Szczęśliwy jak świnia w błocie

Obrazek  jak z zamieszek: ludzi tłum, nad głową lata dron… Ale zara zara, gdzie jest policja, dlaczego zebrani nie są agresywni, dlaczego nikt nie krzyczy, nie demoluje? Dlaczego wszyscy są uśmiechnięci i podekscytowani?
Ludzie są uśmiechnięci, bo to nie „patrioci” tylko biegacze –  zatem wszystko jasne 🙂  Odliczamy od dziesięciu, krzyczymy „start” i wio przed siebie. Druga edycja Bieg Szlak Trafi właśnie się rozpoczyna.

Nie ubiegamy nawet stu metrów, gdy wita nas bajoro pełne błota. Nie kałuża, lecz bajoro właśnie – rozlewisko na całą szerokość drogi, długie na jakieś 10 metrów. Tłum kłębi się usiłując przecisnąć się skrawkiem pobocza.  A  wuj tam – myślę  sobie i wbiegam prosto w breję. Chlup, noga zanurza się do połowy łydki.  Chlup – druga zanurza się prawie pod kolano. Błotnista maź ssie niczym Jenna Jameson za najlepszych czasów, ale przezornie mocno zasznurowałem buty –  więc jedno szarpnięcie, drugie, trzecie i uwalany błotem po pas odbijam od peletonu.

Ponieważ znam trasę i wiem, czego się spodziewać, biegnę stabilne 6min/km. Za kilka minut przyjdzie i się zmierzyć z najgorszym hardkorem ubiegłego roku i mam taki cichy ambitny plan pokonać go biegiem. W zeszłym roku skotłował mnie nielitościwie – więc tym razem chciałbym się nieco odegrać. Zanim jednak przyjdzie pora na odegranie, ślizgamy się po rozmokłych ścieżkach. Przemoczony w pierwszej kałuży nie zwracam uwagi, jak biegnę –  woda, nie woda – byle do przodu. Byle z rozwagą, bo ślisko jak szatan i chwila nieuwagi może mieć bardzo niemiłe konsekwencje.

W końcu jest i podbieg. Zgodnie z założeniami biorę go biegiem, ale na górze dochodzę do wniosku, że nie jest to najlepsza strategia. Za dużo mnie te podbiegi kosztują, za dużo się spalam –  a przecież nie po to tu jestem by się spalić po trzech podbiegach. Ma być wymagająco, ale bez dożynek, dlatego od tej pory wszystkie podbiegi biorę solidnym marszem. Bieg na płaskim, marsz pod górę –  taki jest plan na następne kilometry.

Jeśli komuś się wydawało, że od podbiegów gorzej być nie może, pierwszy zbieg pozbawił go tych złudzeń. Otóż może. Rozmokłe, przypominające rozgrzane  masło rozpaćkane błoto nie daje żadnych szans na przyczepność. Pomimo trailowych butów muszę uważać na każdy krok, skakać od ściany do ściany a czasem po prostu powolutku schodzić. Nawet nie chcę myśleć, co musieli tu przeżywać ci, którzy pobiegli w butach do asfaltu.

Jakby tego było mało, na płaskim jest żarówa niemiłosierna. Duszno, gorąco, nie ma czym oddychać i nie ma gdzie odsapnąć. Znaczy się doskonale – właśnie tego oczekiwałem! Miał być cross –  jest cross! Jest też punkt z wodą, z którego skwapliwie korzystam. Woda na głowę, izo do buzi i dalej przed siebie, po betonowych płytach, w upale, pod górkę.
Tętno 180 z hakiem…

Pierwsza pętla, meta dla siódemkowiczów. Dopadam dziewczę ze szlauchem z lodowatą wodą –  orgazm w locie i żywcem do nieba. Potem skręt w lewo i znowu pod górkę. Mijam dwójkę, która narzeka na… podbiegi. Wyprzedam by nie słuchać narzekania  i wpadam na rozgrzane pole. Kisiel w powietrzu, kisiel w płucach, mucha w smole. Z nadzieją czekam kolejnego podbiegu, jakiegokolwiek, byle w cieniu, bo zwariuję na tej patelni.

Druga część trasy jest zdecydowanie  łatwiejsza od pierwszej – o wiele mniej podbiegów, za to dużo więcej płaskiej patelni. Nie lubię –  ale nie po to tu przyjechałem, żeby wszystko lubić, tylko żeby to zrobić. Więc szybko, byle szybciej między drzewa.
W lesie cisza. Wpadam w jakąś dziurę, bo ani za mną ani przede mną ani żywej duszy, Ani głosu, śmiechu, chichu. Nic. Biegnę w absolutnej ciszy, tylko ja i błoto – medytacja w brudzie, czysty zen. Klap-chlap-klap-chlap-  tylko pilnować, by nie wyrżnąć na jakimś korzeniu… Biegnę tak kilometr, może dwa, w końcu dopadam kolejnego punktu z wodą –  więc standardowo – woda na głowę, izo do wlewu i dalej przed siebie.
Znowu patelnia…

Ostatni  zbieg. Wyprzedza mnie biegaczka, ale nie daję się podpuścić. Ostrożnie, bo pieruńsko ślisko. Ostrożnie i metodycznie. Czego nie nabiegałem przez ostatnie 12km, tego nie nadrobię teraz a stracić można wiele. Włącznie z zębami…

I meta. I Slayer. I medal. I drugi. Ale dlaczego dwa? Jeden na pamiątkę, drugi do zjedzenia –  informuje wolontariuszka. Pysznie! W końcu nie będę musiał chować medalu przed córką – może go zjeść bez ceregieli (co też skwapliwie uczyni). A teraz do wody, pod szlauch. Królestwo za prysznic…

Na drugą edycję Bieg Szlak trafi czekałem okrągły rok –  dokładnie od momentu zakończenia pierwszej edycji. Był to dla mnie drugi, obok Maratonu Wigry najważniejszy bieg tego roku. Nie dlatego, żebym wiązał z nim jakieś ambicje, czy nadzieje, ale dlatego, że klimatem i urokiem trasy rozstawiał konkurencję po kątach.

Czekałem i się doczekałem. Dostałem do dokładnie to, czego oczekiwałem a nawet trochę więcej (błoto!) Była piękna i wymagająca trasa, był kameralny feeling podmiejskiego pikniku, była przyjazna biegaczowi organizacja (znajoma, której korek uniemożliwił dojechanie na czas mogła odebrać swój pakiet na kwadrans przed startem biegu!) W zeszłorocznej relacji chwaliłem organizatorów za profesjonalne ogarnięcie całej imprezy i w tym roku z przyjemnością napiszę to samo. Było wszystko i na cacy. Piątka dla orgów!

Cieszy też, że dopisali sponsorzy, których na moje oko było więcej, niż w zeszłym roku. Fajnie, że są firmy, które doceniają takie oddolne inicjatywy. Że nie tylko wielkie maratony, ale i małe imprezki znajdują swoich mecenasów. To dzięki nim takie fenomenalne imprezy mają szanse się odbyć i to dzięki nim można było pobiegać po parchatkowych wąwozach.
Wielkie dzięki dla sponsorów i (mam nadzieję) do zobaczenia za rok!

Żeby jednak nie było, że piszę tu laurkę na zamówienie, trzeba też wspomnieć o fakcie, że dla mojej znajomej… zabrakło leczo. Niby to drobiazg, bo dziewczyna dała radę, ale sytuacja, w której po wymagającym biegu brakuje dla człowieka gorącej miski jest trochę nie teges. Warto mieć to na uwadze na przyszły rok i przygotować kilka porcji więcej, bo to bzdurka, koszt kilku złotych a potrafi zepsuć wrażenia z biegu.

Drugi minus należy się za… rzecz od organizatorów niezależną, ale uwierającą. Mianowicie o rozmiary koszulek. Zamówiona M-ka okazała się mieć rozmiar dobrej L-ki. Jak napisałem – jest to rzecz od organizatorów niezależna, bo każdy producent ma swoją rozmiarówkę, niemniej jednak szkoda mi, że parchatkową koszulkę, zamiast na treningi, założę co najwyżej jako górę od piżamy…

Trzeci minus to dość długie oczekiwania na start. Wg informacji biuro zawodów czynne jest do 9.30 a start  ma miejsce o 11. Zakładając, że nie każdy przyjeżdża na ostatnią chwilę, daje to dwie godziny kręcenia się w oczekiwaniu na start. Trochę to długo i z punktu widzenia uczestnika nieco bez sensu.
Rozumiem, że są pewne sprawy organizacyjne itd., ale jeśli człowiek wstaje o piątej,  by na 9 dojechać na miejsce a potem 2 godziny koczuje w oczekiwaniu na start, to wicie, rozumicie…

Jak rok temu, tak i tym razem złożę pobożne życzenie o dystans półmaratonu. Trasa jest tak ładna i tak miło się po niej biega, że aż szkoda kończyć po dyszce z okładem.
Chyba, że to taka strategia organizatorów: ” zostawić niedosyt, niech przyjadą za rok” – wtedy rozumiem i (z żalem) przyjmuję to, co jest.

Pomimo różnych minusów, ogólne wrażenia z imprezy są, pardon my french, zajebiste. Podsumowaniem niech będzie, że jakby kto się pytał, ja kolejną edycje mogę biec choćby jutro.
Tak jak w tym i zeszłym roku, zabieram rodzinę, znajomych i lecę taplać się na trasie.
Szczęśliwy jak świnia w błocie 🙂

Reklamy

8 thoughts on “Szczęśliwy jak świnia w błocie”

    1. Z tym leczo to dziwna sprawa, bo rok temu wystarczyło dla wszystkich a biegaczy było chyba tyle samo.
      Grunt, że wąwozów i błota było pod dostatkiem 😉

      Polubienie

  1. Cieszę się, że bieg dostarczył świńskich emocji 🙂 Wyjaśnię tylko kwestię z leczo, bo głupio nam że niektórzy nie dostali. Otóż w tym roku była przygotowana jeszcze większa prawdziwa góra leczo (tak by mogli zjeść i biegacze i wolontariusze, i harcerze, i my), a okazuje się, że nawet dla biegających nie wystarczyło 😦 Niestety niektórzy stawali po kilka razy do kolejki, a my tego nie zaznaczyliśmy ale nauka nie pójdzie w las – za rok będziemy bezwzględnie reglamentować racje żywieniowe 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s