Stan krytyczny

Wiele lat temu wziąłem udział w warszawskiej masie krytycznej. Był to czas mojej Wielkiej Fazy Rowerowej, gdy poza dwoma kółkami  świata nie widziałem. Byłem młody, narwany i bardzo chciałem zmieniać świat.
Pierwsza masa bardzo szybko mnie ocuciła. Miałem nadzieję, że będzie tak, jak zapowiadano –  wesoła manifestacja obecności rowerzystów w mieście, pokazanie, że też jesteśmy częścią ruchu miejskiego – no ogólnie Pokojowa Wioska Na Dwóch Kółkach. Szybko okazało się, że masa, jak każda masa jest zjawiskiem bezładnym. Tam, gdzie byli organizatorzy, panował jeszcze jako taki porządek, ale w dalszej części „peletonu” trwała wolna amerykanka. Masa, jak każde zjawisko masowe, poza pasjonatami dwóch kółek przyciągnęła cała masę baranów, których głównym powodem uczestnictwa było zrobienie bydła i „pokazanie kto tu rządzi”. Dosłownie. Jak dziś pamiętam  gówniarzy, którzy wjeżdżając innym pod koła cieszyli się, że „teraz im (kierowcom) pokażą”, niech stoją w korkach, bo  „miasto jest nasze” itd. w tym tonie. Jazda była bardzo niebezpieczna, bo co rusz ktoś wykonywał jakiś gwałtowny ruch, nie patrzył  gdzie jedzie bo właśnie odwracał się do kolegi/koleżanki. Koniec końców, przy Placu Bankowym jakiś tłuk wjechał mi w tylne koło, wypieprzyłem się na asfalt, ktoś inny wjechał we mnie kołem, ktoś kolejny przewrócił się o mój rower i pozostaje tylko cieszyć się, że wszystko skończyło się kilkoma strupami.

Pamiętam też wściekłe miny kierowców, którym w piątek po południu utrudniliśmy powrót do domów. Pamiętam doskonale, jak przy skrzyżowaniu Puławskiej z Odyńca  dotarło do mnie, że to kompletnie bez sensu. My tym ludziom nic nie pokazujemy, nic nie tłumaczymy, nic nie manifestujemy. My ich zwyczajnie wkurwiamy i, sądząc po reakcjach i komentarzach rowerzystów, mamy z tego wielką radochę. Cieszymy się z tego, że raz w miesiącu możemy „pokazać, kto tu rządzi”, wkurwić tych, którzy nas wkurwiają.
Odpłacić pięknym za nadobne.

To była moja pierwsza i ostatnia Masa Krytyczna. Opadł mi cały zapał, przeszła chęć na „integrację rowerową”. Masa, którą poznałem była bezmyślna i niebezpieczna.

Rowerzyści, z którymi się stykam (pomijając tych, którzy robią to na poziomie półzawodowym/pasjonackim, bo ci trzymają fason) jako żywo przypominają tych z Masy Krytycznej. Niedzielna jazda rowerem po ursynowskich ścieżkach to sport wysokiego ryzyka – a to snują się 10km/h nieświadomi tego, że blokują jadących za nimi ludzi, a to jadą po dwóch, trzech zajmując całą szerokość ścieżki, a  to zatrzymują się znienacka, stawiają rower w poprzek ścieżki i coś tam sprawdzają, a to skręcają nie zasygnalizowawszy uprzednio, a to znienacka hamują, a to zapierdzielają 30km/h jakby byli na torze wyścigowym…
Niedzielne dojazdy na CrossFit są bardziej wyczerpujące, niż sam trening.

Są też rowerzyści – narzekacze. Głównym powodem do narzekania jest… brak ścieżek rowerowych. Nie dociera do nich, że Warszawa ma najwięcej w Polsce, bo aż 360km ścieżek rowerowych  (drugi w kolejności Wrocław ma ich 214, czyli ponad 1/3 mniej). Jest źle, bo nie jest tak, jak na zachodzie, najlepiej w Amsterdamie, gdzie rowerzysta ma absolutnie pierwszeństwo. Mniejsza już o to, że rozwiązanie holenderskie wcale nie jest takie dobre (byłem tam 5 dni, wiem o czym mówię). Sprawą kluczową jest tu roszczeniowość. BO DLA MNIE JEST ZA MAŁO. Bo nie ma ścieżek pod mój dom i stojaków wszędzie tam, gdzie chcę rower zostawić. Bo nie wszędzie można rowerem dojechać. Bo JA, JA I JESZCZE RAZ JA.
Bo rowerzysta powinien mieć takie same prawa jak kierowca samochodu.
Otóż nie. Nie powinien.

Jestem biegaczem, rowerzystą i kierowcą i z całą stanowczością uważam, że rowerzysta nie powinien mieć takich samych uprawnień jak kierujący samochodem, czy motocyklista.
Dlaczego?
Bo rowerzyści jeżdżą jak barany i są w tym bezkarni.

Aby wsiąść za kółko trzeba zdać egzamin na prawo jazdy, ubezpieczyć auto oraz, co najważniejsze, ponosi się konsekwencje swoich zachowań. Spowodujesz kolizję – płacisz albo idziesz do pudła. Jesteś dorosły i odpowiadasz za swoje zachowania, krótka piłka. Mechanizm ten, lepiej lub gorzej, ale wymusza pewien porządek na drodze (wariatów i frustratów pomijam, bo tych znajdziemy wszędzie, nawet na sankach). Tymczasem rowerzyści jeżdżą jak chcą. Niestety, ale taka jest prawda. Wiem, co widzę jadąc rowerem. Sygnalizowanie skrętu? Respektowanie świateł? A gdzie tam! Owszem, nie wszyscy, ale bardzo wielu jeździ tak, że aż się człowiek za głowę łapie. Ktoś zaraz powie „ale przecież kierowcy też tak czasem jeżdżą”. Owszem, jeżdżą –  i dlatego nie widzę sensu równouprawnienia  nieodpowiedzialnych rowerzystów. Wystarczy tych debili, których już mamy na drogach. Po co więcej? Żeby było „po równo”?

Wypuszczenie rowerzystów na drogi  to pomysł tak durny, że aż się wierzyć nie chce, że komuś przyszedł do głowy. Dlaczego? Bo rowerzysta na drodze oznacza korek. Rowerzysta, nawet ten wysportowany, jedzie ok 40km/h. Standardem jest 20 z kawałkiem. Aby jazda była w miarę bezpieczna, rowerzysta musi jechać z pół metra od chodnika (bo dziury w studzienkach) a kierowca z metr od rowerzysty (na wypadek, gdyby nim zarzuciło). W polskich warunkach drogowych jest to niewykonalne, bo nie mamy takich dróg. Po prostu. Nasze drogi są nieprzystosowane i nie będą, bo nie ma na to kasy, zaś architektura miast jest, jaka jest. Takie są realia i tego nie zmienimy. Jazda rowerem po ulicy to jazda na własne ryzyko, bo takie mamy drogi. Koniec kropka.

Inna kwestia, że rowerzyści są nieprzewidywalni. Gdy jadąc autem mijam rowerzystę nigdy nie wiem, co zrobi. Już parę razy mi się zdarzyło, że w chwili, gdy chciałem go wyprzedzić zarzuciło nim w moją stronę i musiałem gwałtowanie hamować.
Dobrze, że nikt z tyłu nie wjechał mi w zderzak…

Głównym argumentem przeciwko rowerom na drogach jest fakt, że na rower wsiąść może każdy -nieletni, bez prawa jazdy –  wystarczy za 300 zł kupić rower w hipermarkecie i już można stwarzać zagrożenie na drogach.
A po cholerę nam dodatkowe zagrożenie na drogach? Mało tego, które jest?

Postulat  wydzielenia na jezdni pasów dla rowerów pokazuje, że jego autorzy są oderwani od rzeczywistości nie gorzej od Antoniego Macierewicza. Czy jeden geniusz  z drugim nie widzi, ile pasów mamy na jezdniach?  Zazwyczaj jest po jednej nitce w każdą stronę. Gdy są dwie –  już jest nieźle. Trzy nitki to rzadki luksus. Jeśli z każdej trzypasmówki wydzielimy po jednym pasie dla autobusów i dla rowerów to nasza trzypasmówka zamieni się w jednopasmówkę a to oznacza TAAAAAKI korek.
„No to niech się przesiądą na rowery” –  odpowiadają rowerzyści. AHA! Więc to tak –  niech będzie po naszemu, a komu się nie podoba –  ten niech się dostosuje albo stoi w korkach. Grunt, żeby nam było wygodnie. A niby dlaczego ma być „po naszemu”? Dlaczego ludzie mają jeździć rowerami? A może nie mają w pracy prysznica? A może mają do roboty 20km w jedną stronę? A może dojeżdżają spod miasta? A może zawożą dzieci do przedszkola? A może po pracy jadą na zakupy? A może zwyczajnie i po ludzku nie chcą, bez względu na pogodę drałować rowerem do pracy.
A może po prostu kierowców samochodów jest więcej i ze zwykłego, zdroworozsądkowego punktu widzenia lepiej jest oddać drogę tym, których jest więcej?
Ale rowerzyści są lepsi, bo nie trują.
Otóż trują. Trują dupę i gadają bzdury.

Moim „ulubionym” argumentem rowerzystów jest „pokażmy ile nas jest, będą musieli się z nami liczyć”. Tu już sam nie wiem, czy to bardziej durne, czy naiwne – ale od początku.
Manifestacje w Warszawie to stara śpiewka. Manifestują raz ci, raz tamci. Próbują wywrzeć nacisk, nagłośnić swój problem , zamienić się w punkt zapalny, który trzeba będzie uleczyć (tak myślą). Tymczasem prawda jest taka, że ludzie te manifestacje mają w dupie. Po prostu. Ludzi nie obchodzi, że komuś tam dzieje się źle –  bo mają swoje problemy, swoje „źle”.
Zablokowanie miasta nie sprawi, że nagle zatrzymają się i zadumają nad zagadnieniem; zaczną dociekać co ubodło manifestujących, że posunęli się do zablokowania miasta. Otóż nie. Ludzie się po prostu wściekną, że jeden debil z drugim nie pozwala im po ciężkim tygodniu wrócić do domu/ odebrać dzieci z przedszkola / złapać oddech od roboty. Nie trzeba być geniuszem, żeby zrozumieć, że człowiek wkurwiony nie zastanawia się, tylko ma ochotę dać w pysk. Z wściekłym się nie rozmawia, nie oczekuje od niego analizy.
Mówiąc krótko:  Pokazując „kto tu rządzi” nie dajesz do myślenia, tylko dolewasz do baniaka frustracji. Blokując miasto nie pokazujesz „patrzcie, jest nas wielu, jesteśmy takimi samymi użytkownikami drogi, jak wy”. Blokując miasto wkurwiasz i frustrujesz. Stajesz się wrogiem –  a z wrogiem się nie rozmawia. Wroga się zwalcza.

Ja też chciałbym móc dojechać rowerem w każde miejsce, ale wiem, że tak się nie da. Warszawa jest komunikacyjnym koszmarem, bo takie nasze dziedzictwo PRLu. Tego nie zmienimy. Trzeba by zaorać miasto i zbudować wszystko od nowa –  a to science fiction, na które szkoda czasu.
Chciałbym móc jeździć rowerem po ulicy, ale nie robię tego, bo wiem, że nie ma do tego warunków. Mógłbym na siłę wsiąść i snuć się denerwując kierowców – ale sam bywam kierowcą i wiem, jak denerwujący jest taki snuj po prawej stronie drogi. Chciałby człowiek wyprzedzić –  a nie ma jak – wiec jedzie 20km/h i klnie na czym świat stoi.

Sytuacja jest klinczowa –  każdy chce tego, co mu się „należy”, interesy są sprzeczne ze sobą i zdrowym rozsądkiem – i co teraz zrobić?

Przede wszystkim wyłączyć ego i włączyć myślenie
Zamiast narzekać, że ścieżki rowerowe nie prowadzą pod twój dom, zastanów się, czy twój dom jest taki ważny i kluczowy z punktu widzenia komunikacji w mieście, czy może to tylko Twoje widzimisię?
Zamiast piszczeć, że strach jeździć po ulicach zastanów się, czy swoim zachowaniem nie dokładasz kolejnej cegiełki do chaosu na drodze. Szanujesz przepisy? Znasz je? Jeździsz według nich?
Zamiast narzekać na korki zastanów się, czy sam ich nie prowokujesz. Na pewno nie blokujesz drogi samochodom? Jeździsz „z głową” czy na zasadzie  TKM?

Po prostu użyj mózgu.

Reklamy

3 myśli na temat “Stan krytyczny”

  1. Niesamowite jest z tymi światłami. Rzeczywiście często stojąc na czerwonym (samochodem, skuterem bądź rowerem) widzę jak na głównych ulicach rowerzysta tylko rozgląda się na prawo i lewo po czym myka do przodu na czerwonym. No za chiny ludowe nie umiem tego zrozumieć.
    Ale z drugiej strony zachowania kierowców samochodów nie mniej często wołają o pomstę do nieba, że tylko wspomnę o kilku, których doświadczam trenując pod Warszawą (głównie okolice Piaseczno-Prażmów-Konstancin-Góra K-Tarczyn). Jeżdżę zwykle tam, gdzie nie ma ruchu, bo czuję się wówczas bezpieczniej i bardziej komfortowo mogę trenować. A mimo tego na każdym wyjeździe spotykam:
    – wyprzedzanie na centymetry – droga puściutka, ale samochód i tak wyprzedza mnie zachowując najmniejszą odległość jaką się da. WTF? Nie można zjechać całym autem na drugi pas po prostu??
    – wyprzedzanie na trzeciego –tak jak piszesz, polskie drogi są często dziurawe. Dlatego rzadko jadę tuż przy krawędzi drogi, częściej w połowie lub 1/3 pasa. Skoro jadę drogą o niewielkim ruchu to nie stanowi to przecież problemu. Mam zawsze włączone oświetlenie (nawet za dnia), by było mnie widać z daleka. I co? I zawsze znajdzie się baran który wyjedzie mi na czołówkę, a w oczach ma „odsuń się, bo jak nie to Cię rozwalę”.
    – wymuszanie pierwszeństwa – nie wiem skąd wniosek wielu kierowców, że jak drogą z pierwszeństwem jedzie rower, to można mu z podporządkowanej wyjechać.
    – trąbienie – tego już w ogóle nie rozumiem. Jadę gdzieś przez jakąś wieś podwarszawską i akurat tak się złoży, że przez pół minuty nie można mnie wyprzedzić, bo ktoś jedzie z naprzeciwka. No i te pół minuty ma dla jakiegoś idioty takie znaczenie, że musi na mnie trąbić??
    – raz koleś zepchnął mnie z drogi (osiedlowa dróżka, ograniczenie do 30 km/h, jechałem z 33-35), a gdy go dogoniłem i zapytałem co wyprawia, powiedział, że… przecież powinienem mu zrobić miejsce skoro on chce mnie wyprzedzić…
    Absolutnie zgadzam się z Tobą, że rowerzyści to często barany, ale obserwując miasto jako rowerzysta/kierowca samochodu/motocyklista/biegacz mam wrażenie, że odsetek baranów jest we wszystkich grupach podobny. Biegacze na zatłoczonym Nowym Świecie? Albo biegający i zatrzymujący się na ścieżce rowerowej? Motocykliści rozpędzający się do 200 km/h na Puławskiej? Froguś i jego kumple? Wjazd na skrzyżowanie bez możliwości zjechania? Proszę bardzo, każdy się znajdzie. Problem tylko w tym, że głupi rowerzysta najczęściej naraża na ryzyko siebie i innych cyklistów, a kierowca ma swoją puszkę, w której siedzi i w starciu z nim rowerzyści/piesi/motocykliści są bez szans.
    Łomatko, ale się rozpisałem…

    Polubienie

  2. Autor ma racje we wszystkim co napisal.jestem kierowca mzk bydgoszczy.borykam sie z upierdliwymi lanserami rowerowymi na co dzien.musze uwazac na ludzi w srodku innych kierowcow i jebnietych rowerzystow.ktorzy u nas maja w dupie drogi rowerowe i ujebliwiaja nas ulicami.wyprzedza mnie gnojek jak stoje na sw.wpierdoli sie przed wszystkich.bo kurwa musi pokazac jaki ma stroj i rower i ze zdrowo sie prowadzi i wogole z jest zajebisty.a jak ktos go myknie to mu jebnie.no i jest zielone,ruszamy za gnojem (ktory ma sciezke rowerowa obok)i pierdolimy sie by qtasa myknac,udaje sie.przystanek.myka mnie.i mozna czytac od poczatku.i tak sobie zyjemy w symbiozie.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s