Pusty. Próżny. Szczęśliwy.

Tak z ręką na sercu – kto wychodząc na trening myśli sobie
„O super, właśnie oddalam ryzyko nadciśnienia; jeszcze wieczorkiem zbiję cholesterol i będzie miód malina”? Naprawdę, myślicie, że te kilometry po asfalcie i 90%HRmax to dla zdrowia? Że przysiady ze stówą na plecach to w trosce o stawy kolanowe?

Sranie w banię moi drodzy!

Nie kojarzę nikogo, kto wyszedłby pobiegać, bo miał taką ochotę. Nie znam osoby, która nagle pomyślałaby „hej, fajnie byłoby strzelić dychę z  tętnem około zawałowym. Fajnie byłoby zjarać buraka na twarzy, zasapać się i spocić jak świnia. Juppi –  to dopiero pomysł!” Owszem, znam kilka takich, które sport uprawiają od dziecka i same już nie pamiętają, jak to się zaczęło. Jest też kilkoro,  które zaczęło od sportów walki –  a więc tłem była tu chęć „zabezpieczenia się na wszelki wypadek, zrobienia siły, bycia przygotowanym na konfrontację”. Gdy jednak spojrzę na znajomych „po butach”, czy „po sztandze”  – głównym motywatorem była tu chęć poprawy wyglądu.

Biegać  zacząłem z powodu brzucha, który uniemożliwiał zapięcie spodni.   Uwielbiałem popić pizzę browarem, rozpocząć weekend solidnym kawałkiem ciasta, czy wtrąbić po obiedzie kopiastą porcję lodów z adwokatem. Uwielbienie to doprowadziło mnie do stanu, w którym mieściłem się w ostatnią, wyświechtaną parę spodni i miałem do wyboru albo kupić sobie nowe, szersze gacie, albo wziąć dupę w troki i coś ze sobą zrobić. Nie myślałem o zdrowiu – moim głównym motywatorem była chęć zrzucenia kilogramów uniemożliwiających kupno normalnych spodni. Owszem,  chciałem wyglądać dobrze, zrobić bica i sześciopaka, ale przede wszystkim chciałem wyglądać normalnie. Chciałem móc spojrzeć w lustro bez obrzydzenia. Czuć się dobrze z samym sobą.

Ze sportowymi znajomymi nigdy na ten temat nie rozmawiałem, ale z rozmów, rzuconych tu czy tam strzępków informacji wynika, że oni również zaczęli biegać głównie z chęci zrzucenia sadła. Chcieli wyglądać dobrze, chcieli podobać się sobie, chcieli czuć się atrakcyjni.
To był powód, dla którego zdecydowana większość z nich wzuła buty i wyszła z domu.

Nazwijmy zatem sprawy po imieniu: męczymy się z próżności. Chcemy podobać się sobie, podobać innym. Chcemy spojrzeć w lustro i móc sobie powiedzieć „no, jeszcze mogę iść na podryw”. Naturalnie, z czasem uprawiany sport niczym drzewo obrasta kolejnymi „słojami” – endorfinami, rywalizacją, zdrowiem, przekraczaniem swoich granic, ale to wszystko jest, jakby to powiedział Karol Marks, „Nadbudowa”. Baza, rdzeń, sedno jest stricte estetyczne –  a więc próżne.
Robimy to po to, by dobrze wyglądać i dobrze się czuć. A może na odwrót? Nieważne – przecież jedno z drugiego wynika…

W sportach (uogólniam) siłowych popularne są fit-samojebki. Kto ćwiczy ten wrzuca – focie bica, pupy, brzucha – oficjalnie w celach motywacyjnych a faktycznie… Faktycznie chodzi o to, żeby się pochwalić. Wychodzę z założenia, że jak jest czym –  to chwalić się należy. Jeśli ktoś „włożył w siebie” ileś miesięcy/lat ciężkiej pracy to jest to jak najbardziej powód do dumy i nie ma co z tego kpić.
Byleby tylko nie dorabiać do tego drugiego dna.

Pracowałem kiedyś z chłopakiem, który lubował się w markowych ciuchach. Potrafił wydać 400zł na trampki, co dla mnie było (i jest) abstrakcją pierwsza klasa. Któregoś razu nie wytrzymałem i zapytałem go, po co mu trampki za 4 stówy, na co on zupełnie poważnie odpowiedział „te trampki pokazują, że mnie na nie stać. Pokazują, że dobrze zarabiam, jestem zaradny i daję sobie radę w życiu”.
Najpierw zbaraniałem, bo było to dla mnie równie głupie co głosowanie na Jarosława z Żoliborza, ale potem zacząłem się zastanawiać i… zaczęło mieć to sens (znaczy się buty, Lechujarka dalej nie kumam). Przecież te jego trampki za cztery stówy wcale nie są bardziej abstrakcyjne od auta za 100tysięcy, zegarka za dychę, czy domku w Konstancinie. Wszystko, co kupujemy wysyła sygnał pt „patrz, na co mnie stać” i jedyna różnica jest taka, ze jedni się do tego przyznają a drudzy udają, że naprawdę potrzebują tej terenówki do sobotnich zakupów w Lidlu

Poza szpanem zewnętrznym jest jeszcze szpan wewnętrzny. Wracam do domu, otwieram dobry alkohol, odpalam duży telewizor i mniej lub bardziej podświadomie czuję się z tym dobrze, bo to moje, zarobione, zdobyte. Ja to upolowałem –  jestem kimś.

Wysportowane ciało zaspokaja obydwa te „szpany”. Z jednej strony wysyła sygnał do ludzi „patrzcie, oto ja, okaz zdrowia i siły, witalność uszami mi wycieka” z drugiej zaś łechce wewnętrzne poczucie próżności, bo jestem „fajny, wysportowany, atrakcyjny; potrafię robić rzeczy, których inni nie potrafią”. Wysportowany człowiek wygląda dobrze i czuje się dobrze. Albo na odwrót – przecież i tak jedno z drugiego wynika.

A tak naprawdę to po cholerę? Po co się męczyć, skoro z lekką nadwagą tez można żyć? Przecież nie każdy „grubas” to przypadek kliniczny. Można mieć 10-15kg nadwagi i wyglądać dobrze, normalnie funkcjonować, nie umierać wchodząc na trzecie piętro. Na cholerę komu maratony, sztangi, pilatesy i crossfity. Na grzyba mobilność, skoro większość życia i tak spędzamy na dupie?

Tak z ręką na sercu – kto wychodząc na trening myśli sobie „o super, właśnie oddalam ryzyko nadciśnienia; jeszcze wieczorkiem zbiję cholesterol i będzie miód malina”? Naprawdę, myślicie, że te kilometry po asfalcie i 90%HRmax to dla zdrowia? Że przysiady ze stówą na plecach to w trosce o stawy kolanowe?
Sranie w banię moi drodzy!

Męczymy się, by poczuć się lepiej ze sobą w swoim ciele. Robimy to dla własnego ego – dla rekordu, dla sylwetki, dla podbicia samooceny. Chcemy być ładni, sprawni, seksowni. I wiecie co? I zajebiście! I dokładnie o to chodzi! Człowiek zadowolony, szczęśliwy sam ze sobą to człowiek, z którym przyjemniej się żyje. Człowiek, który czuje się dobrze, jest też dobry dla innych. Człowiek, który podoba się sam sobie, podoba się też innym. To jest zaraźliwe i samonakręcające, jak wirus 😉

Ktoś zaraz powie „ale to tylko ciało, to powierzchowne, to mija”. Pewnie! Wszystko przemija –  ale to nie powód, by czegoś nie robić, poddawać się jeszcze przed startem. Ta „powierzchowność”, którą z taką lubością nazywamy „płytką” (och, te nasze ciągoty do polaryzacji i przyklejania łatek „pustej lali”/”tępego karka”) jest przyczyną całej masy problemów emocjonalnych i kompleksów.  Jakoś nie spotkałem nikogo, ale to NIKOGO kto miałby kompleks,  że jest za głupi, za to osób z kompleksami na tle fizycznym nie policzyłbym, bo brak mi wykształcenia matematycznego. Przestańmy zatem okłamywać się, że fizyczność jest bez znaczenia – bo gdyby tak było nie mielibyśmy na jej tle kompleksów. Fizyczność jest zajebiście ważna! Uważacie inaczej? To przypomnijcie sobie, kiedy obejrzeliście się w zachwycie za osobą otyłą, lub zaniedbaną…

Nie znam ani jednego grubasa, który czułby się dobrze w swoim ciele. Gdy zahaczy się o temat sylwetki  zazwyczaj rzucą, że „kochanego ciałka nigdy za wiele/misterem uniwersum już nie będę/ chcę aby ktoś pokochał mnie nie ze względu na wygląd tylko na wnętrze” ale tak naprawdę to czują się ze sobą źle. Kilku moich znajomych zrzuciło 25-30 kg i otwarcie potem przyznawali, że życie chudszego jest o wiele łatwiejsze i przyjemniejsze, że lepiej się ze sobą czują. Sam też doskonale pamiętam jak się czułem nie mogąc dopiąć spodni i jak czuję się teraz.
Z byciem grubasem można się pogodzić i oswoić, ale nie jestem w  stanie uwierzyć, że można z tym czuć się dobrze.

Olbrzymi sukces Ewy Chodakowskiej nie wziął się znikąd indziej, jak z naszej potrzeby bycia atrakcyjnym. Stwierdzenie, że jej zwolenniczkami są tylko puste lalki bardzie, tępe wydmuszki, którym tylko tipsy i walka z cellulitem w głowie byłoby krzywdzącym nadużyciem. Pracowałem z kilkoma kobietami, które „były na chodaku” i o żadnej z nich nie mogę powiedzieć, że była pustą lalką – w większości były to wykształcone, inteligentne babeczki, które po prostu chciały wyglądać lepiej, czuć się atrakcyjne.

Dbanie o swoją sylwetkę wciąż jeszcze kojarzy się z kimś pustym i powierzchownym. Co ciekawe, chodzenie do kosmetyczki, na depilację, czy do fryzjera zupełnie się z tym nie kojarzy –  a przecież to jest dokładnie to samo. I fitness i kosmetyczka mają na celu poprawić nasz wygląd, sprawić że poczujemy się atrakcyjniejsi, że spojrzymy w lustro i powiemy sobie w duchu „hej lala, cześć przystojniaku”. To wszystko to przecież dbanie o „powierzchowność” –  dlaczego więc jedno jest społecznie akceptowalne a za drugie można dostać łatkę pustaka?
Moim zdaniem to zwykła niekonsekwencja, by nie powiedzieć hipokryzja…

Można utyskiwać na lansowane wzorce urody –  odrealnione lalki z photoshopa – ale moim zdaniem byłoby to zwykłe szukanie winnych. W latach 60tych nie było photoshopa a nie przeszkodziło to w wylansowaniu totalnie odrealnionego wzorca kobiecego piękna – modelki Twiggy. Przeraźliwie chuda, chłopięca, posłużyła z pierwowzór lalki Barbie. Ile kobiet w tamtych czasach wyglądało jak ona? Pewnie tyle samo, ile dziś przypomina manekiny z photoshopa.
Dlatego nie ma co narzekać na terror kolorowych magazynów, bo ów „terror”, w tej czy innej formie obecny był zawsze. Zawsze były wyśrubowane normy i za wysoko postawiona poprzeczka do której nikt nie był w stanie doskoczyć. Wszyscy skalali i wszyscy skaczą – kwestia tego, czy damy się zwariować do końca, czy tylko troszkę. Czy skacząc umordujemy się do zarzygu, czy tylko tyle, by wyrobić sobie zgrabne ciało.

Z dbaniem o siebie, jak ze wszystkim, można przesadzić. Szczególnie jak się ma solidnego zajoba i nie wie kiedy przestać; gdy kompleksy są tak duże, że zaczynamy przeginać w drugą stronę. Można zacząć wartościować ludzi na podstawie poziomu tkanki tłuszczowej –  ale to już jest patologia i robota dla psychiatry. Na tym się nie znam –  więc się nie wypowiem.

Wiem natomiast, że dbanie o siebie to zajebista sprawa. Że super jest patrzeć na siebie w lustro i myśleć „no, nieźle ojciec, nienajgorzej jak na te twoje 35 lat”. Super jest mieć mniej kompleksów –  bo to one są hamulcami, które nie pozwalają rozpędzić się w życiu. Super jest nie mieć problemu z zakupem ubrań. Super jest być sprawnym i móc robić to, na co ma się ochotę.
Super jest mieć mniej ograniczeń.

Super jest czuć się atrakcyjnym, choć na bank znajdzie się wielu, którzy stwierdzą, że jest inaczej. Olać ich – zawistnych frustratów – ważne jest, by czuć się dobrze z samym sobą, bo człowiek zadowolony z siebie to człowiek szczęśliwy.

A jeśli powiedzą ci, że jesteś pustym powierzchownym pustakiem, po prostu uśmiechnij się i odparuj: „Ale za to zajebiście szczęśliwym pustakiem” 🙂

 

Reklamy

Zmarnowany czas i pieniądze – biografia Richa Froninga

Brak pomysłu i wodolejstwo  – tak w skrócie można by podsumować napisaną przez Davida Thomasa biografię Richa Froninga.
Chcecie kupić? Świetnie! Z przyjemnością odsprzedam swój egzemplarz.

Sytuacja jest tyleż wymarzona, co ryzykowna: Masz ikonę sportu, bożyszcze dziesiątek  (jeśli nie setek) tysięcy fanów, człowieka podziwianego, wzór do naśladowania. Twoim zadaniem jest napisać jego biografię – biografię mistrza świata. W zasadzie temat samograj – bo czego nie napiszesz ludzie i tak to kupią. Więc piszesz cokolwiek i wychodzi z tego…

cokolwiek

Rich froning to nie jest celebryta znany wszem i wobec. Pomimo szalonej popularności w środowisku CrossFitterów, ludziom spoza niego jest kompletnie nieznany. Można śmiało założyć, że książka adresowana jest do jego fanów – sportowców, którzy chcieliby poznać kilka jego sztuczek, trików, fronigowy przepis na mistrza świata. Fani ci mogą być ciekawi jego życia prywatnego, rodzinnego, ale jestem przekonany że lwią część z nich bardziej interesują konkrety. Nie kupili biografii po to, by poznać imiona wszystkich wujków oraz ciotek, tylko po to, by dostać kawałek sportowego mięcha, konkretów – w końcu to biografia sportowca a nie serwis plotkarski. Tymczasem duża część książki to właśnie wycieczka po rodzinie i mało interesujące familijne detale. Gdyby miały one jeszcze jakiś związek ze sportem – byłbym w stanie jeszcze to zrozumieć – ale nie mają i dla mnie jest to zwyczajne wodolejstwo.

Rich Froning nigdy nie krył tego, że jest człowiekiem głęboko religijnym. Rzecz w tym, że ta jego religijność jest tak wszechobecna, że czytając biografię, było nie było sportowca, mam wrażenie kartkowania broszury od świadków jehowy.
Nie zabraniam mu (bo niby  jak?) wierzyć w co chce i dawać temu wyraz kiedy ma na to ochotę, ale jeśli co chwila czytam fragmenty w stylu „To nie przypadek, że wygrałem mistrzostwa dopiero, gdy postawiłem Boga na pierwszym miejscu (…) Nie modliłem się o zwycięstwo. Modliłem się o to, by móc chwalić Pana niezależnie od tego, na którym miejscu ukończę zawody”  to jest tego dla mnie za dużo. Gdyby sportowiec-ateista co chwila wtrącał uwagi w stylu „do wszystkiego doszedłem sam i bóg nie ma tu nic do rzeczy ponieważ  boga nie ma” –  byłoby to zwyczajnie nudne i męczące.
Niestety, ale takie też jest w  przypadku Froninga.

Główny problem z biografią Froninga polega na tym, że bohater jest młody i nie ma o czym pisać. Po prostu. Książka została wydana w lipcu 2013, więc pisana była pewnie na początku 2013tego. Wiedząc, że przygoda Froninga z CrossFitem zaczęła się (pi razy oko) w 2009tym daje to cztery lata. Owszem, w trakcie tych czterech lat osiągnął więcej, niż większość sportowców w trakcie całej swojej kariery, ale 26 lat (bo tyle Miał Froning w momencie premiery) to trochę za wcześnie na wnioski i podsumowania.  26 lat to nie jest wiek na głębokie wnioski i patrzenie z perspektywy.  W tym wieku człowiek jeszcze się „lepi”, kształtuje, zmienia.
To nie jest etap pisania biografii.

Porównajmy to do świata filmu: Pojawia się genialny aktor, który dwa lata z rzędu zbiera Oskara za główną rolę pierwszoplanową – najwyższe wyróżnienie, lepiej być nie może. Czy dwa oskary to już powód do pisania biografii? Co taki (obiektywnie patrząc) nieopierzony aktor może mieć do powiedzenia? Owszem, jest to osiągnięcie nie lada, ale porywanie się na pisanie wspominków to moim zdaniem zadanie dla kogoś z wieloletnim doświadczeniem, kto zęby  na danej dziedzinie zjadł a nie chłopaka sporo przed trzydziestką.

Froning mógłby mieć do powiedzenia bardzo dużo, problem w tym, że nie mówi prawie nic. Kwestie treningów, czy odżywiania – czyli tego, co dla jego fanów najważniejsze –  można zmieścić na jednej stronie. Jego filozofia treningowa sprowadza się do „jem co chcę i ćwiczę tak, jak mam na to ochotę, ale minimum kilka razy dziennie”. Świetnie, tylko trochę tego mało, jak na materiał do książki o championie. To tak, jakby studentowi politologii 5 lat nauki ktoś podsumował słowami „Każdy polityk kradnie i kłamie”. Prawda? Prawda! Tylko strasznie pobieżna i podana „na odczepnego”.
Kto by chciał płacić za taką wiedzę?

Z pomocą nie przychodzi tu autor, który ewidentnie nie ma pomysłu na książkę, którą piszę.
Skoro Froning nie jest zbyt wylewny w temacie kluczowym – diecie i treningu –  można było posiłkować się trikiem „wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Richu a nie mieliście kogo zapytać”. Wystarczyło na kilku forach/w zaprzyjaźnionych boxach rzucić hasło „słuchajcie, będzie książka o Froningu, o czym chcielibyście przeczytać” – a potem tylko te pytania zadać i składnie odpowiedzi do kupy pozbierać. Banalniej się nie da. Niestety, zamiast tego mamy masę familijnego wodolejstwa i zupełną kpinę pod postacią umieszczonego na końcu…spisu benchmarków (Girls i Hero WODy).
Relacje z zawodów –  temat, który odpowiednio ograny wciągałby jak dobry film akcji – rozwalany jest bzdurnymi polskimi tłumaczeniami ćwiczeń. Człowiek czyta, czyta, wypieków na twarzy dostaje po czym nagle zastanawia się w głos „co to k**wa jest podrzut sztangi na ramiona w przysiadzie„?!?

Za pomysł z tłumaczeniem na język polski nazw ćwiczeń należy się karna setka burpees. Za każde przetłumaczone ćwiczenie.
Ileż razy cholera mnie  brała, gdy czytałem relację ze sportowych zmagań i nagle musiałem przerwać na chwilę, by domyślić się co to jest „zarzut sztangą z wysokości pasa”, czy „rwanie z wykrokiem”.  Skoro książka skierowana jest do CrossFiterów (nikt inny jej nie kupi bo nikt inny nie wie, kto to taki ten Rich Froning) a CrossFitterzy na co dzień obcują z anglojęzycznymi nazwami ćwiczeń, jaki jest sens tłumaczenia nazw ćwiczeń na język polski? Rozumiem, że Pan Tłumacz bardzo chciał się popisać, ale był to popis tyleż niepotrzebny co wręcz szkodliwy – bo to się po prostu i zwyczajnie źle czyta.

W środowisku CrossFitowym książka zbiera pochlebne recenzje, co jest zrozumiałe – bo na bezrybiu i rak ryba.
Nie do końca bezpodstawna opinia o CrossFiterach jako „sekciarzach” znajduje tutaj swoje potwierdzenie. Zafascynowani Froningiem (i słusznie, bo jego osiągnięcia sportowe są poza skalą) łykają wszystko na jego temat, a ponieważ wybór jest żaden,  książka słaba i napisana ewidentnie dla kasy, zbiera pochwały godne kandydata do Pulitzera.

Jest to zwykła historia chłopaka z południa stanów, który trochę się miota szukając swojego miejsca w życiu, ale nie ma w niej nic nadzwyczajnego, żadnych nagłych zwrotów akcji, wydarzeń zmieniających życie czy zapierających dech w piersiach. Jest to, co lubię, czyli pochwała wytrwałości i ciężkiej pracy, ale trudno w niej szukać fragmentów, po których chciałoby sie rzucić wszystko w diabły i gnać do BOXa by wypruć sobie flaki u boku Fran, czy innej Karen.
Przeczytałem to na chłodno i  bez emocji –  a to chyba najgorsze, co może zdarzyć się w trakcie lektury biografii mistrza sportu.

Czy biografia Froninga jest AŻ TAK zła? Nie, nie jest. Czyta się to  bez większego bólu (poza tłumaczeniami nazw ćwiczeń), ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że pełno w niej zapychaczy i literackiego lania wody. Trudno też nie zauważyć, że poza sportem, wiarą i rodziną Froning nie za wiele ma do powiedzenia. A że o sporcie zbyt wylewny nie jest…

Książka sprawia wrażenie niewykorzystanego potencjału. Mamy mistrza świata,  mamy ciekawą dyscyplinę i… nic z tego nie wynika, nie ma emocji, nie ma natchnienia, nie  ma inspiracji. Jest opis czterech lat sportowej kariery i… na tym koniec.
Autor nie do końca też wie, do kogo swoją książkę kieruje. Z jednej strony jasne jest, że Froning to nie Beckham i  biografię jego kupią tylko zapaleńcy, którzy wiedza o kim mowa; z drugiej strony, pod koniec książki dostajemy kompletnie kuriozalny fragment o tym jak… zacząć przygodę z crossFitem.
Jeśli  ktoś po tę książkę sięgnął to na 99% swoją przygodę z CrossFitem już rozpoczął – po kiego grzyba zatem taki, totalnie bzdurny (i nie wnoszący nic nowego ponad to, czego można dowiedzieć się z netu) zapychacz?
Aż chciałoby się zapytać za Kazikiem: „Czy wy nas macie za idiotów?”

Czy zatem warto przeczytać biografię Richa Froninga?
Moim zdaniem nie –  bo to zwykła strata czasu. Do tego może okazać się, że podziwiana maszyna do rwania sztangi to w gruncie rzeczy religijnie nawiedzony i ździebko infantylny (historia z oświadczynami rozbraja) chłopak z południa, który nie za wiele ma do powiedzenia.
Jeśli jednak w ogóle nie czytacie książek – bierzcie w ciemno. Zachwyt będzie gwarantowany a i nikt wam nie powie, że ani jednej książki w trakcie roku nie przeczytaliście.
Zawsze to jakiś profit z lektury 😉

Dupa do ziemi!

Przysiady ostatni raz robiłem w  podstawówce, czy innym ogólniaku – czyli bez mała 20 lat temu. Nikt mi wtedy nie mówił (albo nie pamiętam, że mówił) że coś robię źle. Robiłem jak umiałem, wuefista zaliczenie postawił –  czego chcieć więcej? Przecież chleba z tych przysiadów jadł nie będę.

Gdy poszedłem na crossfit, gdzie przysiad jest ruchem absolutnie podstawowym i fundamentalnym szybko okazało się, że mój przysiad to jakaś kpina a mobilność… Trener Alek powiedział, że była  „smutna”. Dziękuję mu za tę grzeczność. Moim zdaniem w ogóle jej nie było. Byłem kanciasty jak szczęka Schwarzeneggera.

Najpierw mi to nie za specjalnie przeszkadzało, bo poza sztangą było tyle rzeczy, które mogłem robić, potem podłapałem biegową kontuzję, następnie z tej kontuzji wychodziłem i  gdy w marcu 2014 postanowiłem zabrać się za pracę ze sztangą… dorobiłem się kolejnej kontuzji  spowodowanej stricte brakiem mobilności.  Jak mi się to udało? Otóż postanowiłem określić swojego maxa w przysiadzie ze sztangą. Coś tam się rozgrzałem, ale bardziej na zasadzie „miejmy to już za sobą”, niż „przygotujmy organizm do wysiłku”. Założyłem 50% masy ciała na sztangę, potem 60, 70, 80 i gdy założyłem 90% poczułem pieprznięcie w lewej nodze i nazajutrz spuchła mi stopa, która konsekwentnie puchnie po dziś dzień. Po wydaniu grubo ponad tysiąc złotych na lekarzy, z których 90% nie miało pojęcia co się dzieje, trafiłem w końcu do profesora-fachury, który wyjaśnił mi, że to płyn stawowy przedostał się do tkanek miękkich i… tu pozwolę sobie zakończyć, bo to nie historia choroby, tylko wprowadzenie do sedna wpisu, którym to sednem jest rozgrzewka, mobilność i rozciąganie.

Od czasu owej marcowej przygody do sztangi podchodzę bardzo ostrożnie. Ciężary, które zakładam  są często poniżej damskiego RXa (ciężaru zalecanego) –  ale mam to w nosie, bo na razie interesuje mnie opanowanie techniki a nie ustanawianie rekordów.
Wiedząc, w czym tkwiła przyczyna mojej kontuzji postanowiłem wziąć się porządnie za mobilność. Tak, jak w czasach PRL sierpień był miesiącem trzeźwości, tak u mnie miał być miesiącem mobilności – postanowiłem dzień w dzień poświęcić minimum 20minut na mobilność i rozciąganie. Realnie wyszło tego około 27dni z 31 –  bo w międzyczasie był maraton, to, tamto –  ale mogę śmiało powiedzieć że plan zrealizowałem w 90%.

Najszybciej poprawiło się rozciągnięcie –  bo tym zajmowałem się już w trakcie poprzedniej kontuzji (żeby się nie zanudzić) ale jak mi w połowie miesiąca trener powiedział „no ładnie poprawiłeś mobilność”  był to jasny sygnał, że idzie ku dobremu, że ten mój callanetics ma sens.

Co robiłem? Ha –  szybciej byłoby powiedzieć, czego nie robiłem 😉 Generalnie rzecz biorąc był to mix wszystkiego, co można znaleźć na jutubie pod hasłem „hip mobility” i pokrewnych. Trochę pozycji z jogi (kobra, dziecko, pies, gołąb) trochę crossfitowej klasyki (wykroki, inchwormy) trochę zwykłego rozciągania + szczypta pilatesu i przysiady (minimum 50-60 na sesję). Zdarzało się, że spędzałem na wszystkim około godziny.

W ostatni dzień „miesiąca mobilności” postanowiłem zrobić kilka zdjęć obrazujących stan przed rozgrzewką (czyli na co dzień) oraz po rozgrzewce. Foty oraz kilka słów opisu zamieszczam poniżej.

Zaznaczam, żeby było jasne: To nie są pod żadnym pozorem zdjęcia wzorcowe – nie z moją „mobilnością” ;). Należy je traktować tylko i wyłącznie jako materiał porównawczy przed i po rozgrzewce . Dowód na to, jak duży ma wpływ na zakres ruchu.

Jeśli komuś wydawało się, że rozgrzewka to strata czasu, taka zapchajdziura, żeby od razu nie brać się za ciężary – proponuję spojrzeć na zdjęcie poniżej, Co prawda ujęcia robione są pod innym kątem, ale widać po nich ewidentnie, jak zwiększa się zakres ruchu w biodrach, kolanach i stawie skokowym.
Przed rozgrzewką nie jestem w  stanie zrobić kąta ostrego w kolanie – łydka nie dotyka podudzia, dupa jest powyżej linii kolan; natomiast po 20 minutowej rozgrzewce kąt między łydką a podudziem maleje o jakieś 15-20 stopni –  czyli dokładnie o tyle zwiększa się mój zakres ruchu. Co prawda daleko temu do doskonałości, ale różnica jest znacząca ( a ryzyko kontuzji mniejsze)

squat

Kiedyś wydawało mi się, że buty do ciężarów to fanaberia, taka sama jak wszystkie crossfitowe ciuchy i gadżety. Ot, sposób na wyciągnięcie kasy od zapaleńców. Dopiero gdy za namową fizjoterapeutki spróbowałem  robić przysiady z podkładką pod piętami (czyli tak, jak ma to miejsce w butach do ciężarów, w których pięta  jest ponad poziomem palców) poczułem, gdzie leży różnica. Przysiad z podkładką /w butach jest o ładnych kilka centymetrów głębszy. Idealnie widać to na zdjęciu poniżej – kąt między pośladkami a łydką zmniejsza się o kilka dobrych stopni. Dolna granica spodenek, która bez podstawek znajduje się jakieś 15cm od łydki, przy siadzie na podkładkach niemal ich dotyka.

after_warmup_plate_and_no

Korzystanie z podkładek pod stopy ma też wpływ na postawę górnej części ciała –  użycie ich sprawia, że korpus zbliża się do pionu o dobre 15 stopni!

Ale to nie koniec związanych z nim niespodzianek. Popatrzmy na zdjęcie poniżej

OHS_plates_and_noplates

Co prawda zdjęcie przed rozgrzewką robione jest pod innym kątem, ale i tak widać wyraźnie, że stopień zdjęcia kolan i bioder się poprawił. Niestety, wraz z zejściem z podstawek znacząco pogorszyła się postawa górnej części ciała – korpus leci do przodu i gdyby zamiast rurki PCV nad głową było 40 KG byłbym na najszybszej drodze do rozwalenia sobie kręgosłupa.
Powyższy obrazek pokazuje dobitnie, że mając tak mizerną mobilność  jak ja, podstawki/buty pozwalają utrzymać w miarę poprawną oś równowagi i robić przysiady z obciążeniem bez ryzyka okaleczenia się na resztę życia.

Jaki z powyższego wniosek?
Warto robić mobilność!
Nie, nie warto – TRZEBA robić mobilność!
A dlaczego?
Bo jest ona bardziej  istotna niż urwane z benchmarka sekudy?
To też, ale przede wszystkim dlatego, że

dobra mobilność to mniejsze ryzyko kontuzji.
Im lepsza –  tym mniejsze.

Im bardziej jesteś gibki i sprawny tym mniejsze ryzyko, że tak jak ja, przy dużym obciążeniu zrobisz sobie krzywdę. To samo tyczy się rozgrzewki –  im lepiej „nasmarowany” organizm, tym lepiej będzie znosił obciążenia, którym go poddajesz.
Najgorszą głupotą jest brać się za ciężary „na sucho i bez mobilności”. Uwierz mi na słowo, Wiem co mówię.

Ile czasu potrzeba na zrobienie dobrej mobilności?
Pojęcia nie mam, ale wiem, że miesiącem uczciwej pracy można wyjść z poziomu „dno i wodorosty” na poziom „nie igram z kalectwem” – a to już dużo.
Obstawiam (ale to tylko moje zgadywanki) że po pół roku solidnego przyłożenia do mobilności można osiągnąć poziom pozwalający na swobodne, poprawne i (przede wszystkim) pozbawione ryzyka wykonywanie większości ćwiczeń.
Najbardziej prawdopodobne jest jednak to, że mobilność to przygoda na całe życie, która wymaga regularnego dbania i szlifowania.

Na koniec chciałbym dać upust swojej zazdrości wobec kobiet, które są chyba zrobione z gumy – 90% siada dupą do ziemi, robi płaskie skłony i ogólnie sprawia wrażenie zrobionej z plasteliny. Szlag mnie chwilami trafia, gdy ja walczę o każdy centymetr przysiadu a obok mnie babeczka szoruje pośladkami po ziemi. I to nawet nie fitnesska, czy i inna instruktorka –  zwykła kobitka, jakich masa chodzi po ulicy ma taką mobilność, na którą ja będę pracował przez najbliższy rok. No cholery można dostać!

No ale co zrobić?
Mobilność robić!
Nie tylko w sierpniu, ale też we wrześniu, październiku, listopadzie. Okrągły rok dymać! Dzień w dzień – czy to trening, czy dzień restowy.
Kiedyś w końcu dupą do ziemi usiądę…