Koniec Epoki

Mój stosunek do diety można określić jako miłosno – nienawistny. Z jednej strony ignorowałem ją wychodząc z założenia, że cokolwiek bym nie zjadł, wszystko przepalę; z drugiej zaś raz po raz docierały do mnie sygnały, że jest to założenie błędne. Jakbym ostro nie trenował, pewnych efektów osiągnąć nie mogłem. Zawsze byłem „kilka kroków od”. Najpierw mnie to irytowało, potem frustrowało, w końcu nauczyłem się to ignorować – bo przecież nie będę sobie wypruwał flaków w imię zawyżonych standardów.

Gdy wróciłem z urlopu waga pokazała 3 kilo obywatela więcej. Zupełnie się tym nie przejąłem – bo co roku tak wskazywała i co roku w ciągu dwóch tygodni wracałem do normy. Tym razem startowałem z jeszcze lepszej pozycji , bo rozpędzony urlopowymi treningami  byłem w tzw. ciągu, miałem furę energii do ćwiczeń a okres przejściowy związany ze zmianą pracy dawał mi czas na wszystkie treningi, które chciałem zrobić.
Trenowałem po 5 dni w tygodniu – na maxa, z przyjemnością –  dokładnie tak, jak lubię.
Miałem siłę, miałem czas . Było idealnie.

Pierwsza rysa na ideale pojawiła się po tygodniu. Wszedłem na wagę i zobaczyłem na niej dokładnie tyle samo, ile tydzień wcześniej. Halo, zaraz, co się dzieje?  Trenuję jak dziki, alkoholu nie używam, słodkiego nie jem a efektów nie widać – coś tu ewidentnie nie gra. Nauczony doświadczeniem z lutego tego roku postanowiłem spisywać wszystko, co jem.

Kolejny tydzień przyniósł jeszcze większą ( i bardziej niemiłą niespodziankę) –  waga skoczyła do góry.
Spojrzałem w jadłospis – owszem, zdarzyło mi się zjeść jakiegoś loda, czy kawałek ciasta – ale nie dajmy się zwariować. Na treningach wypalam jakieś 4-5 tyś. kalorii tygodniowo, więc małe ciacho tu czy tam nie powinno mi zaszkodzić. Problem musiał być gdzie indziej.

Trzeci tydzień przyniósł zmianę na plus. Spojrzałem w rozpiskę i wszystko zaczęło sie klarować: Mniej  pieczywa,  żadnych słodyczy, ciast drożdżowych, cukru –  i nagle pojawiają się efekty. Kilogram w plecy. Powoli zaczęła do mnie docierać myśl, która gdzieś tam sobie od dawna krążyła, ale nigdy nie brałem jej na poważnie: może problemem nie są te ewidentne fologowania –  ciasta, lody, itp. Może prawdziwym problemem jest to, co niewidoczne i pozornie nieszkodliwie – pieczywo, odrobina dżemu do twarogu, poranna kasza manna. Może dobija nie to, co spektakularne, ale to, co chyłkiem boczkiem sączy się do organizmu? Miało to sens o tyle, że rzeczy spektakularnych pilnowałem,  ponieważ wiedziałem, że są to bomby cukrowe, natomiast „węgla naszego powszedniego” sypałem ile chciałem –  bo przecież ćwiczę i muszę mieć paliwo do funkcjonowania.

Najciekawsza zmiana zaszła jednak w głowie. Do diety zawsze podchodziłem z przymrużeniem oka – raz że nie pasowała mi ze względów ideologicznych, dwa, że lubię sobie pofolgować od czasu do czasu – jest mi to potrzebne dla higieny psychicznej. Po prostu muszę się raz na jakiś czas zresetować, w przeciwnym wypadku czuję sie źle. Tymczasem, zupełnie bez oporów powiedziałem sobie „Dieta”. Nie jakaś konkretna dieta – po prostu pilnowanie węgli, bo to one, jestem o tym przekonany, są głównym powodem tego, że stoję w miejscu.
W zasadzie „dieta” to nieodpowiednie słowo. Nie chodzi mi narzucenie chwilowego reżimu i powrót do starych nawyków. Chodzi mi o coś zupełnie innego – o przestawienie, zmianę nawyków żywieniowych.
Po co? Żeby cieszyć się wynikami treningów i z przyjemnością patrzeć w lustro.

Z jednej strony znam siebie na tyle, by sceptycznie podchodzić do tej zmiany. Jestem, jaki jestem, lubię sobie dać na luz – taki już mój charakter i tego nie zwalczę ( bo i po co?). Z drugiej zaś strony, zmieniam bo chcę. Nie zmuszam się, nie robię tego wbrew sobie „bo muszę wbić się w rozmiar X”. Zwyczajnie chcę, bo gdy pomyślę o profitach z tej zmiany, są one dużo większe od tych, które daje status quo.
Krótko mówiąc: opłaca mi się to.

Myśl o ograniczeniu węgli budzi we mnie lekki niepokój: Jak to będzie z energią, z przygotowywaniem posiłków, z  jedzeniem w pracy. Wszystko stanie się trudniejsze, bardziej uciążliwie, zajmie więcej czasu.  Pewnie będzie też nieco droższe – bo przecież taniej jest kupić jakąś bułę i dowalić cukrem  niż zjeść coś pełnowartościowego. W pierwszych tygodniach na pewno nie będzie lekko, ale wiem, że przywyknę. Traktuję to jak treningowe wyjście ze strefy komfortu – na początku będzie bolało, ale z czasem oswoję to i zacznę zbierać owoce.

Poza niepokojem, dużo więcej w tym ciekawości i takiej ekscytacji, jak tuż przed startem, czy wyczekiwaną podróżą. Idzie nowe, ciekawe; jeszcze nie wiem, czy tam dopłynę, ale jak nie wskoczę to się nigdy nie dowiem.
Zatem siup – na główkę – i przed siebie.
W końcu nie mam nic do stracenia.

Reklamy

2 myśli na temat “Koniec Epoki”

  1. Ma to sens co piszesz. Ja od miesiąca nie jem słodyczy ani fast foodów, których było wcześniej relatywnie sporo. I co? I nic, waga w miejscu. A jak się przyłożę do kompozycji posiłków, zamiast szybkiej kanapki zrobię sałatę z łososiem albo koktajl mleczny to od razu jakoś tak lżej. Także ograniczenie węgli to na pewno dobre posunięcie 🙂

    Polubienie

    1. Słodycze, piwko, czy burgery to takie węgle „oficjalne”, ale poza nimi wciągamy całą furę węgli ukrytych – pieczywo, makarony, jogurty. W zasadzie w każdym „sklepowym” produkcie jest cukier i jak się to z całego dnia podsumuje, to nie ma bata – coś się musi w sadełku odłożyć.
      Dopiero jak się te węgle mocno ograniczy, organizm zaczyna dostawać tyle, ile potrzebuje a nie tyle, ile się przyzwyczaił. Na początku jest bunt, ale potem samopoczucie leci w górę.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s