Kto rano wstaje ten rano trenuje

Wielu znajomych dziwi się, jak mogę wstawać na treningi o piątej rano. Dla wielu z nich pobudka o takiej porze to zachowanie zgoła niehumanitarne. Normalny człowiek nie wstaje o takiej porze, normalny człowiek śpi.
To prawda, ale ja nie jestem normalny 😉

Żeby człowiek zaczął cokolwiek ze sobą robić musi mu się najpierw chcieć. Jeśli się nie chce –  to nie ma co się na siłę zmuszać, bo nic z tego nie wyjdzie. Nie chce ci się? Nie masz motywacji? Nie czujesz wewnętrznego imperatywu? To daruj sobie.
Gdy miałem nawał obowiązków a zależało mi na porannym wybieganiu, organizm sam się budził między 4.30 a 5 rano. Bez budzika. Otwierałem oczy (z  trudem, a i owszem) ubierałem się i wychodziłem. Nikt mnie nie musiał do tego zmuszać i motywować – po prostu chciałem – chciałem tak bardzo, że organizm podświadomie budził się o właściwej porze. Wiem więc, że się da –  wszystko jest kwestią tego, jak bardzo ci się chce.

Załóżmy jednak, że ci się chce , tylko nie wiesz jak się za to zabrać. Chciałbyś ćwiczyć, ale masz tak ułożone życie, że w grę wchodzą tylko treningi bladym rankiem.  No, może nie takim znowu bladym, bo wracasz z pracy, kumple, piwko, telewizor, komputer – i tak cię jakoś druga w nocy zastaje. Na myśl o pobudce o piątej dostajesz drgawek –  i słusznie –  bo z treningu po trzech godzinach snu i tak nic dobrego nie wyjdzie.
Chciałbyś się przełamać, ale nie  wiesz jak?
Oto moja propozycja.

Wstań 20 minut wcześniej niż zwykle –  tyle chyba dasz radę.
Tak, wiem że twój zwyczajowy trening trwa dłużej niż 20 minut, ale tym razem potrwa kwadrans. Zanim dotrze do ciebie co robisz, migusiem (czyli na głodniaka i zombiaka) ubierasz się i wychodzisz z domu. Bez zastanowienia i rozgrzewki zaczynasz truchtać i truchtasz jak najdalej od domu. Półprzytomny, niekumaty –  to nieważne – ważne aby truchtać. Truchtasz tak 7-10 minut po czym zawracasz do domu.
Może ci sie wydawać, że to strata czasu a nie trening – ja uważam inaczej. Właśnie pokonałeś swojego lenia –  i to tego najsilniejszego, bo porannego. Może nie zrobiłeś zakładanych kilometrów, ale siłą charakteru ustanowiłeś nowy rekord. Pokazałeś sobie, że możesz, że dasz radę. Złamałeś pierwszą barierę.

Następnego dnia zrób to samo, tylko wstań 25 minut wcześniej i odbiegnij nieco dalej. Trzeciego zrób pół godziny. Nie myśl o dystansach i wynikach. Najbliższe dwa tygodnie będziesz ćwiczyć siłę woli, która, powie ci to każdy biegacz, jest równie ważna jak siła nóg. Dzięki nogom robisz treningi a siłą woli ustalasz rekordy – czyli dokładnie to, co robiłeś przez ostatnie kilka dni. Przecież zazwyczaj masz problem ze wstaniem z łóżka –  a tu proszę, robisz półgodzinne poranne treningi. Potruchtać wieczorem to każdy potrafi,  a ilu znasz ludzi, którzy jak ty zrywają się bladym świtem?
Otóż to – witamy w gronie kozaków!

Kluczem do porannego biegania jest… poranne wstawanie. Niestety, inaczej się nie da. Pierwsze dwa tygodnie mogą być torturą, ale z czasem zaczniesz się do tego przyzwyczajać oraz… chodzić wcześniej spać. Organizm to takie sprytne bydlę, że szybko zaadaptuje się do nowego trybu życia i zacznie gasić światło wcześniej, skutkiem czego będziesz spać tyle samo, co do tej pory (czyli będziesz się wysypiać)

Przestawienie się na poranne treningi, poza początkowym bólem wstawania ma kilka, moim zdaniem olbrzymich zalet.

  • Im wcześniej wstajesz tym więcej masz czasu. Owszem, przewracanie się z boku na bok jest fajne, ale potem nie narzekaj, że z czymś nie zdążasz. Chcesz mieć więcej czasu – przestań go marnotrawić. Chcesz zrobić trening –  idź go zrób –  a potem nie przejmuj się tym, że coś w robocie wypadło, czy znajomi na piwko zapraszają. Ty swój trening już odhaczyłeś; ty już możesz.
  • Po porannym treningu wracasz obudzony i pełen energii. To bez znaczenia, że wyszedłeś głodny, ćwierćprzytomny i truchtałeś potykając się o własne nogi. Organizm dostał rozruchowego kopa, krew zaczęła szybciej krążyć, pobudziłeś ciało do funkcjonowania i, co najważniejsze, zrobiłeś to bez trucia go kofeiną czy innym syfem.
  • Rozpędzony organizm to rozpędzony metabolizm,  a  rozpędzony metabolizm –  teraz uważaj – spala sadło nawet wtedy, gdy przestałeś ćwiczyć. Tak, Tak! Dałeś ciału kopa, postawiłeś w stan alarmowy i teraz ta rozpędzona maszyneria działa w trybie turbo (i w takim też trybie spala). Masz ochotę na kawałek ciacha? Teraz jest na to idealnym moment. Nawet jak wciągniesz za dużo, to przed tobą jest cały dzień – spokojnie to wszystko przepalisz.
  • Biegając na głodniaka i zombiaka oswajasz organizm z dyskomfortem. Nie takim na pół gwizdka,  ale z solidnym hardkorem.  Jesteś głodny, nieprzytomny i  wyciskasz z siebie energię, której (teoretycznie) nie masz. W ten sposób budujesz swoją siłę woli oraz zdolność do pracy w mega niesprzyjających warunkach, co bardzo przydaje się w trakcie startów. Teraz pewnie jeszcze nie myślisz o maratonie, czy nawet połówce, ale uwierz mi, zwróci ci się to, gdy zechcesz pobiec choćby pierwszą w życiu dychę.
  • Poranne bieganie reguluje działanie organizmu. Wysiłek to dla organizmu sytuacja stresująca, więc nie zdziw się, jak już w trakcie biegu poczujesz ciśnienie na zwieracz. Wystraszony organizm będzie próbował pozbyć się zbędnego balastu, ale wytrzymasz. Wytrzymasz bo musisz. A potem zdziwisz się, że nawet w dni beztrenningowe, będziesz odwiedzać kibelek z dokładnością co do kwadransa 😉

Kluczem do porannego wstawania jest wczesne chodzenie spać. W tej kwestii jestem przypadkiem specjalnym, bo śpiący robię się już w okolicach 22giej. Ktoś może powiedzieć, że o tej porze to się dopiero życie zaczyna, że dopiero człowiek ma chwilę dla siebie, obowiązki ogarnął, oddech złapał –  ale mnie to nie przekonuje. Obowiązków mam tyle, co każdy dzieciaty facet: dziecko zaprowadzić do przedszkola, potem praca, czasem przyprowadzić, nakarmić, wykąpać, bajkę przeczytać, dom ogarnąć. Wydaje się tego dużo, ale zazwyczaj w okolicach 19tej, max 20tej wszystko jest już zrobione i pozamiatane. Pozostają 2-3 godziny wolnego i, prawdę mówiąc, więcej nie potrzebuję. Wystarcza mi tego na treningi i wszystkie pozasportowe aktywności. Mam czas na wszystko.

Siedzenie do późna w nocy jest u mnie, poza względami rodzinnymi, niemożliwe z tego prostego powodu, że po wieczornym treningu nie mam siły na nocne posiadówki. Po prostu. Jestem tak zmordowany, że robię, co mam do zrobienia i 22-23 odmeldowuję się.
Jeśli zatem jesteś typem nocnego Marka, który zarywa nocki i nie umie przejść w „dzienny” tryb funkcjonowania, daj sobie w dupę na wieczornym treningu – ale tak oporowo, żeby do domu wracać na oparach. Po godzinie, dwóch, gdy opadnie adrenalina odmeldujesz się jak niemowlę i jak niemowlę spać będziesz do rana. Dwa dni później (daj sobie czas na regenerację) powtórz to samo, potem  znowu i znowu –  aż w końcu sam z siebie zaczniesz czuć senność  przed północą.

Jak mawia (bardzo mądre) powiedzenie: Chcący szuka sposobów a nie chcący powodów.
Sposób już znasz   – teraz musisz tylko chcieć.

Na przełaj i na wariata – Maraton Wigry 2014

Chwieję się. Antypoślizgowe wypustki w podłodze kabiny maltretują obolałe stopy. Opieram się o ścianę i powoli schylam rozprostowując gnaty w biodrach. Niemal słyszę, jak wszystko trzeszczy w szwach. Powolutku, spokojnie –  głupio byłoby coś sobie naderwać po maratonie, pod prysznicem.

Pszeniczne piwo musuje na podniebieniu. Siadam, zamykam oczy, czuję jak odpuszczają napuchnięte mięśnie. Wiem, że nie powinienem, że będzie problem ze wstawaniem – ale to akurat najmniej nierozsądna rzecz, jaką dziś zrobiłem – więc wrzucam ją w koszta i bagatelizuję. Biorę kolejny łyk.

piwo_na_mecie

Ostatnie kilkaset metrów. Już czuję metę, słyszę ją, pamiętam gdzie była w zeszłym roku i  wiem, ile kroków mnie od niej dzieli. Normalnie wyrwałbym ile sił w nogach, ale nie tym razem. Tym razem pilnuję się, by biec spokojnie i miarowo. Każde mocniejsze zerwanie może być  fatalne w skutkach.
Byle spokojnie. Byle do mety. To już naprawdę ostatnie sekundy.

Jeszcze trzy i pół kilometra. W ostateczności przejdziesz to, ale na razie biegnij. Truchtaj ojciec, spokojnie, miarowo, masz swoje tempo i się go trzymaj. Nie myśl o bólu, bo  wtedy boli jeszcze bardziej. Skup się na rytmie, chwyć go i trzymaj się. I nie patrz na zegarek, po prostu rób swoje.

Igrasz z losem. Dobrze wiesz, że to nie jest zwyczajny ból. To jest ból z przemęczenia, sygnał alarmowy pt „w każdej chwili coś się może urwać”. Wyjący silnik i czerwona kreska na obrotomierzu. Przejdź w marsz, choć na 200-300 metrów. Daj nogom odsapnąć i zaraz pobiegniesz dalej. To przecież bez różnicy czy przybiegniesz poniżej 4:30, czy w okolicach piątki. Ważne abyś dobiegł w jednym kawałku.

PK

Wiesz, że w każdej chwili możesz zejść? No wiesz, z trasy. Po prostu doczłap się do najbliższego punktu kontrolnego i powiedz, że wysiadasz. Nikt nie będzie miał Ci tego za złe, nikt słowa nie powie. To normalne, że na maratonie ktoś nie dobiega, kończy za wcześnie. Tak, tak, opowiadaj, że przedwczesny finisz dobry jest dla nagrzanych gimnazjalistów; zbywaj żartem i unoś się dumą.
Że właśnie zaczyna się najpiękniejszy etap trasy? Że na to czekałeś? Że szkoda?
W porządku –  dorosły jesteś –  twój wybór…

Znasz ten ból. Rok temu też tak bolało i tak samo ignorowałeś. Przypomnij sobie, głupi, czym się to skończyło. Tak, wiem, im szybciej dobiegniesz tym szybciej przestanie boleć. Opowiadaj, lubię takie historie. Adrenalina i dusza fajtera. I rozsądek dla mięczaków. Kogo ty próbujesz oszukiwać? Zwolnij chłopaku, choć pod górkę – za wiele nie ugrasz a stracić możesz wszystko. Nie napinaj się, przecież nie gonisz po złote kalesony…

Dobra, skończyły się żarty – od tej pory marsz albo truchtando.  27,5km to i tak niezły wynik. Ile ty nabiegałeś w tym roku? Będzie ze dwie stówki? Chyba w porywach! A przecież tyle to się powinno w skali miesiąca robić! A ile długich wybiegań zaliczyłeś? Dwa –  jedno w maju i jedno w lipcu; dwa półmaratony, parę dyszek z okładem, trochę podbiegów… I tak jest lepiej, niż się spodziewałeś, więc przyjmij to, co jest i od tej chwili z pokorą, ostrożnie. Pamiętaj o nagrodzie, która czeka ostatniego na mecie…

krajobraz

Zaskakująco dobrze. Dwudziesty piąty kilometr a w nogach para jak na starcie. Na punkcie izo, poprawka szarlotką i powoli w las. Metodycznie doganiam tych, którzy przede mną wybiegli z punktu. Niby bez napinki, ale mile łechce świadomość, że to ja ścigam a nie mnie ścigają. Niby bez ambicji, ale chwilami w okolicach 5min/km. Rok temu już tu umierałem, dziś gnam jak dziki wieprzek. Jest radość, jest moc, jest wcale nie taka mała satysfakcja.

krajobraz_2

„Zupełnie po panu nie widać zmęczenia! No to jest kondycja” – zagaja mężczyzna na bodaj dwudziestym kilometrze. Dziękuję i odpowiadam, że na tym etapie to jeszcze każdy ma kondycję. Jakby dla podkreślenia tych słów mija nas siwy facet, na oko po pięćdziesiątce. Nawet nie przystanął po wodę – po prostu pruł swoim tempem. „O, to jest kondycja” – odpowiadam strażnikowi leśnemu i dojadam resztki czekolady.

garnek

W okolicach miejsca, w którym rok temu stał „społeczny punkt z wodą” rozlega się hałas. Hałas przez duże „H” –  jakby  ktoś walił chochlą w pusty garnek. Podbiegam i gęba sama mi się śmieje – kilkuletnie dzieciaki walą łyżkami w pusty sagan, dziadkowie grzechoczą wypełnionymi kamieniami puszkami po piwie a rodzice rozlewają wodę. Jest głośno, jest serdecznie, jest zimna woda i ścisk krtani. Choćby dla tej jednej chwili warto było biec 17,5km. Rok temu tu zaczynałem kryzys, dziś dostaję takiego kopa, że mógłbym asfalt nogami zwijać –  ale nie zwijam, bo trasa akurat wiedzie szutrówką  😉

Drugi punkt kontrolny. Wyciągam wazelinę i smaruję okolice kostek. Potem czekolada. Ważne, aby nie pomylić kolejności bo można się niemile zaskoczyć. A potem szarlotka (MEGA!) izo i piknięcie pomiaru czasu. Pięknie mi się biegnie. Są pola, są lasy, są brzegi jeziora i pasące się konie. Nawet deszczyk/kapuśniaczek przez chwilę był dla ochłody. Jest cisza, spokój i samotne połykanie kilometrów. Medytacja w ruchu…

las_1

Pierwszy punkt. Rok temu tu poznałem Darka, z którym leciałem przez resztę trasy. W tym roku jakoś nie mogę się nigdzie zaczepić. Mam swój rytm, swoje tempo, wszystko jakoś „samo się robi” i do niczego innego nie pasuje. Widać tak ma być –  więc  biegnę, rozglądam się i raz po raz przystaję by zrobić zdjęcie. Za godzinę  telefon  zaparuje i zamiast zdjęć będą impresjonistyczne pocztówki –  ale to dopiero za godzinę. Na razie biegnę i cieszę się tym, co jest.

pierwsze_km

Deja-vu.
Dokładnie tak samo, jak przed rokiem stajemy na tyłach klasztoru Kamedułów. Tak samo jak przed rokiem start zupełnie nie przypomina startu a już na pewno nie tego znanego z wielkich ulicznych biegów. Tak samo jak przed rokiem jest swojsko i kameralnie – bardziej przypomina to spotkanie znajomych, niż start maratonu. A potem ustawiamy się, odliczamy i lecimy…


 

Wigier czekałem jak dzieciak gwiazdki. Z jednej strony ogromna podjarka, bo to bezapelacyjnie moja ulubiona impreza biegowa, z drugiej zaś trochę strach, bo kompletnie zlekceważyłem przygotowania i nie wiedziałem, czy nie skończy się to powrotem na tarczy. No ale nie po to wygrałem w zeszłym roku pakiet startowy z numerem „1” żeby teraz się zastanawiać i dzielić włos na czworo. Wigry to Wigry – obecność obowiązkowa i koniec!

Tak, jak w zeszłym roku, tak też i w tym zachwycił mnie kulinarnie. Świeżutki kartacz, soczewiak, babka ziemniaczana – cuda z ziemniaka i delicje dla podniebienia. Na pohybel makaronom! Do tego ME-GA szarlotka na punktach odżywczych, regeneracyjny chłodnik, który, pardon my french, urywał dupę przy samych kolanach. Pewnie znalazł się ktoś, kto marudził ( bo zawsze się znajdzie), ale w mój smak organizatorzy utrafili idealnie. Obżarłem się jak bąk 🙂

Na pierwszy rzut oka widać było, że przybyło wolontariuszy, sponsorów, pomocników (nawet chipy jednorazowe były 😉 ) – znaczy się impreza nabiera kolorów, ludzie zaczynają traktować ją poważniej, chcą się do niej dołożyć, pomóc – i to jest super sprawa. Bez tych wszystkich ludzi, firm nie byłoby szans na bieg dookoła jeziora Wigry. Nie chcę wymieniać wszystkich po kolei  bo na pewno o kimś zapomnę i ten ktoś może poczuć się urażony, dlatego też ograniczę się tylko do ciekawostki, jaką była nagroda od… Proboszcza miejscowej parafii 🙂

nagroda_proboszcza

Bardzo miłym akcentem była też  zwykła ludzka życzliwość – czy to rozlewającej wodę rodziny, czy uśmiechniętej  policjantki, czy pani ze straży granicznej. Kogo na trasie nie spotkałem –  ten był sympatyczny i uśmiechnięty. Super sprawa, mówię wam 🙂

A propos trasy –  ta była o niebo lepiej oznakowana, niż w zeszłym roku.  Tak oznakowana, że nawet taka sierota jak ja nie miała problemu z odnalezieniem drogi od startu do mety – a to już sztuka nie lada 😉 Ani przez chwilę nie musiałem zastanawiać się, którędy biec, gdzie skręcić i mogłem skupić się na tym, co najważniejsze, czyli chłonięciu uroków Wigierskiego Parku Narodowego (a było co chłonąć, oj było)

Pozostając w temacie trasy należy się kilka gorzkich słów pod adresem biegaczy, którzy, podobnie jak w zeszłym roku w zignorowali prośby organizatorów o zachowanie porządku na terenie Parku Narodowego i beztrosko rzucali kubeczkami/butelkami. Szkoda że żadnego nie spotkałem bo zwymyślałbym od najgorszych. Rozumiem sport, emocje, adrenalinę i napinkę na wynik, ale żeby rzucać plastikowa flaszką w krzaki? Noż to przecież żenada jest! Rozumiem, że dla kogoś kto leci po złote gacie utrata minuty na punkcie kontrolnym jest bardziej bolesna od utraty centymetra kuśki, ale do cholery, to jest Park Narodowy a nie jakiś Miejski Masowy Maraton!

Podsumowując tegoroczny Maraton Wigry z przyjemnością stwierdzam, że było ME-GA a kto nie był ten niech nakłada pokutną włosienicę i szoruje na pielgrzymkę do Kamedułów. Może będzie mu wybaczone – ale na to gwarancji dać nie mogę 😉

Maraton Wigry w sześciu słowach? Super trasa, świetna organizacja, pyszny bufet.
Gdzieś tam słyszałem marudzenie że nagrody takie „na pół gwizdka” – ale jeśli ktoś myśli o udziale w Maratonie Wigry w kontekście trofiejek do zgarnięcia to lepiej niech od razu pomyśli o czymś innym. To nie jest bieg po nagrody. To jest bieg po klimat,  po frajdę. To jest przełajowa przygoda i okazja do obżarstwa regionalnymi specjałami.
Kto chce wygrać złote kalesony –  ten niech staje w szranki z Kenijczykami na Maratonie Warszawskim, czy innym Orlenie. Kto chce zmęczyć się biegając po urokliwych lasach Suwalszczyzny – ten niech już zaczyna szlifować formę na rok 2015-ty.

Widzimy się w sierpniu!

W starym piecu diabeł pali

Kilka dni temu w boxie pojawiła się para, na oko spokojnie po czterdziestce. On wysportowany, na rękach chodzi, ona zaś…  no pardon my french, ale z łóżka to bym nie wygonił. Owszem, widać, że swoje lata ma, ale dobrze utrzymana, wysportowana, nic jej nie zwisa, nie faluje. Normalnie kawał zdrowej babki, na której aż przyjemnie oko zawiesić (co też skwapliwie poczyniłem). A przecież już po czterdziestce –  więc  w wieku, w którym jest już mocno z górki i to zazwyczaj w rozmiarze 42+.
A tu figura taka, że spokojnie w mini wbić się można i na dyskotece rwać facetów 10 lat młodszych od siebie!

Mam znajomego, człowieka pod czterdziestkę, ze sporą nadwagą, który kwestię swojego sadełka zwykł podsumowywać słowami: „no przecież misterem uniwersum i tak już nie będę.  Jestem w tym wieku, że lasek nie podrywa się już na wygląd, tylko na inteligencję, ewentualnie na kasę”. Gdy tak oglądałem tą parę w boxie, jego słowa raz po raz brzęczały mi w głowie. Że niby okolice czterdziestki to czas, gdy naturalnym jest, że wygląda się jak  towar drugiego sortu – jeszcze zjadliwy, ale już nie pierwszej świeżości – kapkę poobijany i z lekka nadgnity.
Ale przecież takie są prawa natury; taki towar też ma swoich nabywców, nie?

Otóż gówno prawda. GÓW-NO-PRAW-DA. Para którą widziałem była totalnym zaprzeczeniem jego słów. Wyglądali zajebiście i byli tak samo sprawni. Aż przyjemnie było na nich popatrzeć i pomyśleć „cholera, w ich wieku też chcę taki być”. A przecież te „w ich wieku” to już niebawem, za 10 lat –  ani się obejrzę a już tam będę!

Można zapytać „ale po co”? Przecież na podryw już nie chodzę, więc nie muszę prężyć bica i klaty wypinać. Nie muszę imponować, szpanować, nie muszę już nic udowadniać. Mogę spokojnie siedzieć na dupie i nic nie robić. Zrobiłem niemal wszystko, co facet ma do zrobienia.
Mogę łoić browca i czekać na śmierć.

Rzecz w tym, że mnie nie interesuje czekanie na śmierć. Nie odpowiada mi przejście w tryb czuwania, piwko, telewizja i narzekanie na polityków. Nie przyjmuję argumentu, że „w tym wieku to już tak jest”. Dopóki człowiek jest zdrowy  jest tak, jak sobie wypracuje. Jeden wypracuje sobie wielki piwny kałdun, drugi będzie chodził na rękach. Mnie interesuje członkostwo w tej drugiej drużynie.

Ktoś zapyta „po co”. Właśnie po to, by móc robić to, na co ma się ochotę a nie to, na co pozwala ociężały organizm. By czerpać radość z przekraczania granic i bicia własnych rekordów. By z przyjemnością patrzeć w lustro i czuć to miłe połechtanie próżności, gdy jest się wieczorem obgwizdanym przez grupę pijanych gimnazjalistek. Dla świadomości, że nie jest się jeszcze na wysypisku, że jest się jeszcze sprawnym, silnym, że „jakby co” to da się radę w większości sytuacji.

Oglądając finały CrossFit games w przedziale wiekowym 60+ nie mogłem wyjść z zachwytu i podziwu dla tych ludzi, którzy w wieku moich rodziców – a więc dziadkowie i bacie – wchodzili na po linie, rwali sztangę i robili rzeczy, które niejednego zdrowego studenta wysłałyby do namiotu tlenowego. Ci ludzie z pewnością nie są w grupie docelowej reklam parafarmaceutyków, bankowo mają mniej problemów ze zdrowiem i, idę o zakład, mają z życia o wiele więcej frajdy niż ich mniej aktywni rówieśnicy. Na pewno nie rypie ich w krzyżu, gdy muszą podnieść wnuczka na ręce, czy podbiec za nim, gdy rozpędzi się na rowerku. Gdy wyjadą na urlop, miast grzać gnaty na leżaku mogą wsiąść na rower, chlupnąć do basenu, czy zwyczajnie pójść na wędrówkę po górach.
Ich „jesień życia” bardziej przypomina złoty, słoneczny wrzesień, aniżeli mglisty ponury listopad.

Zatem, gdyby ktoś was pytał, po co się tak męczycie, można spokojnie odpowiedzieć temi słowy: Ćwiczę min po to, aby w wieku, w którym ty będziesz się szykować do transportu na złomowisko i kupować ciuchy w rozmiarze worka na kartofle, ja wciąż będę atrakcyjny/a i brał/a z życia to, co chcę a nie to, co mi zostało. Będę w stanie nie tylko wejść na trzecie piętro bez zadyszki, ale też jeździć rowerem, chodzić po górach, biegać maratony i bez wstydu wyjść na plażę.
A tobie będzie rosła dupa i ryzyko zawału.

Nie spać na lekcjach

Niepełnosprawni, czy to spotykani w tzw. realu, czy w Internecie, zawsze przypominają mi o tym, jak łatwo wszystko można stracić. Są jak średniowieczne „memento mori” – pamiętaj ojciec, chwila nieuwagi, głupi  niefart i zamiast fikać na handstandy możesz lizać łapy na wózku inwalidzkim. Uważaj i nie fisiuj chłopaku. Ciesz się tym co masz.  Nie marudź i doceniaj!

Czasem jednak zdarzają się inni niepełnosprawni –  tacy, którzy pomimo kalectwa prezentują formę godną pozazdroszczenia przez 99% młodych zdrowych byczków. Najczęściej widuję ich na  filmikach, bądź zdjęciach – rwą sztangę jednorącz, robią iron mana na protezach czy wspinają się po linie siedząc na wózku inwalidzkim.
Nieprawdopodobne rzeczy…

Gdy ich tak oglądam, poza nieskrywanym podziwem i szacunkiem, zastanawiam się czy paradoksalnie nie mają łatwiej. Wiem, brzmi to absurdalnie i bluźnierczo, ale zanim odsądzicie mnie od empatii i zdrowego rozsądku pozwólcie mi wyjaśnić, skąd takie myśli.

Człowiek wiodący „normalne” życie zazwyczaj marnotrawi je na masę pierdół , spala się na rzeczach nieistotnych, ekscytuje bzdurami, pozwala by czas leciał mu przez palce bo przecież „ma całe życie przed sobą”, wszystko zdąży. A potem nagle okazuje się, że to jego „całe życie” nagle miga mu przed oczami, bo idiota na drodze, bo źle postawiona noga, bo dopadająca znienacka choroba, lub inny nieszczęśliwy splot wydarzeń.

Gdy jakimś fartem  uda mu się z tego wyjść obronną ręką, przychodzi otrzeźwienie –  zaczyna rozumieć, że nic nie jest pewne, nic nie jest dane na zawsze, że w każdej chwili można wszystko stracić. Świadomość ta daje mu ogromną przewagę, potężnego energetycznego kopa do działania –  wie, że ma wszystko do stracenia dlatego nie może sobie pozwolić na luksus marnowania czasu na pierdoły. To jedyny czas jaki ma i ma go coraz mniej –  więc ciśnie go jak przysłowiową cytrynę.

Każdy, kto uprawia jakikolwiek sport wie, że 95% sukcesu bierze się z głowy. To głowa wygania na trening, to głowa daje motywację, to głowa wysyła sygnały nerwowe do mięśni każąc im pracować do i poza granicami wytrzymałości. Dlatego pomimo fizycznych ograniczeń niepełnosprawni  mają swoistą „przewagę” nad zdrowymi. Sport nie jest dla nich kaprysem, tylko sposobem na wyrwanie się z ograniczeń okaleczonego ciała – dlatego ich determinacja jest nieporównywalnie większa, ich siła woli jest nie do pojęcia dla zdrowego człowieka. Dlatego robią rzeczy, od których oczy wychodzą nam z orbit.

Nie mam na celu deprecjonowania ich osiągnięć „bo maja łatwiej” –  wręcz przeciwnie – podziwiam ich za to, że pomimo nieszczęścia i ograniczeń robią rzeczy, które mnie, zdrowego faceta w sile wieku wpędzają, może nie w kompleksy, ale sprowadzają do pionu i pokazują miejsce w szatni. Są dla mnie niesamowitą inspiracją i motywacją –  bo skoro oni mogą, to jakie ja mam argumenty za tym, żeby nie móc?

Niepełnosprawni mogą nas, zdrowych koni, wiele nauczyć – o sile woli, o determinacji, o tym, jak cenny jest czas, który mamy i jak bez sensu jest go marnować. Dają nam te lekcje, nawet nie za friko, ale „dopłacając” swoim zdrowiem. Jakkolwiek brutalnie to nie zabrzmi, to oni płacą za to, żebyśmy mogli coś zrozumieć. Uczą nas o wartości życia.
Przekimać taką lekcję do duży błąd.

Szczęśliwy jak świnia w błocie

Obrazek  jak z zamieszek: ludzi tłum, nad głową lata dron… Ale zara zara, gdzie jest policja, dlaczego zebrani nie są agresywni, dlaczego nikt nie krzyczy, nie demoluje? Dlaczego wszyscy są uśmiechnięci i podekscytowani?
Ludzie są uśmiechnięci, bo to nie „patrioci” tylko biegacze –  zatem wszystko jasne 🙂  Odliczamy od dziesięciu, krzyczymy „start” i wio przed siebie. Druga edycja Bieg Szlak Trafi właśnie się rozpoczyna.

Nie ubiegamy nawet stu metrów, gdy wita nas bajoro pełne błota. Nie kałuża, lecz bajoro właśnie – rozlewisko na całą szerokość drogi, długie na jakieś 10 metrów. Tłum kłębi się usiłując przecisnąć się skrawkiem pobocza.  A  wuj tam – myślę  sobie i wbiegam prosto w breję. Chlup, noga zanurza się do połowy łydki.  Chlup – druga zanurza się prawie pod kolano. Błotnista maź ssie niczym Jenna Jameson za najlepszych czasów, ale przezornie mocno zasznurowałem buty –  więc jedno szarpnięcie, drugie, trzecie i uwalany błotem po pas odbijam od peletonu.

Ponieważ znam trasę i wiem, czego się spodziewać, biegnę stabilne 6min/km. Za kilka minut przyjdzie i się zmierzyć z najgorszym hardkorem ubiegłego roku i mam taki cichy ambitny plan pokonać go biegiem. W zeszłym roku skotłował mnie nielitościwie – więc tym razem chciałbym się nieco odegrać. Zanim jednak przyjdzie pora na odegranie, ślizgamy się po rozmokłych ścieżkach. Przemoczony w pierwszej kałuży nie zwracam uwagi, jak biegnę –  woda, nie woda – byle do przodu. Byle z rozwagą, bo ślisko jak szatan i chwila nieuwagi może mieć bardzo niemiłe konsekwencje.

W końcu jest i podbieg. Zgodnie z założeniami biorę go biegiem, ale na górze dochodzę do wniosku, że nie jest to najlepsza strategia. Za dużo mnie te podbiegi kosztują, za dużo się spalam –  a przecież nie po to tu jestem by się spalić po trzech podbiegach. Ma być wymagająco, ale bez dożynek, dlatego od tej pory wszystkie podbiegi biorę solidnym marszem. Bieg na płaskim, marsz pod górę –  taki jest plan na następne kilometry.

Jeśli komuś się wydawało, że od podbiegów gorzej być nie może, pierwszy zbieg pozbawił go tych złudzeń. Otóż może. Rozmokłe, przypominające rozgrzane  masło rozpaćkane błoto nie daje żadnych szans na przyczepność. Pomimo trailowych butów muszę uważać na każdy krok, skakać od ściany do ściany a czasem po prostu powolutku schodzić. Nawet nie chcę myśleć, co musieli tu przeżywać ci, którzy pobiegli w butach do asfaltu.

Jakby tego było mało, na płaskim jest żarówa niemiłosierna. Duszno, gorąco, nie ma czym oddychać i nie ma gdzie odsapnąć. Znaczy się doskonale – właśnie tego oczekiwałem! Miał być cross –  jest cross! Jest też punkt z wodą, z którego skwapliwie korzystam. Woda na głowę, izo do buzi i dalej przed siebie, po betonowych płytach, w upale, pod górkę.
Tętno 180 z hakiem…

Pierwsza pętla, meta dla siódemkowiczów. Dopadam dziewczę ze szlauchem z lodowatą wodą –  orgazm w locie i żywcem do nieba. Potem skręt w lewo i znowu pod górkę. Mijam dwójkę, która narzeka na… podbiegi. Wyprzedam by nie słuchać narzekania  i wpadam na rozgrzane pole. Kisiel w powietrzu, kisiel w płucach, mucha w smole. Z nadzieją czekam kolejnego podbiegu, jakiegokolwiek, byle w cieniu, bo zwariuję na tej patelni.

Druga część trasy jest zdecydowanie  łatwiejsza od pierwszej – o wiele mniej podbiegów, za to dużo więcej płaskiej patelni. Nie lubię –  ale nie po to tu przyjechałem, żeby wszystko lubić, tylko żeby to zrobić. Więc szybko, byle szybciej między drzewa.
W lesie cisza. Wpadam w jakąś dziurę, bo ani za mną ani przede mną ani żywej duszy, Ani głosu, śmiechu, chichu. Nic. Biegnę w absolutnej ciszy, tylko ja i błoto – medytacja w brudzie, czysty zen. Klap-chlap-klap-chlap-  tylko pilnować, by nie wyrżnąć na jakimś korzeniu… Biegnę tak kilometr, może dwa, w końcu dopadam kolejnego punktu z wodą –  więc standardowo – woda na głowę, izo do wlewu i dalej przed siebie.
Znowu patelnia…

Ostatni  zbieg. Wyprzedza mnie biegaczka, ale nie daję się podpuścić. Ostrożnie, bo pieruńsko ślisko. Ostrożnie i metodycznie. Czego nie nabiegałem przez ostatnie 12km, tego nie nadrobię teraz a stracić można wiele. Włącznie z zębami…

I meta. I Slayer. I medal. I drugi. Ale dlaczego dwa? Jeden na pamiątkę, drugi do zjedzenia –  informuje wolontariuszka. Pysznie! W końcu nie będę musiał chować medalu przed córką – może go zjeść bez ceregieli (co też skwapliwie uczyni). A teraz do wody, pod szlauch. Królestwo za prysznic…

Na drugą edycję Bieg Szlak trafi czekałem okrągły rok –  dokładnie od momentu zakończenia pierwszej edycji. Był to dla mnie drugi, obok Maratonu Wigry najważniejszy bieg tego roku. Nie dlatego, żebym wiązał z nim jakieś ambicje, czy nadzieje, ale dlatego, że klimatem i urokiem trasy rozstawiał konkurencję po kątach.

Czekałem i się doczekałem. Dostałem do dokładnie to, czego oczekiwałem a nawet trochę więcej (błoto!) Była piękna i wymagająca trasa, był kameralny feeling podmiejskiego pikniku, była przyjazna biegaczowi organizacja (znajoma, której korek uniemożliwił dojechanie na czas mogła odebrać swój pakiet na kwadrans przed startem biegu!) W zeszłorocznej relacji chwaliłem organizatorów za profesjonalne ogarnięcie całej imprezy i w tym roku z przyjemnością napiszę to samo. Było wszystko i na cacy. Piątka dla orgów!

Cieszy też, że dopisali sponsorzy, których na moje oko było więcej, niż w zeszłym roku. Fajnie, że są firmy, które doceniają takie oddolne inicjatywy. Że nie tylko wielkie maratony, ale i małe imprezki znajdują swoich mecenasów. To dzięki nim takie fenomenalne imprezy mają szanse się odbyć i to dzięki nim można było pobiegać po parchatkowych wąwozach.
Wielkie dzięki dla sponsorów i (mam nadzieję) do zobaczenia za rok!

Żeby jednak nie było, że piszę tu laurkę na zamówienie, trzeba też wspomnieć o fakcie, że dla mojej znajomej… zabrakło leczo. Niby to drobiazg, bo dziewczyna dała radę, ale sytuacja, w której po wymagającym biegu brakuje dla człowieka gorącej miski jest trochę nie teges. Warto mieć to na uwadze na przyszły rok i przygotować kilka porcji więcej, bo to bzdurka, koszt kilku złotych a potrafi zepsuć wrażenia z biegu.

Drugi minus należy się za… rzecz od organizatorów niezależną, ale uwierającą. Mianowicie o rozmiary koszulek. Zamówiona M-ka okazała się mieć rozmiar dobrej L-ki. Jak napisałem – jest to rzecz od organizatorów niezależna, bo każdy producent ma swoją rozmiarówkę, niemniej jednak szkoda mi, że parchatkową koszulkę, zamiast na treningi, założę co najwyżej jako górę od piżamy…

Trzeci minus to dość długie oczekiwania na start. Wg informacji biuro zawodów czynne jest do 9.30 a start  ma miejsce o 11. Zakładając, że nie każdy przyjeżdża na ostatnią chwilę, daje to dwie godziny kręcenia się w oczekiwaniu na start. Trochę to długo i z punktu widzenia uczestnika nieco bez sensu.
Rozumiem, że są pewne sprawy organizacyjne itd., ale jeśli człowiek wstaje o piątej,  by na 9 dojechać na miejsce a potem 2 godziny koczuje w oczekiwaniu na start, to wicie, rozumicie…

Jak rok temu, tak i tym razem złożę pobożne życzenie o dystans półmaratonu. Trasa jest tak ładna i tak miło się po niej biega, że aż szkoda kończyć po dyszce z okładem.
Chyba, że to taka strategia organizatorów: ” zostawić niedosyt, niech przyjadą za rok” – wtedy rozumiem i (z żalem) przyjmuję to, co jest.

Pomimo różnych minusów, ogólne wrażenia z imprezy są, pardon my french, zajebiste. Podsumowaniem niech będzie, że jakby kto się pytał, ja kolejną edycje mogę biec choćby jutro.
Tak jak w tym i zeszłym roku, zabieram rodzinę, znajomych i lecę taplać się na trasie.
Szczęśliwy jak świnia w błocie 🙂

Tyraj aż… osiągniesz sukces

Biografię Arnolda planowałem przeczytać od momentu, kiedy tylko o niej usłyszałem. Nie żebym był jakimś jego fanatycznym wielbicielem, po prostu uważam, że człowiek, który z małej wioseczki, Austriackiego odpowiednika Pierdziszewa  Centralnego wżenia w rodzinę Kennedych,  zostaje gubernatorem Kalifornii a jego czeki za role w filmach mają nie siedem, lecz osiem cyfr, musi mieć coś ciekawego do powiedzenia. Tłuki nie robią takich karier, nie wierzę w to.
Splotem różnych okoliczności musiał Arnie pół roku leżakować  zanim się do niego zabrałem.  Warto  jednak było czekać, ponieważ wrażenia z lektury są kalibru równie wielkiego, jak spluwy którymi w filmach wymachuje.

Nie będę dokładnie relacjonował o czym jest ta książka, bo to biografia  –  więc sami wicie rozumicie. O życiu i tych sprawach… Napiszę wam za to o tym, co było dla mnie największym zaskoczeniem,  od czego nabrałem szacunku dla Arniego i dzięki czemu, nawet  jego głupawe rólki z początku kariery nie wydają się już takie głupawe.

Powiedzieć, że Arnie to pracuś, to niedopowiedzenie. Arnie Zapierdalał.  Od samego początku wiedział, czego chciał – miał absurdalny plan zostać gwiazdą-milionerem i robił wszystko, by ten plan osiągnąć.  Brzmi kosmicznie? Niedorzecznie? Kompletnie z dupy? I to jak! Ale Arnold miał marzenie, miał upór i zamiast wymówek szukał sposobów. Chyba najlepszym przykładem takiego poświęcenia jest historia opowiadająca o tym, jak to powołany do wojska, będąc czołgistą ( z jego wzrostem!) w czołgowych kufrach, zamiast narzędzi woził… sprzęt do podnoszenia ciężarów. Chcąc robić karierę w kulturystyce wiedział, że nie może sobie pozwolić na przestoje treningowe –  więc kombinował jak się dało.  Chciał  – więc mógł –  i koniec końców dopiął swego.

To nastawienie, które ze swojska można by przetłumaczyć jako „zesram się a nie dam się” przenosił na wszystkie inne dziedziny życia –  czy to praca, czy aktorstwo, czy na późniejszym etapie polityka – w każdej z nich jechał po  bandzie. Nie było  wymówek, kombinowania, szukania winnych. Było zapieprzanie po kilkanaście godzin na dobę, mozolna praca, uczciwie odhaczanie tego, co jest do zrobienia  bez względu na to, jak wiele by tego nie było. Gdy ktoś mówił mu, że nie da rady, nie nadaje się, że to nie dla niego – on uśmiechał się kpiąco i robił swoje.
I zrobił. Osiągnął wszystko to, co sobie zaplanował.

Marzenia, planowanie i ciężka praca. To plus chwytanie się wszystkich możliwych okazji, nie pozwalanie, by coś przeszło koło nosa było kluczem do nieprawdopodobnego sukcesu  „od wsiura do gubernatura”.

Największą wartością w biografii Arnolda jest pochwała czegoś, co w naszych czasach jest passe i nie na czasie – etosu pracy. Historia Arniego to pochwała ciężkiego zapieprzu. Nie pada to wprost, nigdzie nie pisze „tyraj jak wół”, ale kto ma rozum, ten sam zauważy, że kariera, sława i pasy mistrzowskie nie spadły Arnoldowi z nieba. On sobie na to wszystko ciężko zapracował i należy mu się to jak psu buda.

Choć to gruba cegła (ponad 600 stron) i trzyma się to niewygodnie, warto ją przeczytać choćby po to, by przypomnieć sobie, że sukces to nie tylko wypatrzona nisza rynkowa, znajomości, cwaniactwo i lans w blogosferze. Sukces to także (a może przede wszystkim) ciężki codzienny zapierdol. To wyznaczanie sobie celów i metodyczne, uparte do nich dążenie. To zaciskanie zębów i walka z przeciwnościami. To hart ducha.
Każdy, kto uprawia sport doskonale zrozumie, o czym mowa.

Warto sięgnąć po biografię Arniego, bo to pouczająca a przy tym lekko napisana, dowcipna i zwyczajnie ciekawa historia jednej z najbardziej nieprawdopodobnych karier naszych czasów.
Jest w niej moc i tylko żałować, że nie będzie sequela.
Niestety, to nie Hollywood.
To życie.