Wzgórze Płaczących Biegaczy

Za pierwszym razem nie wiedziałem, za drugim zapomniałem a za trzecim żona miała pojechać w delegację (a ja zostać z dzieckiem). Cóż –  widać najtrudniej jest wziąć udział w  imprezie, która odbywa się rzut kettlem od domu. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności delegacja się odwołała i mogłem wziąć udział w  trzeciej edycji Monte Kazura.

Od rana parówa. Kisiel w powietrzu, nie ma czym oddychać. Synoptycy zapowiadają burze. Pięknie, będziemy dymać w błocku – ale przecież od samego początku było wiadomo, że lekko nie będzie. Monte Kazura bardzo szybko wyrobiło sobie opinię Wzgórza Płaczących Biegaczy i każdy, kto się na bieg pisał wiedział, czym to pachnie. Więc co to za różnica, czy po błocie, czy nie – i tak będzie manto i tak.

Około 17:40 zaczęło lać, ale bez szału – jak na letnią burzę to taki sofcik lajcik. Czekam do 18:20 i wybiegam z domu. Niby chłodniej i słońce za chmurami, ale to nadal duszne 30 stopni. Lekkie truchtando na rozgrzewkę, przy kościele skręt w lewo, przyuważam busik otoczony grupką biegaczy  –  a więc to tu. Co ciekawe – błota ani grama. Szybka rejestracja, drużyna „dajesz ojciec”, chip w buta i nie wiem, jak Państwo, ale ja już mogę zaczynać.

monte_0

Jest nas może setka, ale po sylwetkach i koszulkach widać, że w zdecydowanej większości są to zaprawione biegowe harpagany. Organizator  mówi, że to już –  więc odliczamy od dziesięciu w dół i wio przed siebie.
Po-szli!

Co za cisza! Przywykłem do tego, że w trakcie biegów, przynajmniej na pierwszych metrach są śmichy-chichy, pogaduchy –  a tu cisza jak na pogrzebie. Słychać tylko miarowe oddechy. Ludzie wiedzą, co ich czeka, więc nikt nie marnuje oddechu na zbędne dyskusje. Cisza, skupienie i przygotowanie na najgorsze.

Już pierwszy podbieg pokazuje, że lekko to już było – na rozgrzewce. Teraz pora na danie główne – a zatem zbieg, podbieg, zbieg, podbieg, zbieg, podbieg, zbieg, po kurwa moje nogi dbieg, zbieg, podejście, łapczywie łapany oddech, świński truch, zbieg, podejście i… nie zgadniecie co –  znowu podbieg. Podejście znaczy się…

Planowałem pobiec na luzaku, ale na Monte Kazura nie istnieje coś takiego jak „luzak”.  Na luzaku to można niezobowiązującą dyszkę po Kabatach strzelić a nie non-stop dymać zbiegi i podbiegi. Już po kilku minutach, z trybu „ciut mocniejszy trening” przechodzę w tryb „byle się nie zarżnąć”. Jest ostro. Na podbiegach/podejściach wchodzę na 95% HR MAX, na zbiegach drobię niczym japonka, bo ostatnie, na co mam ochotę to ślizg po mokrej trawie. Jedyna chwila oddechu jest ma króciutkich, może stumetrowych płaskich odcinkach – wystarczy, by jako tako uspokoić oddech, ale za mało, by choć trochę odsapnąć.

Trzecie okrążenie sprowadza do parteru. Wszyscy w zasięgu wzroku podchodzą, mało kto odważa się na zbieg. Być może to kwestia tego, że lecę w ogonie i wszystkie harpagany już hen za górami za lasami, ale widać po ludziach, że Kazurka daje im się we znaki. Więcej w tym wszystkim chodu, niż biegu. Widać zmęczenie, widać walkę, słychać urywane oddechy.

Słychać też metę –  więc mimowolnie przyśpieszam. Tuż przed ostatnim zakrętem ktoś krzyczy „biegnij, liczy się każda sekunda!” Dzięki, ale nie dla mnie. Nie biegnę po wynik. Jeszcze tylko Slayer na mecie, spryskiwacz na głowę, bidon do dna  i ciach, pozamiatane.
Dobrze było. O jak dobrze…

Monte__1

Nie lubię piątek, bo to taki dystans ni przypiął ni wypiął. Ledwie się człowiek rozgrzeje  a to już po wszystkim. Monte Kazura to jednak zupełnie inna liga, to taka piątka, co spokojnie za piętnastkę robić może. Non stop zbiegi/podbiegi/zbiegi/podbiegi sprawiają, że już na pierwszym okrążeniu masz dość, na drugim płaczesz a na trzecim marzysz tylko o tym, żeby się skończyło. Zamieniasz się w kłębek bólu, tętno zbliża się do ściany –  ale gdy dobiegłem na metę, zamiast „nareszcie” pomyślałem sobie „Ale dobrze było”.
Tak, wiem, to nie jest normalne…

Na tle nudnych biegów po asfalcie (pozdrowienia dla półmaratonu BMW)  Monte Kazura wybija się jako nietypowy i BARDZO wymagający bieg. Kilkukrotnie przyszło mi do głowy skojarzenie z CrossFitem – tam też nie ma miejsca na oddech, też wszystko się zmienia co chwila i tak samo odczuwam perwersyjną radość z wycieńczenia.

monte_2

Było szybko, konkretnie i intensywnie. Bez lania wody, solidne manto od początku do końca
Kolejną edycję wpisuję w kalendarz i zaznaczam czerwonym flamastrem.
Nie dlatego, że jest to jakieś święto, tylko dlatego, że będzie bolało.
Już się nie mogę doczekać 🙂

Reklamy

4 myśli na temat “Wzgórze Płaczących Biegaczy”

  1. Pięknieśto Ojciec opisał!:) Kazurka nie zna pojęcia "na lajcie", tam nawet jak chcesz na spokojnie, to i tak się można zarżnąć.

    A ktoś, kto Ci krzyczał o sekundach się nie zna – w klasyfikacji końcowej liczą się trzy najlepsze miejsca w cyklu, a nie czas;) (aczkolwiek wiem, że nie o to Ci chodziło).

    Monte Kazura wymiata i nie ma co do tego żadnych wątpliwości:) Pozdro i do zob na kolejnej edycji!

    Polubienie

  2. Kto nie ma kondycji – ten nadrabia literacko 😉

    Kolejna edycja MK jest 3 dni przed Maratonem Wigry – nie wiem, czy to dobry pomysł tak dać sobie w kość tuż przed najważniejszym dla mnie startem w roku.

    Tak, czy owak, bieg prima sort 🙂

    Polubienie

  3. Świeżutki jak szczypiorek 🙂
    Co prawda na porannym treningu czułem nogi przy pistoletach, ale "pozatreningowo" to nic nie doskwiera.

    A propos krótkigo czasu i intensywności – to ma to sens – bo z jednej strony dajesz po garach ile wlezie, z drugiej zaś nie zajeżdżasz się "do zatarcia silnika", nie doprowadzasz do stanu, w którym mikrourazy mięśni są tak długie a zakwaszenie tak mocne, że organizm dochodzi do siebie przez kika dni.

    Podobna "metodologia" jest w crossFicie – ma być krótko i inensywnie. Masz się zarżnąć, ale nie uszkodzić.
    Pasuje mi takie podejście.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s