Być jak Fred Flintstone

Moje „przejście na dietę” odbyło się mimochodem, niemalże bezwiednie. Temat gdzieś tam sie w życiu przewijał, ponieważ żona, podobnie jak 99% kobiet jest na ciągłej diecie i siłą rzeczy z tymi jej dietami obcuję, ale nigdy nie traktowałem tego na poważnie –  bo przecież przy moich treningach mogę jeść co chcę. Nie przeszkadzało mi to w podpatrywaniu nawyków żywieniowych, próbowaniu dietetycznych potraw  –  ale zawsze było to bardziej z ciekawości, niż w jakimś konkretnym celu.

Zgodnie z zasadą że „kropla drąży skałę” nasiąkałem tymi podpatrzonymi daniami, nawykami, próbowałem rzeczy, które przez większość życia omijałem szerokim łukiem (brokuł)  i jakoś tak nieświadomie dryfowałem w stronę zdrowszego żarcia. Rzecz jasna, miałem swoje przyjemne grzeszki – burgery, pizze i browarki, ale już sam fakt, że ludzie z którymi pracowałem zwracali uwagę że „chyba jestem na diecie” świadczy o tym, że mój jadłospis nie był typowy.

Modna w CrossFicie dieta paleo zawsze mnie odrzucała, nie tyle ze względu na swoje założenia, ile na fakt, że była modna – a ja od mody uciekam. Odrzucała tak przez rok, ale gdy nadarzyła się okazja pójść na spotkanie z ludźmi prowadzącymi paleo-bloga BarbellKitchen stwierdziłem „a czemu nie”? Pójdę, dowiem się czegoś więcej. Skoro jestem na anty to niech chociaż mam ku temu sensowne powody a nie tylko głupie uprzedzenia.
I poszedłem.

LegalCakes

Spotkanie, tak jak przewidywałem, nie sprawiło, że przywdziałem skórę z lamparta i pobiegłem polować na mamuta, było natomiast punktem zwrotnym  w podejściu do żywienia. Nastawienie, które we mnie dojrzewało osiągnęło punkt zwrotny i potrzebny był tylko „zwrotnicowy”, który tę wajchę przestawi. Zaszczyt ten przypadł jednak nie ludziom z BarbellKitchen, ale bananowym batonom od LegalCakes. Zajadając się nimi pomyślałem „No dobra, skoro zdrowe żarcie może być TAK PYSZNE, to dam sobie szansę, spróbuję odstawić chamskie cukry, chleb i makarony. Białka całego nie wywalę –  ale to nie kłopot  – przecież nie muszę być hardkorowym ortodoksem. Nie muszę robić rewolucji. Nic nie muszę. Chcę. Po prostu chcę spróbować”.

sniadanie_2

Pierwsza trwożna myśl dopadła mnie jeszcze w trakcie drogi do domu: „To co ja teraz będę jadł”? Przecież moje standardowe śniadanie to opakowanie twarogu + dżem i kawa. Poza tym dobre pieczywo z mozarellą – jak miałbym sobie tego odmówić? I co ja będę nosił do pracy, skoro pieczywo (a więc kanapki)  odpada? No i obiady – makaron ze szpinakiem, z mięsem, z warzywami, z czym popadnie. Jak się tym najeść, gdy zamiast makaronu zostaje sam „dodatek”? Ilekroć myślałem o paleo, pytania te sprowadzały mnie na ziemię. Nie, tak nie da się –  mówiłem do siebie –  ale gdzieś tam z tyłu głowy jakiś głos podszeptywał: „Jak się nie da, skoro ludzie tak żyją? Musi się dać, tylko trzeba na to znaleźć sposób. Nie ma , że się nie da – szukasz wykrętów stary”.

Zamiast szukać wykrętów postanowiłem szukać przepisów. Niestety, internet jest zawalony przepisami typu „smoothie ze szpinakiem” i innymi cudami, które w moim jadłospisie kwalifikują się co najwyżej na przekąskę. Sorry, ale to nie dla mnie. Ja muszę zjeść. Kocham zjeść i nie będę się katował szejkiem z brokuła. Nie mam też czasu na sterczenie nad garami i żonglowanie fikuśnymi przyprawami. Ja mam pracę, rodzinę, obowiązki. Ja chcę żyć a nie sterczeć uwiązany do kuchenki.

cevapy_1

Punktem przełomowym było natknięcie się na książkę „Well Fed. Biła z niej taka pozytywna energia, taka radość pichcenia oraz, przede wszystkim, tak zdroworozsądkowe podejście do gotowania, że zupełnie nieświadomie dałem się jej ponieść i postanowiłem dać sobie szansę. Nagle oswoiłem się z myślą, że przez pierwsze tygodnie będę spędzał masę czasu w  kuchni –  bo to normalne, zanim nie opracuje się schematu działania, nie zacznie przygotowywać jedzenia „na zaś”, nie wpadnie w rytm.

Dużo pomogło potraktowanie kuchni jako elementu treningowego . Skoro poświęcam po 2-3 godziny na dojazdy i ćwiczenia, dlaczego miałbym mieć problem z poświęceniem godzinki na ugotowanie czegoś smacznego i zdrowego. Przecież to równie ważne, jak wylewanie potu w boxie! Praktyka pokazała dobitnie, że nawet najbardziej mordercze treningi są niczym bez odpowiedniego jedzenia, bo nie da się lać ruskiej ropy do porszaka.
Po prostu.

Cevapy_02

No dobrze, ale skąd na to wszystko wziąć czas?
To akurat okazało się najprostsze. Mając wiele rzeczy do zrobienia rychło odkryłem dziury, przez które, zazwyczaj niezauważenie, przelewały mi się dni. A tu trzeba odpocząć  po pracy, a tu do netu zajrzeć, a tu coś w TV, a tu jeszcze coś. Wygospodarowanie dodatkowej godziny okazało się prostsze, niż myślałem – zwyczajnie przestałem marnotrawić czas na pierdoły i brałem się za konkrety. Owszem, czułem się trochę bardziej zmęczony, ale miałem poczucie, że robię coś konkretnego, dodatkowy trening „na żołądek”, a przede wszystkim miałem świadomość, że z czasem to minie; że to ogarnę, zorganizuję i będzie czas na złapanie oddechu.

warzywa

Ale nie oszukujmy się, zdrowe żarcie to nie jest zabawa w kosi-łapci. Dwa kursy zakupowe w weekend, długie godziny spędzane przy kuchni, planowanie, szykowanie, robienia rozpiski co na jaki dzień –  wszystko to zajmuje sporo czasu i jest dość męczące. Z drugiej strony, taka jest cena zrobienia dla siebie czegoś extra. Owszem, szybciej jest zjeść kanapkę, drożdżówkę, pieroga, czy innego gotowca – ale to są rzeczy „niekoszerne”, pełne ukrytych węgli, cukru i licho wie czego. Żyłem w ten sposób i nie zdało to egzaminu.
Decydując się na dietę, wchodzisz na drogę wyrzeczeń –  bo taka jest istota diety. Robisz coś extra a „extra” wymaga extra poświęcenia. Z czasem da się do tego przywyknąć, ale początkowo albo głodujesz, albo stoisz przy garach. Możesz też wrócić do starych sprawdzonych nawyków, ale wówczas nie oczekuj extra efektów.
To jest tak proste, ze aż banalne –  chcesz extra efektów? Włóż extra wysiłek!

ILE TO KOSZTUJE?

No cóż… Kłamał nie będę. Wydatki na żarcie wzrosły mi o 50% Rybka, mięsko, fikuśne warzywa –  wszystko to kosztuje a ponieważ z jadłospisu wypadają wszystkie najpopularniejsze zapychacze (a głodzenie się nie wchodzi w rachubę) trzeba czymś dojeść. Owszem, można sobie dołożyć warzyw, ale jeśli ktoś jest w stanie najeść się warzywami to… Mogę tylko pozazdrościć.

Paleo to droga impreza ponieważ odrzuca zapychacze. Chleb, produkty zbożowe to są produkty relatywnie tanie i powszechnie stosowne jako punkt wyjściowy do większości zjadanych posiłków. Odrzuciwszy je trzeba się sporo nagimnastykować i wykosztować, by nie wstawać od stołu z poczuciem głodu. Żarcie nie jest tanie, ale podchodzę do niego na zasadzie „to jest moje coś extra. Nie palę papierosów, nie piję drinków po klubach – moją używką jest dobre papu”.  Rzecz jasna oszukuję  tu i tam, bo zjadam nabiał, dobrą fasolką nie pogardzę, ale mimo tego, zmiana żywienia daje po kieszeni.

karkowka

O ile pierwsze zakupy były sporym szokiem, bo wydałem furę kasy i trochę się obawiałem,  jak  dam radę na dłuższą metę, o tyle drugie poszły łatwiej a trzecie już w ogóle bez ekscytacji. Już wiedziałem, że nie potrzebuję AŻ TAKIEJ fury jedzenia. Wiedziałem ile i czego zjadam, jakie mam łaknienie, co mi smakuje. Nadal wydawałem więcej, niż przed przejściem na dietę, ale nie były to już sumy, które kazałyby kwestionować sens całej akcji.

Logistyka

Pewnym utrudnieniem była konieczność gotowania „na zapas” i noszenie do pracy posiłków na cały dzień. Szczególnie w dni treningowe, gdy poza pojemnikami z jedzeniem nosiłem jeszcze  buty, ciuchy, ręcznik, kosmetyki, skakankę i wszystko inne, co przyda się na i po treningu.
Chwilami zastanawiałem się, czy nie spakować tego w torbę podróżną…

Przygotowywanie jedzenia stało się  jednym z ważniejszych zadań na weekend. Najpierw zakupy, kilka godzin przy garach, potem upychanie tego po lodówce. Z jednej strony było to czasochłonne, z drugiej zaś  mając naszykowane w weekend „półprodukty „, zrobienie pysznego i urozmaiconego posiłku wymagało wyciągnięcia ich z lodówki, podgrzania –  i voila! Trwało to Niemal tyle samo, co zrobienie kanapki.

Z jedzeniem, podobnie jak z zakupami, ogarnąłem się już po dwóch tygodniach. Wiedziałem ile czego pakować, jak to upchać w torbie itd. Owszem, było to bardziej upierdliwe niż dotychczasowe robienie kanapek, ale efekty mi to wynagradzały.

Duże zmiany

Największą i najbardziej zaskakującą zmianą była zmiana łaknienia. Do tej pory śniadanie jadłem o 6:30 rano (zazwyczaj był to twaróg z dżemem/miodem + kubek kawy) i wystarczało mi ono do dziesiątej, kiedy to pojawiało się uczucie głodu. Uczucie, którego nijak nie dało się przepędzić, po prostu MUSIAŁEM coś zjeść (najczęściej była to kanapka z palucha albo bułki z ziarnami, bagietka czosnkowa –  ogólnie rzecz biorąc pieczywo). Przekąska ta wystarczała mi na ok 2 godziny, potem był obiad, po 2-3 znowu coś i tak dalej do wieczora.

jajecznica_z_boczkiem_i_cukinia

Na diecie, moje klasyczne śniadanie składało się z dwóch jaj, smażonej cukinii i boczku (cukinię i boczek smażyłem hurtowo w trakcie weekendu, więc w tygodniu wystarczyło to podgrzać na patelni) a do tego kawa ze sporą ilością tłustego mleka kokosowego. Po posiłkach węglowych często czułem niedosyt, takie dziwne ssanie – niby się najadłem po uszy, ale jeszcze coś bym zjadł . Po paleo-jajecznicy byłem syty, nie chciało mi się więcej jeść, nie węszyłem, czym by tu dobić. Zniknęło to dziwne uczucie głodu po posiłku.
Uczucie sytości, zamiast do dziesiątej, utrzymywało się do jedenastej, czasem później ,zaś głód, który się wówczas pojawiał nie był dotychczasowym głodem „muszę coś zeżreć bo oszaleję” –  mogłem go spokojnie przetrzymać godzinkę, czy dłużej (bo akurat jakieś spotkanie, czy telekonferencja wypadła).

Zmiana sposobu łaknienia, sam fakt, że mogłem je bez problemu kontrolować, dała mi mocno do myślenia, jak bardzo produkty węglowe uzależniają. Wystarczyło je odstawić, bym zrobił się bardziej „opanowany”, był w stanie „dogadać się” ze swoim głodem w nie być jego ślepym niewolnikiem.

melon_kiwi

Moją główną obawa związaną z odstawieniem węgli była energia do treningów –  czy dam radę, czy będę miał paliwo, czym uzupełnię glikogen? Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że po odstawieniu węgli nic nie zmieniło. Tryb życia miałem ten sam, treningi tak samo wymagające jak dotychczas a energii… tyle samo co wcześniej ( a chyba nawet nieco więcej, skoro głód przychodził później i byłem w stanie go kontrolować). Wcześniej węgle przed/po treningu były opcją obowiązkową, wydawało mi się, że bez nich nie dam rady – po czym nagle zamiast węgli zacząłem popijać wodę, po treningu zamiast bananów jadłem orzechy, twaróg, czy białkowego szejka  i pięknie się regenerowałem, energii mi nie brakło, wszystko było tak, jak przedtem.
Mogłem cisnąć ile dusza zapragnie.

jezyna

Kiedyś, gdy miałem ochotę na coś słodkiego, musiało to być naprawdę słodkie. Nie było mowy o zadowoleniu się jabłkiem, czy owocem -chyba, że mówimy o suszonych figach, daktylach, morelach itd.  Żeby opędzić ochotę na słodkie musiałem zjeść tego ładnych parę sztuk, co było pięknym węglowym „strzałem w kolano”, bo zanim do mózgu dotarło,  „że to już” organizm przyjął całą furę węgli, których nie potrzebował/nie był w stanie przerobić.

Po przejściu na  paleo bardzo szybko okazało się, że zupełnie wystarcza mi cukier przyjmowany w owocach. Zniknęła potrzeba „dobicia się po posiłku”, czy nagłe ssanie na słodkie. Zamiast garści fig zjadałem jedną, max dwie  i miałem dość. Stoisko z ciastami drożdżowymi (moja wielka słabość) mogłem omijać, może nie obojętnie, ale dużym spokojem i przede wszystkim nie czułem nagłej potrzeby kupienia sobie czegoś słodkiego.
To było coś niespotykanego

Kolejną pozytywną zmianą było odkrycie radości z gotowania. W czasach kawalerskich gotowałem sporo i całkiem nieźle mi to wychodziło, z czasem jednak władzę w kuchni przejęła małżonka a ponieważ pichci cuda w rondlach to za specjalnie nie protestowałem. I nagle  –  buch – po ośmiu latach wróciłem do kuchni. Uzbrojony w książkę „Well Fed”  maksymę „nie możesz nic spieprzyć, co najwyżej nie będzie tak smaczne, jak tego oczekujesz” zacząłem przygotowywać sobie obiady, które smakowały ZA-JE-BI-ŚCIE. Jaką ja miałem z tego satysfakcję! Roboty było co prawda huk i czasem miałem już dość tego koczowania przy kuchence, ale obiady, które odgrzewałem sobie w pracy rekompensowały cały ten trud. Jedzenie stało się małym świętem i powodem do dumy – robiłem coś zajebiście i zbierałem tego owoce.

pom_grape

Luz w spodniach zacząłem odczuwać już drugiego, czy trzeciego dnia. Po tygodniu waga pokazała dwa kilo mniej. W tym samym czasie zacząłem zauważać zmiany w sylwetce – mój odstający brzuch zaczął odstawać jakby mniej. Zauważalnie mniej. Z przyjemnością zacząłem przyglądać się sobie po wyjściu spod prysznica

Główną przyczyną „znikniętego brzucha” było przestawienie się na energię tłuszczową. Ponieważ jadłem mniejsze posiłki, mniej rozpychałem żołądek. Ponieważ jadłem mniej węgli, prowokowałem dużo mniejsze wyrzuty insuliny, która odpowiada za zamianę cukru w sadło. Ponieważ nie miałem energii z cukru, czerpałem ją z tego, co jadłem oraz tego, co nosiłem na sobie. Koniec końców udało mi się coś, czego nie byłem w stanie osiągnąć przez ostatnie osiem lat!

Jak z tą rewolucją odnaleźć  się w kuchni?

Ponieważ chleb  jest bazą i/lub dodatkiem do większości rzeczy, które jemy, pierwszym i zasadniczym krokiem jest znalezienie zamiennika. Latem jest to banalne, ponieważ przy takiej obfitości warzyw, jaką mamy na bazarach każdy znajdzie coś dla siebie. Cukinia, kalafior, kapusta, brokuł, fasolka – jest tego całe mnóstwo. Wystarczy kupić tego kilogram, usmażyć/upiec/ugotować i wyjąć z lodówki do posiłku. Druga rzecz to „wkładka mięsna” – tu świetnie spisuje się boczek, który upieczony może służyć zarówno do podjadania, jak też jako baza do jajecznicy. Mając te dwa „półprodukty” (warzywa i mięso) zrobienie wypasionego śniadania trwało u mnie dokładnie tyle samo, ile przed przejściem na dietę. Wrzucałem nieco masła na patelnię, na to kilka plastrów boczku, dwa jajka, warzywa i po pięciu minutach miałem posiłek, który nie dość, że przeganiał głód na 5-6 godzin to jeszcze nie zostawiał z uczuciem niedosytu albo, co gorsza, niedojedzenia.

mielone

Drugim filarem diety była Kuloodporna Kawa w wersji zmodyfikowanej. Zamiast masła używałem do niej mleka kokosowego, które w lodówce nabiera konsystencji gęstego budyniu i jest tak pyszne, że można je wciągać łyżkami. Kopiasta łyżeczka takiego mleka do kawy, do tego jajecznica i zjadłszy posiłek o 6-6.30 czułem się najedzony do godziny minimum jedenastej.

W ramach przekąski zjadałem garść orzechów (fistaszki w  lidlu są w zazwyczaj w jakiejś śmiesznej cenie). Taka garść, jeśli tylko dałem organizmowi kwadrans, aby do mózgu dotarła informacja o przyjętych kaloriach, „kupowała mi” dwie godziny spokoju oraz, co nie bez znaczenia, dostarczała zdrowych tłuszczy, z których brałem energię.

Gdy miałem ochotę „zrobić sobie dobrze” wrzucałem garść owoców do jogurtu greckiego, albo robiłem owocowego szejka. Grejpfrut z pomarańczą, melon z kiwi i limonką – przy obecnych cenach cytrusów w marketach można kombinować do upadłego. Owszem, to nadal cukier, czyli zło i szatan wcielony, ale w porównaniu  z takim batonikiem czekoladowym wypada jak rodzime licho Boruta w zestawieniu z belzebubem – coś tam spsoci ale wielkiej szkody nie zrobi.

Bilans

Generalnie rzecz biorąc, po trzech tygodniach przestałem zauważać, że coś się zmieniło. Przygotowywanie posiłków przestało być problemem a zaczęło być przyjemnością. Czas, który musiałem na to poświęcić przestałem postrzegać jako „extra wydatek” – być może dlatego, że doszedłem  tym do takiej wprawy, że trwało to niewiele dłużej, niż kiedyś. Szybko na uczyłem się „myśleć bezchlebowo” a pokusy przestały być tak kuszące.
Ustabilizowało się.

Skłamałbym mówiąc, że paleo to dieta idealna, która rozwiązała wszystkie moje problemy; że teraz mogę ćwiczyć jak buldożer i wyglądam jak Apollo. Nie, takich cudów nie ma. Są natomiast 3kg mniej,  lepsza sylwetka, uregulowane uczucie głodu i bardzo smaczne posiłki, których przygotowywanie sprawia mi sporą frajdę. Na pewno wydaję więcej na jedzenie; z drugiej strony jednak odpadły mi wydatki na alkohol i słodycze – więc można powiedzieć, że z torbami mnie paleo nie puściło 😉

Eksperyment (nomen omen) pierwotnie zakładany na cztery tygodnie awansował na zmianę permanentną. Przywykłem do niego i dobrze mi z nim.
Niech więc zostanie  – a ja zostanę nieortodoksyjnym jaskiniowcem.

Reklamy

4 thoughts on “Być jak Fred Flintstone”

  1. Bardzo fajny artykuł, jak cały blog zresztą. Zainteresowała mnie książka „Well Fed”, ale powiedz Ojcze czy są w niej przepisy ze składnikami, które można dostać w polskich sklepach? Pytam, bo różnie bywa w zagranicznych książkach kucharskich.

    Polubienie

    1. „well Fed”polecam z całego serca. 80% składników można dostać na bazarku a resztę można pominąć albo podmienić i też będzie super.
      Najważniejsza książka kucharska mojego życia!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s