Być jak Fred Flintstone

Moje „przejście na dietę” odbyło się mimochodem, niemalże bezwiednie. Temat gdzieś tam sie w życiu przewijał, ponieważ żona, podobnie jak 99% kobiet jest na ciągłej diecie i siłą rzeczy z tymi jej dietami obcuję, ale nigdy nie traktowałem tego na poważnie –  bo przecież przy moich treningach mogę jeść co chcę. Nie przeszkadzało mi to w podpatrywaniu nawyków żywieniowych, próbowaniu dietetycznych potraw  –  ale zawsze było to bardziej z ciekawości, niż w jakimś konkretnym celu.

Zgodnie z zasadą że „kropla drąży skałę” nasiąkałem tymi podpatrzonymi daniami, nawykami, próbowałem rzeczy, które przez większość życia omijałem szerokim łukiem (brokuł)  i jakoś tak nieświadomie dryfowałem w stronę zdrowszego żarcia. Rzecz jasna, miałem swoje przyjemne grzeszki – burgery, pizze i browarki, ale już sam fakt, że ludzie z którymi pracowałem zwracali uwagę że „chyba jestem na diecie” świadczy o tym, że mój jadłospis nie był typowy.

Modna w CrossFicie dieta paleo zawsze mnie odrzucała, nie tyle ze względu na swoje założenia, ile na fakt, że była modna – a ja od mody uciekam. Odrzucała tak przez rok, ale gdy nadarzyła się okazja pójść na spotkanie z ludźmi prowadzącymi paleo-bloga BarbellKitchen stwierdziłem „a czemu nie”? Pójdę, dowiem się czegoś więcej. Skoro jestem na anty to niech chociaż mam ku temu sensowne powody a nie tylko głupie uprzedzenia.
I poszedłem.

LegalCakes

Spotkanie, tak jak przewidywałem, nie sprawiło, że przywdziałem skórę z lamparta i pobiegłem polować na mamuta, było natomiast punktem zwrotnym  w podejściu do żywienia. Nastawienie, które we mnie dojrzewało osiągnęło punkt zwrotny i potrzebny był tylko „zwrotnicowy”, który tę wajchę przestawi. Zaszczyt ten przypadł jednak nie ludziom z BarbellKitchen, ale bananowym batonom od LegalCakes. Zajadając się nimi pomyślałem „No dobra, skoro zdrowe żarcie może być TAK PYSZNE, to dam sobie szansę, spróbuję odstawić chamskie cukry, chleb i makarony. Białka całego nie wywalę –  ale to nie kłopot  – przecież nie muszę być hardkorowym ortodoksem. Nie muszę robić rewolucji. Nic nie muszę. Chcę. Po prostu chcę spróbować”.

sniadanie_2

Pierwsza trwożna myśl dopadła mnie jeszcze w trakcie drogi do domu: „To co ja teraz będę jadł”? Przecież moje standardowe śniadanie to opakowanie twarogu + dżem i kawa. Poza tym dobre pieczywo z mozarellą – jak miałbym sobie tego odmówić? I co ja będę nosił do pracy, skoro pieczywo (a więc kanapki)  odpada? No i obiady – makaron ze szpinakiem, z mięsem, z warzywami, z czym popadnie. Jak się tym najeść, gdy zamiast makaronu zostaje sam „dodatek”? Ilekroć myślałem o paleo, pytania te sprowadzały mnie na ziemię. Nie, tak nie da się –  mówiłem do siebie –  ale gdzieś tam z tyłu głowy jakiś głos podszeptywał: „Jak się nie da, skoro ludzie tak żyją? Musi się dać, tylko trzeba na to znaleźć sposób. Nie ma , że się nie da – szukasz wykrętów stary”.

Zamiast szukać wykrętów postanowiłem szukać przepisów. Niestety, internet jest zawalony przepisami typu „smoothie ze szpinakiem” i innymi cudami, które w moim jadłospisie kwalifikują się co najwyżej na przekąskę. Sorry, ale to nie dla mnie. Ja muszę zjeść. Kocham zjeść i nie będę się katował szejkiem z brokuła. Nie mam też czasu na sterczenie nad garami i żonglowanie fikuśnymi przyprawami. Ja mam pracę, rodzinę, obowiązki. Ja chcę żyć a nie sterczeć uwiązany do kuchenki.

cevapy_1

Punktem przełomowym było natknięcie się na książkę „Well Fed. Biła z niej taka pozytywna energia, taka radość pichcenia oraz, przede wszystkim, tak zdroworozsądkowe podejście do gotowania, że zupełnie nieświadomie dałem się jej ponieść i postanowiłem dać sobie szansę. Nagle oswoiłem się z myślą, że przez pierwsze tygodnie będę spędzał masę czasu w  kuchni –  bo to normalne, zanim nie opracuje się schematu działania, nie zacznie przygotowywać jedzenia „na zaś”, nie wpadnie w rytm.

Dużo pomogło potraktowanie kuchni jako elementu treningowego . Skoro poświęcam po 2-3 godziny na dojazdy i ćwiczenia, dlaczego miałbym mieć problem z poświęceniem godzinki na ugotowanie czegoś smacznego i zdrowego. Przecież to równie ważne, jak wylewanie potu w boxie! Praktyka pokazała dobitnie, że nawet najbardziej mordercze treningi są niczym bez odpowiedniego jedzenia, bo nie da się lać ruskiej ropy do porszaka.
Po prostu.

Cevapy_02

No dobrze, ale skąd na to wszystko wziąć czas?
To akurat okazało się najprostsze. Mając wiele rzeczy do zrobienia rychło odkryłem dziury, przez które, zazwyczaj niezauważenie, przelewały mi się dni. A tu trzeba odpocząć  po pracy, a tu do netu zajrzeć, a tu coś w TV, a tu jeszcze coś. Wygospodarowanie dodatkowej godziny okazało się prostsze, niż myślałem – zwyczajnie przestałem marnotrawić czas na pierdoły i brałem się za konkrety. Owszem, czułem się trochę bardziej zmęczony, ale miałem poczucie, że robię coś konkretnego, dodatkowy trening „na żołądek”, a przede wszystkim miałem świadomość, że z czasem to minie; że to ogarnę, zorganizuję i będzie czas na złapanie oddechu.

warzywa

Ale nie oszukujmy się, zdrowe żarcie to nie jest zabawa w kosi-łapci. Dwa kursy zakupowe w weekend, długie godziny spędzane przy kuchni, planowanie, szykowanie, robienia rozpiski co na jaki dzień –  wszystko to zajmuje sporo czasu i jest dość męczące. Z drugiej strony, taka jest cena zrobienia dla siebie czegoś extra. Owszem, szybciej jest zjeść kanapkę, drożdżówkę, pieroga, czy innego gotowca – ale to są rzeczy „niekoszerne”, pełne ukrytych węgli, cukru i licho wie czego. Żyłem w ten sposób i nie zdało to egzaminu.
Decydując się na dietę, wchodzisz na drogę wyrzeczeń –  bo taka jest istota diety. Robisz coś extra a „extra” wymaga extra poświęcenia. Z czasem da się do tego przywyknąć, ale początkowo albo głodujesz, albo stoisz przy garach. Możesz też wrócić do starych sprawdzonych nawyków, ale wówczas nie oczekuj extra efektów.
To jest tak proste, ze aż banalne –  chcesz extra efektów? Włóż extra wysiłek!

ILE TO KOSZTUJE?

No cóż… Kłamał nie będę. Wydatki na żarcie wzrosły mi o 50% Rybka, mięsko, fikuśne warzywa –  wszystko to kosztuje a ponieważ z jadłospisu wypadają wszystkie najpopularniejsze zapychacze (a głodzenie się nie wchodzi w rachubę) trzeba czymś dojeść. Owszem, można sobie dołożyć warzyw, ale jeśli ktoś jest w stanie najeść się warzywami to… Mogę tylko pozazdrościć.

Paleo to droga impreza ponieważ odrzuca zapychacze. Chleb, produkty zbożowe to są produkty relatywnie tanie i powszechnie stosowne jako punkt wyjściowy do większości zjadanych posiłków. Odrzuciwszy je trzeba się sporo nagimnastykować i wykosztować, by nie wstawać od stołu z poczuciem głodu. Żarcie nie jest tanie, ale podchodzę do niego na zasadzie „to jest moje coś extra. Nie palę papierosów, nie piję drinków po klubach – moją używką jest dobre papu”.  Rzecz jasna oszukuję  tu i tam, bo zjadam nabiał, dobrą fasolką nie pogardzę, ale mimo tego, zmiana żywienia daje po kieszeni.

karkowka

O ile pierwsze zakupy były sporym szokiem, bo wydałem furę kasy i trochę się obawiałem,  jak  dam radę na dłuższą metę, o tyle drugie poszły łatwiej a trzecie już w ogóle bez ekscytacji. Już wiedziałem, że nie potrzebuję AŻ TAKIEJ fury jedzenia. Wiedziałem ile i czego zjadam, jakie mam łaknienie, co mi smakuje. Nadal wydawałem więcej, niż przed przejściem na dietę, ale nie były to już sumy, które kazałyby kwestionować sens całej akcji.

Logistyka

Pewnym utrudnieniem była konieczność gotowania „na zapas” i noszenie do pracy posiłków na cały dzień. Szczególnie w dni treningowe, gdy poza pojemnikami z jedzeniem nosiłem jeszcze  buty, ciuchy, ręcznik, kosmetyki, skakankę i wszystko inne, co przyda się na i po treningu.
Chwilami zastanawiałem się, czy nie spakować tego w torbę podróżną…

Przygotowywanie jedzenia stało się  jednym z ważniejszych zadań na weekend. Najpierw zakupy, kilka godzin przy garach, potem upychanie tego po lodówce. Z jednej strony było to czasochłonne, z drugiej zaś  mając naszykowane w weekend „półprodukty „, zrobienie pysznego i urozmaiconego posiłku wymagało wyciągnięcia ich z lodówki, podgrzania –  i voila! Trwało to Niemal tyle samo, co zrobienie kanapki.

Z jedzeniem, podobnie jak z zakupami, ogarnąłem się już po dwóch tygodniach. Wiedziałem ile czego pakować, jak to upchać w torbie itd. Owszem, było to bardziej upierdliwe niż dotychczasowe robienie kanapek, ale efekty mi to wynagradzały.

Duże zmiany

Największą i najbardziej zaskakującą zmianą była zmiana łaknienia. Do tej pory śniadanie jadłem o 6:30 rano (zazwyczaj był to twaróg z dżemem/miodem + kubek kawy) i wystarczało mi ono do dziesiątej, kiedy to pojawiało się uczucie głodu. Uczucie, którego nijak nie dało się przepędzić, po prostu MUSIAŁEM coś zjeść (najczęściej była to kanapka z palucha albo bułki z ziarnami, bagietka czosnkowa –  ogólnie rzecz biorąc pieczywo). Przekąska ta wystarczała mi na ok 2 godziny, potem był obiad, po 2-3 znowu coś i tak dalej do wieczora.

jajecznica_z_boczkiem_i_cukinia

Na diecie, moje klasyczne śniadanie składało się z dwóch jaj, smażonej cukinii i boczku (cukinię i boczek smażyłem hurtowo w trakcie weekendu, więc w tygodniu wystarczyło to podgrzać na patelni) a do tego kawa ze sporą ilością tłustego mleka kokosowego. Po posiłkach węglowych często czułem niedosyt, takie dziwne ssanie – niby się najadłem po uszy, ale jeszcze coś bym zjadł . Po paleo-jajecznicy byłem syty, nie chciało mi się więcej jeść, nie węszyłem, czym by tu dobić. Zniknęło to dziwne uczucie głodu po posiłku.
Uczucie sytości, zamiast do dziesiątej, utrzymywało się do jedenastej, czasem później ,zaś głód, który się wówczas pojawiał nie był dotychczasowym głodem „muszę coś zeżreć bo oszaleję” –  mogłem go spokojnie przetrzymać godzinkę, czy dłużej (bo akurat jakieś spotkanie, czy telekonferencja wypadła).

Zmiana sposobu łaknienia, sam fakt, że mogłem je bez problemu kontrolować, dała mi mocno do myślenia, jak bardzo produkty węglowe uzależniają. Wystarczyło je odstawić, bym zrobił się bardziej „opanowany”, był w stanie „dogadać się” ze swoim głodem w nie być jego ślepym niewolnikiem.

melon_kiwi

Moją główną obawa związaną z odstawieniem węgli była energia do treningów –  czy dam radę, czy będę miał paliwo, czym uzupełnię glikogen? Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że po odstawieniu węgli nic nie zmieniło. Tryb życia miałem ten sam, treningi tak samo wymagające jak dotychczas a energii… tyle samo co wcześniej ( a chyba nawet nieco więcej, skoro głód przychodził później i byłem w stanie go kontrolować). Wcześniej węgle przed/po treningu były opcją obowiązkową, wydawało mi się, że bez nich nie dam rady – po czym nagle zamiast węgli zacząłem popijać wodę, po treningu zamiast bananów jadłem orzechy, twaróg, czy białkowego szejka  i pięknie się regenerowałem, energii mi nie brakło, wszystko było tak, jak przedtem.
Mogłem cisnąć ile dusza zapragnie.

jezyna

Kiedyś, gdy miałem ochotę na coś słodkiego, musiało to być naprawdę słodkie. Nie było mowy o zadowoleniu się jabłkiem, czy owocem -chyba, że mówimy o suszonych figach, daktylach, morelach itd.  Żeby opędzić ochotę na słodkie musiałem zjeść tego ładnych parę sztuk, co było pięknym węglowym „strzałem w kolano”, bo zanim do mózgu dotarło,  „że to już” organizm przyjął całą furę węgli, których nie potrzebował/nie był w stanie przerobić.

Po przejściu na  paleo bardzo szybko okazało się, że zupełnie wystarcza mi cukier przyjmowany w owocach. Zniknęła potrzeba „dobicia się po posiłku”, czy nagłe ssanie na słodkie. Zamiast garści fig zjadałem jedną, max dwie  i miałem dość. Stoisko z ciastami drożdżowymi (moja wielka słabość) mogłem omijać, może nie obojętnie, ale dużym spokojem i przede wszystkim nie czułem nagłej potrzeby kupienia sobie czegoś słodkiego.
To było coś niespotykanego

Kolejną pozytywną zmianą było odkrycie radości z gotowania. W czasach kawalerskich gotowałem sporo i całkiem nieźle mi to wychodziło, z czasem jednak władzę w kuchni przejęła małżonka a ponieważ pichci cuda w rondlach to za specjalnie nie protestowałem. I nagle  –  buch – po ośmiu latach wróciłem do kuchni. Uzbrojony w książkę „Well Fed”  maksymę „nie możesz nic spieprzyć, co najwyżej nie będzie tak smaczne, jak tego oczekujesz” zacząłem przygotowywać sobie obiady, które smakowały ZA-JE-BI-ŚCIE. Jaką ja miałem z tego satysfakcję! Roboty było co prawda huk i czasem miałem już dość tego koczowania przy kuchence, ale obiady, które odgrzewałem sobie w pracy rekompensowały cały ten trud. Jedzenie stało się małym świętem i powodem do dumy – robiłem coś zajebiście i zbierałem tego owoce.

pom_grape

Luz w spodniach zacząłem odczuwać już drugiego, czy trzeciego dnia. Po tygodniu waga pokazała dwa kilo mniej. W tym samym czasie zacząłem zauważać zmiany w sylwetce – mój odstający brzuch zaczął odstawać jakby mniej. Zauważalnie mniej. Z przyjemnością zacząłem przyglądać się sobie po wyjściu spod prysznica

Główną przyczyną „znikniętego brzucha” było przestawienie się na energię tłuszczową. Ponieważ jadłem mniejsze posiłki, mniej rozpychałem żołądek. Ponieważ jadłem mniej węgli, prowokowałem dużo mniejsze wyrzuty insuliny, która odpowiada za zamianę cukru w sadło. Ponieważ nie miałem energii z cukru, czerpałem ją z tego, co jadłem oraz tego, co nosiłem na sobie. Koniec końców udało mi się coś, czego nie byłem w stanie osiągnąć przez ostatnie osiem lat!

Jak z tą rewolucją odnaleźć  się w kuchni?

Ponieważ chleb  jest bazą i/lub dodatkiem do większości rzeczy, które jemy, pierwszym i zasadniczym krokiem jest znalezienie zamiennika. Latem jest to banalne, ponieważ przy takiej obfitości warzyw, jaką mamy na bazarach każdy znajdzie coś dla siebie. Cukinia, kalafior, kapusta, brokuł, fasolka – jest tego całe mnóstwo. Wystarczy kupić tego kilogram, usmażyć/upiec/ugotować i wyjąć z lodówki do posiłku. Druga rzecz to „wkładka mięsna” – tu świetnie spisuje się boczek, który upieczony może służyć zarówno do podjadania, jak też jako baza do jajecznicy. Mając te dwa „półprodukty” (warzywa i mięso) zrobienie wypasionego śniadania trwało u mnie dokładnie tyle samo, ile przed przejściem na dietę. Wrzucałem nieco masła na patelnię, na to kilka plastrów boczku, dwa jajka, warzywa i po pięciu minutach miałem posiłek, który nie dość, że przeganiał głód na 5-6 godzin to jeszcze nie zostawiał z uczuciem niedosytu albo, co gorsza, niedojedzenia.

mielone

Drugim filarem diety była Kuloodporna Kawa w wersji zmodyfikowanej. Zamiast masła używałem do niej mleka kokosowego, które w lodówce nabiera konsystencji gęstego budyniu i jest tak pyszne, że można je wciągać łyżkami. Kopiasta łyżeczka takiego mleka do kawy, do tego jajecznica i zjadłszy posiłek o 6-6.30 czułem się najedzony do godziny minimum jedenastej.

W ramach przekąski zjadałem garść orzechów (fistaszki w  lidlu są w zazwyczaj w jakiejś śmiesznej cenie). Taka garść, jeśli tylko dałem organizmowi kwadrans, aby do mózgu dotarła informacja o przyjętych kaloriach, „kupowała mi” dwie godziny spokoju oraz, co nie bez znaczenia, dostarczała zdrowych tłuszczy, z których brałem energię.

Gdy miałem ochotę „zrobić sobie dobrze” wrzucałem garść owoców do jogurtu greckiego, albo robiłem owocowego szejka. Grejpfrut z pomarańczą, melon z kiwi i limonką – przy obecnych cenach cytrusów w marketach można kombinować do upadłego. Owszem, to nadal cukier, czyli zło i szatan wcielony, ale w porównaniu  z takim batonikiem czekoladowym wypada jak rodzime licho Boruta w zestawieniu z belzebubem – coś tam spsoci ale wielkiej szkody nie zrobi.

Bilans

Generalnie rzecz biorąc, po trzech tygodniach przestałem zauważać, że coś się zmieniło. Przygotowywanie posiłków przestało być problemem a zaczęło być przyjemnością. Czas, który musiałem na to poświęcić przestałem postrzegać jako „extra wydatek” – być może dlatego, że doszedłem  tym do takiej wprawy, że trwało to niewiele dłużej, niż kiedyś. Szybko na uczyłem się „myśleć bezchlebowo” a pokusy przestały być tak kuszące.
Ustabilizowało się.

Skłamałbym mówiąc, że paleo to dieta idealna, która rozwiązała wszystkie moje problemy; że teraz mogę ćwiczyć jak buldożer i wyglądam jak Apollo. Nie, takich cudów nie ma. Są natomiast 3kg mniej,  lepsza sylwetka, uregulowane uczucie głodu i bardzo smaczne posiłki, których przygotowywanie sprawia mi sporą frajdę. Na pewno wydaję więcej na jedzenie; z drugiej strony jednak odpadły mi wydatki na alkohol i słodycze – więc można powiedzieć, że z torbami mnie paleo nie puściło 😉

Eksperyment (nomen omen) pierwotnie zakładany na cztery tygodnie awansował na zmianę permanentną. Przywykłem do niego i dobrze mi z nim.
Niech więc zostanie  – a ja zostanę nieortodoksyjnym jaskiniowcem.

Profilaktyka Zdrowia Psychicznego (albo pochwała miękkiego resetu)

Piątkowy reset to w naszej miejsko-biurowej kulturze jeden z najważniejszych momentów. Kończy się tydzień, zapieprz w robocie. Wszystko, co niezrobione może poczekać do poniedziałku, bo i tak  nikt się tym nie zajmie. Jesteśmy na tyle wypruci i skotłowani, że jedyne o czym myślimy to dobrze zjeść/wypić i rozwalić się przed telewizorem. Urządzić małą fiestę, która przegoni korpo-demony.
Takie piątkowe dziady.

Przez wiele lat regularnie uprawiałem piątkowy reset. Pizza, piwko, drineczki, filmidło, jakaś gra, czasem imprezka – cokolwiek, byleby tylko się odmóżdżyć i zrzucić tygodniowy balast. Reset, jak sama nazwa wskazuje musiał być konkretny, solidna poniewierka, czasem redukcja do poziomu ściółki leśnej. Pijaństwo w opór.
Kac następnego dnia był okazją do przemyśleń, naprostowania się, złapania fokusu na rzeczywistość i to, co naprawdę istotne. Wybity z pracowego kołowrotu mogłem spojrzeć na siebie z boku i nabrać dystansu. Alko-reset był mi do tego potrzebny, jak mydło do zmycia syfu.

Odkąd zacząłem regularnie uprawiać CrossFit potrzeba piątkowego resetu zniknęła. Owszem, czasem mam ochotę na piwko, czy (w porywach) dwa,  ale nie odczuwam potrzeby sponiewierania się, ogłupienia które wyłączy procesy myślowe i powoli zrzucić tygodniowy balast do zsypu niepamięci. Nie czuję takiej potrzeby ponieważ nie czuję się zmęczony. Nie mam tego poczucia psychicznego wyżęcia, trzymania się na resztkach silnej woli. Nie ma tego rozdygotania, wkurwienia; nie ma niepokoju i rozdrażnienia. Owszem, zdarzają się nerwy, ale nie jest to nic, co wymagałoby odcięcia zasilania.

Bieganie, które uprawiałem przed odkryciem CF ma podobne właściwości. Różnica jest taka, że wyłączenie myślenia następuje zazwyczaj po około pół godziny i nigdy nie jest całkowite, ponieważ w biegu nie potrafię doprowadzić się do granicy. Bieg, nawet intensywny, jest w miarę jednostajny, monotonny i jako taki świetnie nadaje się do rozmyślań, dzielenia włosa na czworo lub zwyczajnie nakręcania się na wkurw. CrossFit, z racji tego, że ciągle się z nim coś zmienia, coś dzieje, nie daje szans na zastanowienie. Nie ma kiedy pomyśleć, bo trzeba skupić się na tym, co tu i teraz; a znowuż po treningu nie ma już siły na nic – nawet na myślenie.

Nie odczuwam potrzeby alko-resetu, ponieważ resetuję się regularnie. Nie mam kiedy nazbierać mentalnego syfu, ponieważ co najmniej trzy razy w tygodniu opróżniam kubeł nie dając szansy, by coś zaczęło w nim gnić. Co drugi dzień (albo i częściej) wraz z potem wywalam z siebie wszystko to, co gdzieś się przykleiło, dzięki czemu czuję psychicznie lekko i gdy przychodzi piątek nie odczuwam potrzeby wyłączenia systemu.

Sport jest jak kozetka u psychoanalityka. Co prawda nie rozwiąże Twoich problemów, ale pozwoli Ci spojrzeć na nie z dystansu. Nagle okaże się, że większość z tego, czym się nakręcasz to nic nie warte pierdoły, które zebrane do kupy stwarzają pozór życiowego dramatu a rozbite na drobne są… pierdołami właśnie. Drobiazgami, które albo rozwiążą się same, albo są do ogarnięcia w kwadrans czy dwa.

Dlatego zamiast wódeczki polecam solidny wpierdol. Daj se w dupę aż dym z butów pójdzie i gwarantuję, że przejdzie ta „nieodparta” ochota na alkohol.
Zamiast resetować się raz a dobrze „wypróżniaj się” regularnie.
Każdy lekarz Ci powie, że prawidłowa perystaltyka to podstawa 😉

Kochaj burpeesa swego

Gdyby w dowolnie wybranym Boxie zapytać 10 przypadkowych osób o to, jakie jest ich najbardziej znienawidzone ćwiczenie, bezdyskusyjnie byłyby to burpees.

Internet pełen jest memów w stylu „Burpees: 0 osób to lubi”, „Burpees też ciebie nie lubią” albo  zwyczajnie, prosto z mostu „Fuck burpees”. Ludzie nienawidzą tego ćwiczenia. Gdy na treningu pada komenda „robimy pady” nikt się nie cieszy. Wszyscy mają nadzieję, że nie będzie tego wiele, że to tylko krótki przerywnik dla podkręcenia tempa.

Burpee to w zasadzie klasyczne, znane z lekcji W-F „padnij powstań” wzbogacone o podskok na końcu – nic skomplikowanego, każdy głupi to potrafi. Żeby jednak nie zarżnąć się przy dwudziestym powtórzeniu wymaga specyficznej techniki. Jak taka technika wygląda – można obejrzeć na jutubie. Obejrzeć i stosować.
A tym czasem podejdziemy do burpeesów od innej strony.

Burpee, choć banalnie proste, jest jednym z najlepszych ćwiczeń jakie można sobie wyobrazić. Z jednej strony rozwija wszystkie możliwe mięśnie, z drugiej buduje wytrzymałość  (bo tętno maksymalne to w trakcie burpees normalka) z trzeciej pali sadło że aż miło, z czwartej oswaja z pracą w strefie totalnego dyskomfortu, z piątej nie wymaga żadnego sprzętu i możesz je wykonywać wszędzie (nawet w domu) z szóstej nie wymaga dużo czasu (bo jak jesteś w stanie robić burpees przez 10 minut cięgiem to moje ukłony, zuch z Ciebie co się zowie). Strony te można mnożyć i mnożyć –  tylko skoro burpki mają tyle zalet, dlaczego ludzie ich tak bardzo nienawidzą?

Moim zdaniem dlatego, że podchodzą do crossFitu jak do takiej „punkowej siłowni”. Niby nie ma luster, niby gołe ściany, ale najlepiej to robić bica, klatę i sztangą machać. Ma być siła i lans na plaży.
Jeśli ktoś poważnie podchodzi do bycia „fit” – czyli silnym, sprawnym, wydajnym, zdolnym do intensywnego wysiłku – burpeesy są da niego wręcz stworzone. Może nie zbudują siły tak, jak praca ze sztangą i kettlem, ale wydolność, umiejętność pracy daleko poza strefą komfortu i dociskania do oporu wywalą w kosmos jak sputnik sojuz.

Machanie żelazem jest fajne, męskie, można poczuć się sprawnym, silnym i w ogóle przekozakiem. Na burpees nie ma silnych. Prędzej, czy później (raczej prędzej) przeżują Cię jak starą balonówę i wyplują na podłogę. Będziesz sapać, dygotać, płakać; a jak Ci szczęście dopisze to nawet pawia na podłogę puścisz.
To nie jest męskie. To nie jest silne. Tym się nie ma jak podlansować.

Ludzie nie lubią burpeesów bo nie lubią czuć się słabi. Jednym z największych emocjonalnych plusów treningu jest poczucie siły, sprawności, ustanawianie nowych rekordów, ten cudowny endorfinowy strzał sukcesu. Burpees Ci tego nie dają.  Burpees to nie jest walka, którą możesz wygrać. To odwlekanie nieuniknionego. Możesz robić stówę, dwie, trzy –  ale nigdy nie skończysz niepokonany.
Zawsze dostaniesz w dupę.

Lubię burpees, właśnie za to, że nie znają litości, że nie da się z nimi wygrać. Lubię walczyć, choć wynik tej walki  z góry jest znany.
Gdy rok temu spytano mnie, jakie jest moje ulubione ćwiczenie, bez wahania odpowiedziałem „burpees”.
Minął rok, a moja miłość trwa nadal – choć obiektywnie patrząc, to bardziej syndrom sztokholmski 😉

Koniec sześciopaka

Od kiedy zacząłem uprawiać sport moje życie towarzyskie zaczęło podupadać. Koledzy kręcili nosem, że na piwo ze mną wyjść nie można, bo trening, bo wyjazd, bo cykl kreatynowy i diabli wiedzą co jeszcze. Siłą rzeczy spotykaliśmy się coraz rzadziej i rzadziej aż nasze relacje zredukowały się do śledzenia statusów na fejsie.
W tym samym czasie zaczęło mi się powiększać grono znajomych, którzy zamiast porannego kaca wolą poranne zakwasy. Zamiast na browara zacząłem umawiać się na bieganie, maratony i temu podobne historie. Życie zmieniło kurs.

Ponieważ sport i alkohol nie idą w parze, moje spożycie spadło na margines błędu – jedno piwko w tygodniu, czasem na wet tego nie. Szkoda mi było marnować wysiłek, który w siebie wkładam; szkoda marnować czas na ciężkie poranki;  szkoda rezygnować z przyjemności i snuć się jak zombie.
Szkoda życia na kaca.

W ostatni weekend zdarzyło mi się nieco popłynąć. Okazja była specjalna, towarzystwo zacne, atmosfera wyśmienita i jakoś tak niezauważenie wypiłem cztery piwka. Co to jest cztery piwka – ktoś zapyta  –  toć to raptem dobry start do czegoś większego.
I faktycznie, w trakcie imprezy było wyśmienicie, nawet nie czułem się przesadnie zawiany, za to poranek nazajutrz… słodki Jezu. Bida z nędzą i dopłata podatku. No koszmar…

Przywykłem do tego, że czuję się dobrze. Budzę się rano, mam energię, jestem wypoczęty, rześki zwarty i gotowy. Lubię ten stan, lubię czuć się dobrze, lubię to poczucie „że mogę” i nic mnie nie ogranicza –  jest to fizyczny odpowiednik spokoju ducha, gdy nie ma nerwów i wszystko jest OK. Poranny kac wybił mnie z tego rytmu, poczułem się słaby, połamany, jakby mi ktoś zabrał całą sprawność. Czułem się źle sam ze sobą.

„Syndrom Dnia Następnego” jest zaprzeczeniem tego, po co się ćwiczy. Zamiast budować formę sprowadza człowieka do poziomu skotłowanego gałganka, który kuli się w sobie i tylko czeka, by dzień się wreszcie skończył. Odbiera przyjemność i wprowadza do strefy dyskomfortu z którego nie ma żadnego pożytku. Człowiek męczy się zupełnie bez sensu.

Nie wierzyłem, że kiedyś to napiszę, ale alkohol w większych ilościach się nie opłaca.
Jedno, dwa piwka –  to i owszem –  ale żeby tak „po bandzie”  – to już się nie kalkuluje.

Ktoś może zapytać „ale co ty masz  z życia jak nie pijesz”?
Ba, sam bym tak jeszcze z pół roku temu zapytał.
Otóż mam tyle, że na co dzień  czuję się dobrze ze sobą. Dobrze na tyle, że nie muszę dodatkowo się uszczęśliwiać. Mam ten komfort, że mogę rano wyjść na trening i czerpać  z niego zajebistą frajdę. Czuję się świetnie w swoim ciele, które mi nie przeszkadza a wręcz pomaga w codziennym funkcjonowaniu.
Czuję się dobrze, jak nigdy dotąd.

Nie będę udawał, że widok zimnego portera w lodówce nie powoduje u mnie miłych motylków w żołądku. Owszem, powoduje że hej – ale wszystko w  życiu jest kwestią priorytetów i jak sobie pomyślę, że tego portera nazajutrz odchoruję (a odchoruję na bank, bo tolerancja na alkohol spadła na łeb na szyję) to już mi się go tak bardzo nie chce. Już wolę poszukać sobie innej rozrywki.

Piwko po biegu fajna rzecz – jeszcze fajniejsza w miłym towarzystwie – ale bez szaleństw.
Lubię walczyć ze swoimi słabościami, wolę jednak, gdy walka ta ma jakiś sens, jakiś bonus w perspektywie.
Walka o przetrwanie nie bawi mnie wcale.

Wzgórze Płaczących Biegaczy

Za pierwszym razem nie wiedziałem, za drugim zapomniałem a za trzecim żona miała pojechać w delegację (a ja zostać z dzieckiem). Cóż –  widać najtrudniej jest wziąć udział w  imprezie, która odbywa się rzut kettlem od domu. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności delegacja się odwołała i mogłem wziąć udział w  trzeciej edycji Monte Kazura.

Od rana parówa. Kisiel w powietrzu, nie ma czym oddychać. Synoptycy zapowiadają burze. Pięknie, będziemy dymać w błocku – ale przecież od samego początku było wiadomo, że lekko nie będzie. Monte Kazura bardzo szybko wyrobiło sobie opinię Wzgórza Płaczących Biegaczy i każdy, kto się na bieg pisał wiedział, czym to pachnie. Więc co to za różnica, czy po błocie, czy nie – i tak będzie manto i tak.

Około 17:40 zaczęło lać, ale bez szału – jak na letnią burzę to taki sofcik lajcik. Czekam do 18:20 i wybiegam z domu. Niby chłodniej i słońce za chmurami, ale to nadal duszne 30 stopni. Lekkie truchtando na rozgrzewkę, przy kościele skręt w lewo, przyuważam busik otoczony grupką biegaczy  –  a więc to tu. Co ciekawe – błota ani grama. Szybka rejestracja, drużyna „dajesz ojciec”, chip w buta i nie wiem, jak Państwo, ale ja już mogę zaczynać.

monte_0

Jest nas może setka, ale po sylwetkach i koszulkach widać, że w zdecydowanej większości są to zaprawione biegowe harpagany. Organizator  mówi, że to już –  więc odliczamy od dziesięciu w dół i wio przed siebie.
Po-szli!

Co za cisza! Przywykłem do tego, że w trakcie biegów, przynajmniej na pierwszych metrach są śmichy-chichy, pogaduchy –  a tu cisza jak na pogrzebie. Słychać tylko miarowe oddechy. Ludzie wiedzą, co ich czeka, więc nikt nie marnuje oddechu na zbędne dyskusje. Cisza, skupienie i przygotowanie na najgorsze.

Już pierwszy podbieg pokazuje, że lekko to już było – na rozgrzewce. Teraz pora na danie główne – a zatem zbieg, podbieg, zbieg, podbieg, zbieg, podbieg, zbieg, po kurwa moje nogi dbieg, zbieg, podejście, łapczywie łapany oddech, świński truch, zbieg, podejście i… nie zgadniecie co –  znowu podbieg. Podejście znaczy się…

Planowałem pobiec na luzaku, ale na Monte Kazura nie istnieje coś takiego jak „luzak”.  Na luzaku to można niezobowiązującą dyszkę po Kabatach strzelić a nie non-stop dymać zbiegi i podbiegi. Już po kilku minutach, z trybu „ciut mocniejszy trening” przechodzę w tryb „byle się nie zarżnąć”. Jest ostro. Na podbiegach/podejściach wchodzę na 95% HR MAX, na zbiegach drobię niczym japonka, bo ostatnie, na co mam ochotę to ślizg po mokrej trawie. Jedyna chwila oddechu jest ma króciutkich, może stumetrowych płaskich odcinkach – wystarczy, by jako tako uspokoić oddech, ale za mało, by choć trochę odsapnąć.

Trzecie okrążenie sprowadza do parteru. Wszyscy w zasięgu wzroku podchodzą, mało kto odważa się na zbieg. Być może to kwestia tego, że lecę w ogonie i wszystkie harpagany już hen za górami za lasami, ale widać po ludziach, że Kazurka daje im się we znaki. Więcej w tym wszystkim chodu, niż biegu. Widać zmęczenie, widać walkę, słychać urywane oddechy.

Słychać też metę –  więc mimowolnie przyśpieszam. Tuż przed ostatnim zakrętem ktoś krzyczy „biegnij, liczy się każda sekunda!” Dzięki, ale nie dla mnie. Nie biegnę po wynik. Jeszcze tylko Slayer na mecie, spryskiwacz na głowę, bidon do dna  i ciach, pozamiatane.
Dobrze było. O jak dobrze…

Monte__1

Nie lubię piątek, bo to taki dystans ni przypiął ni wypiął. Ledwie się człowiek rozgrzeje  a to już po wszystkim. Monte Kazura to jednak zupełnie inna liga, to taka piątka, co spokojnie za piętnastkę robić może. Non stop zbiegi/podbiegi/zbiegi/podbiegi sprawiają, że już na pierwszym okrążeniu masz dość, na drugim płaczesz a na trzecim marzysz tylko o tym, żeby się skończyło. Zamieniasz się w kłębek bólu, tętno zbliża się do ściany –  ale gdy dobiegłem na metę, zamiast „nareszcie” pomyślałem sobie „Ale dobrze było”.
Tak, wiem, to nie jest normalne…

Na tle nudnych biegów po asfalcie (pozdrowienia dla półmaratonu BMW)  Monte Kazura wybija się jako nietypowy i BARDZO wymagający bieg. Kilkukrotnie przyszło mi do głowy skojarzenie z CrossFitem – tam też nie ma miejsca na oddech, też wszystko się zmienia co chwila i tak samo odczuwam perwersyjną radość z wycieńczenia.

monte_2

Było szybko, konkretnie i intensywnie. Bez lania wody, solidne manto od początku do końca
Kolejną edycję wpisuję w kalendarz i zaznaczam czerwonym flamastrem.
Nie dlatego, że jest to jakieś święto, tylko dlatego, że będzie bolało.
Już się nie mogę doczekać 🙂

I przynieś mi to z podpisem ojca!

Ponieważ wielokrotnie czytałem o tym, jak ważne jest prowadzenie „dziennika treningowego” postanowiłem, że i ja takowy założę. Kupiłem nawet w tym celu specjalny bajerancki notes, w którym notowałem swoje treningi. Trwało to chwilę, potem straciłem do tego zapał. Notes z torby treningowej powędrował na półkę.

Jakiś czas później wykupiłem subskrypcję w internetowym „training-logu”. Podobnie, jak w przypadku dzienniczka papierowego, wypełniałem go przez miesiąc, może dwa – i zapał opadł. Czy się nie chciało, czy czasu nie było –  to nieistotne. Grunt, że zdechło.

Traf chciał, że przy okazji porządków odkurzyłem ten notes. Zacząłem go przeglądać, czytać i… nagle do mnie dotarło coś bardzo istotnego. Istotnego na tyle, że gdybym zobaczył to zawczasu byłbym uboższy o jedną kontuzję i bogatszy o jakieś dwa kawałki  złotych polskich.
Zobaczyłem spiralę.
Traf chciał, że okres „przedkontuzyjny” był okresem „dzienniczkowej skrupulatności”. Dzięki temu mogłem zobaczyć, jak dzień w dzień zarzynałem się treningami, które dziś wydają mi się absurdalne. Robiłem takie ilości ćwiczeń, że od samego czytania dostaję zadyszki.
To MUSIAŁO skończyć się kontuzją. Nie ma innej opcji.

Lektura odkurzonego dzienniczka dobitnie pokazała, jak bardzo istotne jest to narzędzie. Nie chodzi tu o aptekarskie mierzenie, czego ubyło a czego przybyło, ale o widok ogólny, podsumowanie aktywności – coś, co pozwoli spojrzeć z dystansu – perspektywy miesiąca, tygodnia, dwóch. Dzienniczek Treningowy to taka „księga przychodów i rozchodów” w której czarno na białym widać, czy jesteś nad, czy pod kreską.
Trzeba do niej tylko zaglądać a nie bezmyślnie notować.

No właśnie, czytać. Najlepiej jeszcze ze zrozumieniem i wnioski wyciągać. Trochę dużo tego wszystkiego jak na coś, co robi się „dla frajdy”, niczym nieskrępowaną przyjemność, wolną amerykankę, namiastkę punk rocka w dorosłym i poukładanym życiu.
Przecież nie można poukładać punk rocka, bo wyjdzie z tego green day, czy inny blink 182. Satanizm bez szatana. Piwo bezalkoholowe. Lipa na resorach.

A jednak trzeba. Pomimo całej mojej niechęci do poukładania i segregowania przyjemności – trzeba.
Dzienniczek treningowy, czy to w postaci loga na endomondo, czy klasycznego kajetu, jest potrzebny. Trzeba patrzeć, analizować i myśleć. MYŚLEĆ. Raz na tydzień/dwa  robić „remanent” i sprawdzać, czy to wszystko idzie w dobrym kierunku, czy się nie zapędzamy, czy nie zarzynamy, czy ten planowany na najbliższy trening mocny akcent jest nam na pewno potrzebny. Bo łatwo się zapędzić. Cholernie  łatwo. Sukcesy upajają, nakręcają,  a człowiek nie jest z gumy – za mocno naciągniesz i pieprznie.
I będzie bolało.

Nie jest łatwo zmieniać poglądy. Tym bardziej, gdy zmiana ta nie zachodzi stopniowo, tylko dostajesz nagle czarno na białym, że to, co do tej pory robiłeś było drogą do nikąd. Można wzorem klasyka rodzimej sceny politycznej zaklinać rzeczywistość i wmawiać, że „choć przegraliśmy to wygraliśmy” –  ale dzienniczek nie kłamie. Papiru nie oszukasz.

Są także przyjemne aspekty prowadzenia dzienniczka.
Gdy człowiekowi wydaje się, że nie idzie do przodu, że stagnacja i brak postępu;  zagląda w zapiski sprzed miesiąca i widzi, jak cieszył się z pierwszych podciągnięc nachwytem, jak nie był w stanie wykonać jednego Double Undersa, jak omijał sztangę niczym pies jeża. Patrzy w te zapiski, potem porównuje je z ostatnimi treningami i już wie, że całe to gadanie o braku postępów  to nic innego jak przerost ambicji nad możliwościami.
Nie ma żadnej stagnacji, wszystko idzie do przodu. Jest dobrze.

Rozum jest zawodny a papier nie kłamie – przewracasz stronę i widzisz, kiedy było mocno, kiedy było słabiej, kiedy poszło lepiej, kiedy gorzej. Masz wszystko jak na dłoni. Na wypadek, gdybyś cierpiał na przerost ambicji – zaglądasz dwa miesiące wstecz i widzisz, gdzie byłeś, gdzie jesteś – i jasne się staje, że przesadzasz, przeginasz. Robisz niepotrzebną napinkę, która niechybnie doprowadzi cię do stoczni remontowej.

Zatem HAU HAU – odszczekuję swoje punkowe poglądy na dzienniczki treningowe.
Odkurzam bajerancki notes i wracam do notowania.
Jak jeszcze zacznę z tych notatek wyciągać wnioski – będzie można odtrąbić sukces 😉