I przynieś mi to z podpisem ojca!

Ponieważ wielokrotnie czytałem o tym, jak ważne jest prowadzenie „dziennika treningowego” postanowiłem, że i ja takowy założę. Kupiłem nawet w tym celu specjalny bajerancki notes, w którym notowałem swoje treningi. Trwało to chwilę, potem straciłem do tego zapał. Notes z torby treningowej powędrował na półkę.

Jakiś czas później wykupiłem subskrypcję w internetowym „training-logu”. Podobnie, jak w przypadku dzienniczka papierowego, wypełniałem go przez miesiąc, może dwa – i zapał opadł. Czy się nie chciało, czy czasu nie było –  to nieistotne. Grunt, że zdechło.

Traf chciał, że przy okazji porządków odkurzyłem ten notes. Zacząłem go przeglądać, czytać i… nagle do mnie dotarło coś bardzo istotnego. Istotnego na tyle, że gdybym zobaczył to zawczasu byłbym uboższy o jedną kontuzję i bogatszy o jakieś dwa kawałki  złotych polskich.
Zobaczyłem spiralę.
Traf chciał, że okres „przedkontuzyjny” był okresem „dzienniczkowej skrupulatności”. Dzięki temu mogłem zobaczyć, jak dzień w dzień zarzynałem się treningami, które dziś wydają mi się absurdalne. Robiłem takie ilości ćwiczeń, że od samego czytania dostaję zadyszki.
To MUSIAŁO skończyć się kontuzją. Nie ma innej opcji.

Lektura odkurzonego dzienniczka dobitnie pokazała, jak bardzo istotne jest to narzędzie. Nie chodzi tu o aptekarskie mierzenie, czego ubyło a czego przybyło, ale o widok ogólny, podsumowanie aktywności – coś, co pozwoli spojrzeć z dystansu – perspektywy miesiąca, tygodnia, dwóch. Dzienniczek Treningowy to taka „księga przychodów i rozchodów” w której czarno na białym widać, czy jesteś nad, czy pod kreską.
Trzeba do niej tylko zaglądać a nie bezmyślnie notować.

No właśnie, czytać. Najlepiej jeszcze ze zrozumieniem i wnioski wyciągać. Trochę dużo tego wszystkiego jak na coś, co robi się „dla frajdy”, niczym nieskrępowaną przyjemność, wolną amerykankę, namiastkę punk rocka w dorosłym i poukładanym życiu.
Przecież nie można poukładać punk rocka, bo wyjdzie z tego green day, czy inny blink 182. Satanizm bez szatana. Piwo bezalkoholowe. Lipa na resorach.

A jednak trzeba. Pomimo całej mojej niechęci do poukładania i segregowania przyjemności – trzeba.
Dzienniczek treningowy, czy to w postaci loga na endomondo, czy klasycznego kajetu, jest potrzebny. Trzeba patrzeć, analizować i myśleć. MYŚLEĆ. Raz na tydzień/dwa  robić „remanent” i sprawdzać, czy to wszystko idzie w dobrym kierunku, czy się nie zapędzamy, czy nie zarzynamy, czy ten planowany na najbliższy trening mocny akcent jest nam na pewno potrzebny. Bo łatwo się zapędzić. Cholernie  łatwo. Sukcesy upajają, nakręcają,  a człowiek nie jest z gumy – za mocno naciągniesz i pieprznie.
I będzie bolało.

Nie jest łatwo zmieniać poglądy. Tym bardziej, gdy zmiana ta nie zachodzi stopniowo, tylko dostajesz nagle czarno na białym, że to, co do tej pory robiłeś było drogą do nikąd. Można wzorem klasyka rodzimej sceny politycznej zaklinać rzeczywistość i wmawiać, że „choć przegraliśmy to wygraliśmy” –  ale dzienniczek nie kłamie. Papiru nie oszukasz.

Są także przyjemne aspekty prowadzenia dzienniczka.
Gdy człowiekowi wydaje się, że nie idzie do przodu, że stagnacja i brak postępu;  zagląda w zapiski sprzed miesiąca i widzi, jak cieszył się z pierwszych podciągnięc nachwytem, jak nie był w stanie wykonać jednego Double Undersa, jak omijał sztangę niczym pies jeża. Patrzy w te zapiski, potem porównuje je z ostatnimi treningami i już wie, że całe to gadanie o braku postępów  to nic innego jak przerost ambicji nad możliwościami.
Nie ma żadnej stagnacji, wszystko idzie do przodu. Jest dobrze.

Rozum jest zawodny a papier nie kłamie – przewracasz stronę i widzisz, kiedy było mocno, kiedy było słabiej, kiedy poszło lepiej, kiedy gorzej. Masz wszystko jak na dłoni. Na wypadek, gdybyś cierpiał na przerost ambicji – zaglądasz dwa miesiące wstecz i widzisz, gdzie byłeś, gdzie jesteś – i jasne się staje, że przesadzasz, przeginasz. Robisz niepotrzebną napinkę, która niechybnie doprowadzi cię do stoczni remontowej.

Zatem HAU HAU – odszczekuję swoje punkowe poglądy na dzienniczki treningowe.
Odkurzam bajerancki notes i wracam do notowania.
Jak jeszcze zacznę z tych notatek wyciągać wnioski – będzie można odtrąbić sukces 😉

Reklamy

3 myśli na temat “I przynieś mi to z podpisem ojca!”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s