieś luki techniczne, nikt z tego powodu larum nie podniesie.

Raz jeszcze powtórzę: CrossFit nie promuje i nie pochwala robienia byle jak -wręcz przeciwnie – elementy techniczne są jego podstawą i w ciągu roku nie byłem jeszcze na treningu, w którym byłyby one pominięte. Rzecz w tym, że w odróżnieniu od SW dopuszcza wykorzystanie dynamiki ciała, rozpędu, ruchów wahadłowych. Mówiąc językiem IKEI – stawia funkcję ponad formę.

Kolejną różnicę znajdziemy w „wyposażeniu”, akcesoriach, których używa się w obydwu „sportach”.
Street Workout stawia na minimalizm – drążek, drabinka, ewentualnie kółka gimnastyczne –  i to wszystko. Jako sport uliczny SW musiał skupić się na tym, co na ulicach było dostępne –  a drążek, w tej czy innej formie, znajdziemy dosłownie wszędzie. Inna kwestia, że poza drążkiem znajdziemy niewiele –  więc siłą rzeczy drążek stał podstawowym „narzędziem” Street Workoutu.
CrossFit jest pod tym względem przeciwieństwem Street Workoutu -korzysta ze wszystkich dobrodziejstw gimnastyczno – ciężarowych. Rzecz jasna,  drążki i kółka są w nim na porządku dziennym, ale poza nimi  jest też sztanga, skakanka, piłka lekarska, kettle, skrzynie, liny do wspinania. Jeśli jest coś, co można wykorzystać do budowania siły i sprawności (i nie jest to siłowniania maszyna treningowa) – na pewno znajdziesz to w CrossFitowym Boxie.

Trzecia różnica to miejsce, w którym się ćwiczy. W przypadku Street Workoutu – jak sama nazwa wskazuje – ćwiczy się na podwórku. Ponieważ dedykowanych temu sportowi miejsc jest jak na lekarstwo, ćwiczy się wszędzie tam, gdzie jest kawałek drążka. Nie uchowa się żaden trzepak, czy plac zabaw – jeśli można gdzieś się podciągnąć – tam jest „sala treningowa” chłopaków i dziewczyn ze Street Workoutu.

CrossFit trenuje się w BOXach. Zazwyczaj są to garaże, czy też hale zaadaptowane do celów sportowych. Cechuje je spartański charakter – żadnych maszyn, luster – tylko mata na podłodze, sztangi na ścianie i RIG na uboczu sali. RIG to multifunkcjonalna metalowa klatka, służąca do ćwiczeń gimnastycznych, oraz robiąca za stanowisko do sztang. Wykonuje się przy nim jakieś 40% CrossFitowych ćwiczeń.

RIG
RIG

Ogólnie jednak w BOXie jest pusto a sprzęty są pochowane pod ścianami, co na pierwszy rzut oka może sprawiać wrażenie, że „tu nie ma czym ćwiczyć”. Mylne wrażenie.  Jest pusto, ponieważ ćwiczy się z wolnymi ciężarami i trenujący muszą mieć dość przestrzeni, by nie przeszkadzać sobie nawzajem. Szczególnie, gdy ćwiczy się podrzut sztangi…

Street Workoutowcy sami układają swoje treningi. Wiedzy na temat ulicznych treningów szuka się w internecie, książkach (Paul Wade, Al Kavadlo), bądź podpatruje bardziej doświadczonych kolegów. Generalne zasada jest jednak taka, że każdy trenuje „pod siebie”. Kto chce –  ten robi rozgrzewkę przed  i rozciąganie po treningu, a kto nie chce –  ten robi co chce.

CrossFit rządzi się zupełnie innymi prawami. Jakkolwiek można przyjść do BOXa i robić „swój” trening to kręgosłupem CF jest WOD –  Workout Of the Day –  zestaw ćwiczeń przygotowany przez trenera. Aby zostać trenerem trzeba przejść i zaliczyć kurs trenerski –  toteż nie ma opcji, że jakiś domorosły „fachura” zajmie się programowaniem ciężarów dla początkujących. Każdy WOD składa się z rozgrzewki, elementów technicznych,  „treningu właściwego” czyli 15-20 minutowego mixu ćwiczeń siłowo-gimnastycznych oraz rozciągania na koniec.
Całość trwa około godziny i jest „nadzorowane” przez trenera, który na bieżąco koryguje błędy w ćwiczeniach.

Jak widać, różnic między CrossFitem a Street Workoutem jest dość sporo.

Street Workout to:

  • minimum sprzętu
  • trening na podwórku
  • idealna forma wykonywanych ćwiczeń
  • treningi siłowe, bez ruchów oszukanych
  • każdy sam sobie układa trening i pilnuje swoje swojej techniki

CrossFit to:

  • zróżnicowany sprzęt, wolne ciężary, żadnych maszyn
  • trening w BOXach
  • WODy przygotowane i prowadzone przez trenerów
  • dopuszcza ruchy oszukane

W internecie często można trafić na utyskiwania street workoutowców, że CrossFit jest taki, owaki a już na pewno gorszy od SW. Pomijając śmieszną kwestię reperowania sobie ego czyimś kosztem, porównywanie Street Workoutu i CrossFitu jest jak stawianie obok siebie Bentleya i Hummera.
SW to Bentley – idealna forma, kształty, które budzą podziw na ulicy i bestia-silnik pod maską.
CrossFit to Hummer, który nie każdemu się podoba, ale nie ma takiego wykrotu, takiej dziury, której nie przejedzie. Obydwa auta są doskonałe w swojej klasie, ale służą do zupełnie innych celów i porównywanie ich jest kompletnie bez sensu.

Słowne przepychanki Street Workout – CrossFit przypominają niesnaski sąsiadujących wiosek. Obydwa systemy stoją w opozycji do klasycznych siłowni, obydwa pełnymi garściami czerpią z gimnastyki a główna różnica polega na tym, że SW kładzie nacisk na siłę i czystą formę, zaś CF na efekt i funkcjonalność. Wypisz wymaluj przypomina to animozje dwóch wieśniaków, którzy choć mieszkają przez płot i noszą takie same uwalane błotem walonki, dogadują sobie nawzajem bo jeden hoduje pszenicę a drugi żyto.

Równie bez sensu jest pytanie „który lepszy”. Przede wszystkim dlatego, że każdy sport jest dobry. Naturalnie, łatwiej jest śmiać się z CrossFitu, bo dużo „śmieszniejsze” jest to, że ktoś za dużo włożył na sztangę, która wozi go po sali, niż to, że ktoś nie da rady podciągnąć się na trzepaku. Rzecz w tym, że ani jedno ani drugie nie jest śmieszne, bo nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. Błędy i kontuzje są w KAŻDYM sporcie, a kto tego nie rozumie ten jest tępym baranem i to z niego śmiać się należy.

A najlepiej to nie śmiać się z nikogo, tylko iść na trening.
Jakikolwiek.

Reklamy

2 myśli na temat “Street Workout i CrossFit, czyli pszenica kontra żyto”

    1. Dziękuję za dobre słowo.
      SW jako takiego nie trenowałem, więc i kontuzji z nim związanych nie było.
      Na bazie tych, których się dorobiłem uważam, że najważniejszy jest umiar – bo wszystkie kłopoty biorą się z tego, że człowiek chce za szybko i za dużo, albo zwyczajnie przesadzi na treningu.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s