Na przełaj i na wariata – Maraton Wigry 2014

Chwieję się. Antypoślizgowe wypustki w podłodze kabiny maltretują obolałe stopy. Opieram się o ścianę i powoli schylam rozprostowując gnaty w biodrach. Niemal słyszę, jak wszystko trzeszczy w szwach. Powolutku, spokojnie –  głupio byłoby coś sobie naderwać po maratonie, pod prysznicem.

Pszeniczne piwo musuje na podniebieniu. Siadam, zamykam oczy, czuję jak odpuszczają napuchnięte mięśnie. Wiem, że nie powinienem, że będzie problem ze wstawaniem – ale to akurat najmniej nierozsądna rzecz, jaką dziś zrobiłem – więc wrzucam ją w koszta i bagatelizuję. Biorę kolejny łyk.

piwo_na_mecie

Ostatnie kilkaset metrów. Już czuję metę, słyszę ją, pamiętam gdzie była w zeszłym roku i  wiem, ile kroków mnie od niej dzieli. Normalnie wyrwałbym ile sił w nogach, ale nie tym razem. Tym razem pilnuję się, by biec spokojnie i miarowo. Każde mocniejsze zerwanie może być  fatalne w skutkach.
Byle spokojnie. Byle do mety. To już naprawdę ostatnie sekundy.

Jeszcze trzy i pół kilometra. W ostateczności przejdziesz to, ale na razie biegnij. Truchtaj ojciec, spokojnie, miarowo, masz swoje tempo i się go trzymaj. Nie myśl o bólu, bo  wtedy boli jeszcze bardziej. Skup się na rytmie, chwyć go i trzymaj się. I nie patrz na zegarek, po prostu rób swoje.

Igrasz z losem. Dobrze wiesz, że to nie jest zwyczajny ból. To jest ból z przemęczenia, sygnał alarmowy pt „w każdej chwili coś się może urwać”. Wyjący silnik i czerwona kreska na obrotomierzu. Przejdź w marsz, choć na 200-300 metrów. Daj nogom odsapnąć i zaraz pobiegniesz dalej. To przecież bez różnicy czy przybiegniesz poniżej 4:30, czy w okolicach piątki. Ważne abyś dobiegł w jednym kawałku.

PK

Wiesz, że w każdej chwili możesz zejść? No wiesz, z trasy. Po prostu doczłap się do najbliższego punktu kontrolnego i powiedz, że wysiadasz. Nikt nie będzie miał Ci tego za złe, nikt słowa nie powie. To normalne, że na maratonie ktoś nie dobiega, kończy za wcześnie. Tak, tak, opowiadaj, że przedwczesny finisz dobry jest dla nagrzanych gimnazjalistów; zbywaj żartem i unoś się dumą.
Że właśnie zaczyna się najpiękniejszy etap trasy? Że na to czekałeś? Że szkoda?
W porządku –  dorosły jesteś –  twój wybór…

Znasz ten ból. Rok temu też tak bolało i tak samo ignorowałeś. Przypomnij sobie, głupi, czym się to skończyło. Tak, wiem, im szybciej dobiegniesz tym szybciej przestanie boleć. Opowiadaj, lubię takie historie. Adrenalina i dusza fajtera. I rozsądek dla mięczaków. Kogo ty próbujesz oszukiwać? Zwolnij chłopaku, choć pod górkę – za wiele nie ugrasz a stracić możesz wszystko. Nie napinaj się, przecież nie gonisz po złote kalesony…

Dobra, skończyły się żarty – od tej pory marsz albo truchtando.  27,5km to i tak niezły wynik. Ile ty nabiegałeś w tym roku? Będzie ze dwie stówki? Chyba w porywach! A przecież tyle to się powinno w skali miesiąca robić! A ile długich wybiegań zaliczyłeś? Dwa –  jedno w maju i jedno w lipcu; dwa półmaratony, parę dyszek z okładem, trochę podbiegów… I tak jest lepiej, niż się spodziewałeś, więc przyjmij to, co jest i od tej chwili z pokorą, ostrożnie. Pamiętaj o nagrodzie, która czeka ostatniego na mecie…

krajobraz

Zaskakująco dobrze. Dwudziesty piąty kilometr a w nogach para jak na starcie. Na punkcie izo, poprawka szarlotką i powoli w las. Metodycznie doganiam tych, którzy przede mną wybiegli z punktu. Niby bez napinki, ale mile łechce świadomość, że to ja ścigam a nie mnie ścigają. Niby bez ambicji, ale chwilami w okolicach 5min/km. Rok temu już tu umierałem, dziś gnam jak dziki wieprzek. Jest radość, jest moc, jest wcale nie taka mała satysfakcja.

krajobraz_2

„Zupełnie po panu nie widać zmęczenia! No to jest kondycja” – zagaja mężczyzna na bodaj dwudziestym kilometrze. Dziękuję i odpowiadam, że na tym etapie to jeszcze każdy ma kondycję. Jakby dla podkreślenia tych słów mija nas siwy facet, na oko po pięćdziesiątce. Nawet nie przystanął po wodę – po prostu pruł swoim tempem. „O, to jest kondycja” – odpowiadam strażnikowi leśnemu i dojadam resztki czekolady.

garnek

W okolicach miejsca, w którym rok temu stał „społeczny punkt z wodą” rozlega się hałas. Hałas przez duże „H” –  jakby  ktoś walił chochlą w pusty garnek. Podbiegam i gęba sama mi się śmieje – kilkuletnie dzieciaki walą łyżkami w pusty sagan, dziadkowie grzechoczą wypełnionymi kamieniami puszkami po piwie a rodzice rozlewają wodę. Jest głośno, jest serdecznie, jest zimna woda i ścisk krtani. Choćby dla tej jednej chwili warto było biec 17,5km. Rok temu tu zaczynałem kryzys, dziś dostaję takiego kopa, że mógłbym asfalt nogami zwijać –  ale nie zwijam, bo trasa akurat wiedzie szutrówką  😉

Drugi punkt kontrolny. Wyciągam wazelinę i smaruję okolice kostek. Potem czekolada. Ważne, aby nie pomylić kolejności bo można się niemile zaskoczyć. A potem szarlotka (MEGA!) izo i piknięcie pomiaru czasu. Pięknie mi się biegnie. Są pola, są lasy, są brzegi jeziora i pasące się konie. Nawet deszczyk/kapuśniaczek przez chwilę był dla ochłody. Jest cisza, spokój i samotne połykanie kilometrów. Medytacja w ruchu…

las_1

Pierwszy punkt. Rok temu tu poznałem Darka, z którym leciałem przez resztę trasy. W tym roku jakoś nie mogę się nigdzie zaczepić. Mam swój rytm, swoje tempo, wszystko jakoś „samo się robi” i do niczego innego nie pasuje. Widać tak ma być –  więc  biegnę, rozglądam się i raz po raz przystaję by zrobić zdjęcie. Za godzinę  telefon  zaparuje i zamiast zdjęć będą impresjonistyczne pocztówki –  ale to dopiero za godzinę. Na razie biegnę i cieszę się tym, co jest.

pierwsze_km

Deja-vu.
Dokładnie tak samo, jak przed rokiem stajemy na tyłach klasztoru Kamedułów. Tak samo jak przed rokiem start zupełnie nie przypomina startu a już na pewno nie tego znanego z wielkich ulicznych biegów. Tak samo jak przed rokiem jest swojsko i kameralnie – bardziej przypomina to spotkanie znajomych, niż start maratonu. A potem ustawiamy się, odliczamy i lecimy…


 

Wigier czekałem jak dzieciak gwiazdki. Z jednej strony ogromna podjarka, bo to bezapelacyjnie moja ulubiona impreza biegowa, z drugiej zaś trochę strach, bo kompletnie zlekceważyłem przygotowania i nie wiedziałem, czy nie skończy się to powrotem na tarczy. No ale nie po to wygrałem w zeszłym roku pakiet startowy z numerem „1” żeby teraz się zastanawiać i dzielić włos na czworo. Wigry to Wigry – obecność obowiązkowa i koniec!

Tak, jak w zeszłym roku, tak też i w tym zachwycił mnie kulinarnie. Świeżutki kartacz, soczewiak, babka ziemniaczana – cuda z ziemniaka i delicje dla podniebienia. Na pohybel makaronom! Do tego ME-GA szarlotka na punktach odżywczych, regeneracyjny chłodnik, który, pardon my french, urywał dupę przy samych kolanach. Pewnie znalazł się ktoś, kto marudził ( bo zawsze się znajdzie), ale w mój smak organizatorzy utrafili idealnie. Obżarłem się jak bąk 🙂

Na pierwszy rzut oka widać było, że przybyło wolontariuszy, sponsorów, pomocników (nawet chipy jednorazowe były 😉 ) – znaczy się impreza nabiera kolorów, ludzie zaczynają traktować ją poważniej, chcą się do niej dołożyć, pomóc – i to jest super sprawa. Bez tych wszystkich ludzi, firm nie byłoby szans na bieg dookoła jeziora Wigry. Nie chcę wymieniać wszystkich po kolei  bo na pewno o kimś zapomnę i ten ktoś może poczuć się urażony, dlatego też ograniczę się tylko do ciekawostki, jaką była nagroda od… Proboszcza miejscowej parafii 🙂

nagroda_proboszcza

Bardzo miłym akcentem była też  zwykła ludzka życzliwość – czy to rozlewającej wodę rodziny, czy uśmiechniętej  policjantki, czy pani ze straży granicznej. Kogo na trasie nie spotkałem –  ten był sympatyczny i uśmiechnięty. Super sprawa, mówię wam 🙂

A propos trasy –  ta była o niebo lepiej oznakowana, niż w zeszłym roku.  Tak oznakowana, że nawet taka sierota jak ja nie miała problemu z odnalezieniem drogi od startu do mety – a to już sztuka nie lada 😉 Ani przez chwilę nie musiałem zastanawiać się, którędy biec, gdzie skręcić i mogłem skupić się na tym, co najważniejsze, czyli chłonięciu uroków Wigierskiego Parku Narodowego (a było co chłonąć, oj było)

Pozostając w temacie trasy należy się kilka gorzkich słów pod adresem biegaczy, którzy, podobnie jak w zeszłym roku w zignorowali prośby organizatorów o zachowanie porządku na terenie Parku Narodowego i beztrosko rzucali kubeczkami/butelkami. Szkoda że żadnego nie spotkałem bo zwymyślałbym od najgorszych. Rozumiem sport, emocje, adrenalinę i napinkę na wynik, ale żeby rzucać plastikowa flaszką w krzaki? Noż to przecież żenada jest! Rozumiem, że dla kogoś kto leci po złote gacie utrata minuty na punkcie kontrolnym jest bardziej bolesna od utraty centymetra kuśki, ale do cholery, to jest Park Narodowy a nie jakiś Miejski Masowy Maraton!

Podsumowując tegoroczny Maraton Wigry z przyjemnością stwierdzam, że było ME-GA a kto nie był ten niech nakłada pokutną włosienicę i szoruje na pielgrzymkę do Kamedułów. Może będzie mu wybaczone – ale na to gwarancji dać nie mogę 😉

Maraton Wigry w sześciu słowach? Super trasa, świetna organizacja, pyszny bufet.
Gdzieś tam słyszałem marudzenie że nagrody takie „na pół gwizdka” – ale jeśli ktoś myśli o udziale w Maratonie Wigry w kontekście trofiejek do zgarnięcia to lepiej niech od razu pomyśli o czymś innym. To nie jest bieg po nagrody. To jest bieg po klimat,  po frajdę. To jest przełajowa przygoda i okazja do obżarstwa regionalnymi specjałami.
Kto chce wygrać złote kalesony –  ten niech staje w szranki z Kenijczykami na Maratonie Warszawskim, czy innym Orlenie. Kto chce zmęczyć się biegając po urokliwych lasach Suwalszczyzny – ten niech już zaczyna szlifować formę na rok 2015-ty.

Widzimy się w sierpniu!

Reklamy

6 myśli w temacie “Na przełaj i na wariata – Maraton Wigry 2014”

  1. jakbym tam była i sprawiłeś, że faktycznie kajam się że w tym roku mnie nie było. Przemiło wspominam zeszłoroczny bieg i chyba w 2015 nie powinno mnie już zabraknąć prawda? 🙂 Dzięki za super relację!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s